Mazowieckie forum poszukiwaczy skarbów. Poszukiwania skarbów mazowsze

Kategoria ogólna => Ciekawe miejsca, historie => Wątek zaczęty przez: pavelock Wrzesień 23, 2011, 14:46:51



Tytuł: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 23, 2011, 14:46:51
prawie  z  mazowieckiego ( 6km od granic  województwa )
http://www.konskie.org.pl/2011/09/skrzyszow-k-gowarczowa-historia.html#more

Skrzyszów koło Gowarczowa - od strony zachodniej.
To w głębi tych zarośli, około 50 metrów od skraju drogi ugrzązł w bagnie STUH 42.


Było to w 1986 lub 1987 roku. Chodziłem ze swym pierwszym wykrywaczem - "lisem" w okolicach Gowarczowa. Trafiało się trochę łusek, a to puszka po masce, no i dużo złomu żelaznego, gdyż mój wykrywacz nie posiadał dyskryminacji. Mimo wszystko grzebałem sobie po polach i łąkach. Przy kolejnym z dołków usłyszałem za plecami zbliżające się kroki.

- A co ty tu, min szukasz? - spytał jegomość w czapce uszance i kufajce. Jego różowe policzki i fioletowy nos podpowiedziały mi, że gość za kołnierz nie wylewa.
- Nie, min to tu nie ma, szukam sobie takich rzeczy z wojny. Może ma pan jakieś hełmy, albo bagnety?
- Hi hi, tutaj to już nic nie ma, a na co ci to?
- A tak zbieram, kolekcjonuję.
- Kiedyś miałem trochę tych gratów, ale na co mi to. Jeździli za złomem to oddałem, ale jakbyś chciał, to ci powiem, że tu jest gdzieś czołg utopiony w bagnie.
- Pewnie zaraz powie, że Tygrys, lecz co najmniej Pantera - pomyślałem.
- A co to za czołg?
- Nie wiem. Ja się nie znam. Chyba niemiecki.

Wiele razy trafiały do mnie informacje o zatopionych lub zasypanych czołgach. Jak do tej pory żadna z informacji nigdy się nie potwierdziła. Dlatego i tym razem bardzo sceptycznie podszedłem do tej rewelacji. Zadałem więc jedno zasadnicze pytanie:
- A czy widział pan na własne oczy ten czołg?
- Nie. Tylko słyszałem, ale jest na pewno.

Minęło kilka lat od tego spotkania. Czasami zaglądałem w okolice Gowarczowa, ale pamiętałem cały czas o tej rozmowie z "fioletowym nosem". W 1992 roku, a więc 6 lat później po raz drugi usłyszałem o zatopionym czołgu w okolicach Gowarczowa. Mianowicie dwóch młodych chłopców odbywających praktyki w mojej firmie, wiedząc, że interesuje się "wykopkami" opowiedzieli mi historię o utopionym w bagnie czołgu. Byli oni mieszkańcami dwóch różnych wiosek w pobliżu Gowarczowa. Dziwne było, że umiejscowili czołg w tym samym rejonie, o którym wspominał mi "fioletowy dziadek". I znów zapytałem czy widzieli osobiście to miejsce? Okazało się, że nie widzieli, ale słyszeli od dziadków. Tym razem także, nie poszedłem za tropem, żeby sprawdzić prawdziwość tych doniesień.

Minęło następnych 7 lat, był rok 1999. Niedaleko Gowarczowa we wsi Borowiec wykonując swoją pracę wykopałem na terenie prywatnej posesji: hełm, manierkę i bagnet . Wszystko niemieckie. Starszy pan dla którego wykonywałem usługę powiedział , że było tego tutaj bardzo wiele, że on pamięta jak wycofywali się tędy Niemcy w styczniu 1945 roku, jak zostawiali ciężko rannych żołnierzy w domach i stodołach, których później zabili Rosjanie. Pamięta osobowy samochód w rzece, postrzelany przez radziecki samolot, z którego po wojnie wymontował dużo przydatnych części. Pokazał mi wiele ciekawych przedmiotów z tamtego okresu i od słowa do słowa rozgadaliśmy się na tematy znalezisk, historii i zdarzeń ze stycznia 1945 roku. W pewnym momencie, starszy pan mówi:
- A tu niedaleko to i czołg jest utopiony w bagnach.

Zapaliła się u mnie czerwona lampka sygnalizacyjna przywołująca poprzednie dwie podobne relacje dotyczące być może tego samego pojazdu. Poprosiłem, aby bardziej szczegółowo opisał historię tego zatopionego czołgu. Zadałem standardowe pytanie:
- A czy widział go pan na własne oczy?
- No to jak pana widzę - odpowiedział.

Serce zaczęło mi gwałtownie bić. Pomyślałem, że wreszcie legenda może okaże się prawdą.
- A czy pokaże mi pan to miejsce?
- Oczywiście. Tylko musimy pojechać tam samochodem, bo to jest aż na końcu Skrzyszowa.

Zostawiłem chłopaków, aby dalej robili instalację, a z właścicielem pojechaliśmy obejrzeć to miejsce. Zatrzymaliśmy samochód za ostatnim domem we wsi Skrzyszów. Dalej znajdował się most pod którym przepływała powoli wąska rzeczka. Trzeba było się przedzierać przez dość spory gąszcz wysokiego zielska i podmokły teren. Gdzie postawiłem nogę to zaraz pojawiała się mała kałuża. Starszy pan prowadził wzdłuż rzeki do takiej mini delty. Powiedział, że tu blisko wypływa źródełko, które dopływa do rzeczki, a to jest właśnie jedna z tych odnóg. Powiedział, że nigdy to źródło nie zamarza i Niemcy myśląc, że teren jest zamarznięty wjechali tam czołgiem, który się zatopił. Próbowali go wyciągać, lecz wpadł pod kątem 45 stopni w jakiś potorfowy dół. Dwa inne pojazdy szarpały go linami, podkładali belki, ale nic z tego - ugrzązł na dobre. Dali za wygraną. Wymontowali co się dało z pojazdu i podłożyli ładunek wybuchowy, który rozsadził pojazd na dwie części. I tak sobie leży do dziś. W latach 50. były próby wyciągnięcia go przez okolicznych chłopów, ale spełzły na niczym. Jedynie co, to wyzbierali wokół wszystkie części po wybuchu i palnikami odcięli część blach wystających z wody. Tak rozmawiając doszliśmy do małej piaszczystej łachy. Wśród bujnej roślinności zauważyłem wystający z wody kawał metalu. Zafascynowany tym widokiem nie zwracałem uwagi, że stoję już po kostki w wodzie. Pomierzyłem taśmą wszystkie widoczne elementy i naszkicowałem wygląd tych części. Wokół unosił się bagienny opar zbutwiałych części roślin, a komary cięły niemiłosiernie po odkrytych częściach ciała.To co wystawało z bagna nie przypominało na razie nic znanego, jedynie grubości blach (w niektórych miejscach około 10 cm) wskazywały, że może to być pojazd pancerny.

Wróciłem do swoich zajęć jednocześnie obmyślając co z tym fantem zrobić. Minęło jeszcze kilka tygodni zanim podjąłem decyzję o powiadomieniu specjalistów z zakresu niemieckiej broni pancernej. Powiadomiłem p. Andrzeja Lange, ówczesnego dyrektora Muzeum Orła Białego w Skarżysku-Kamiennej, który poprosił mnie o pełną dyskrecję w tej sprawie, obawiając się że pojazd mógłby zostać wywieziony. Poprosił o wskazanie miejsca i zapewnił, że zostanę powiadomiony o wynikach badań nad wrakiem.

Minął jakiś czas, w którym Muzeum Orła Białego uzyskało wszystkie potrzebne zezwolenia, w tym obsługę saperską. Był telefon od p. Andrzeja. Zostałem zaproszony na moment wydobycia pojazdu, który okazał się samobieżną haubicą 105 mm ( Sturmhaubitze STUH 42), tak naprawdę okazało się, że jest to tylko wanna w dodatku wysadzona. Nie mniej jednak jest to rzadki okaz, i być może uda się odzyskać wiele części od miejscowej ludności, oraz to co zostało odrzucone podczas eksplozji.

Kwiecień 2000 roku. Jest około 8 rano. Przy moście w Skrzyszowie mnóstwo samochodów i ludzi ubranych w maskujące uniformy. Czułem się trochę nieswojo, ponieważ znałem tylko kilka osób z tej ekipy - dyrektora Muzeum Orła Białego i ekipę Tomka Kołodzieja, ze Skarżyska-Kamiennej. Pojazd został obkopany wkoło. Kilka drzew zostało usuniętych, ktoś przymocował linę do pojazdu. Jakieś 200 metrów dalej, na prywatnej posesji stał samochód z Zakładu Transportu Energetycznego z Radomia i chwilę później operator włączył bęben nawijający linę.

- Odsunąć się! Proszę schować się za drzewa - to ludzie z ekipy zabezpieczającej porządkowali teren. Pierwsza próba i trrrrrraach!!!! - lina obsunęła się po jednym z boków STUHA. Druga próba. Powoli odklejają się resztki pojazdu od bagna. Pojazd sunie po ziemi w stronę wyciągarki. Po drodze nabiera na siebie rośliny tworząc szeroką ścieżkę. Okazało się, że sporo części jest jeszcze w "dołku". Pokazała się też uzbrojona amunicja 105mm. Nikt już nie został w tym miejscu oprócz saperów. STUH został zabrany do skarżyskiego muzeum, gdzie stoi wśród innych niemieckich pojazdów. W ciągu tych wszystkich lat uzupełniono sporo braków w pojeździe, ale i tak jeszcze sporo brakuje.

Jestem szczęśliwy , że udało mi się po wielu latach trafić na "prawdziwy trop pancernego pojazdu", oraz to, że mogłem wziąć udział w wydobyciu STUHA i poznałem wielu świetnych ludzi - "zapaleńców odkrywania historii"


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pawel888 Wrzesień 23, 2011, 18:52:45
Jedna historia na kilkadziesiąt "bagiennych opowieści" która miała swój szczęśliwy finał. Szczere gratulacje :)


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 26, 2011, 19:42:57
http://www.konskie.org.pl/2011/05/pieko-w-kotle-ruskobrodzkim.html
Pozwoliłem  sobie wrzucić artykuł z  moich  okolic .

Ruski Bród koło Przysuchy - szesnastego stycznia 1945
Jest tuż przed świtem. W oddali, od strony Stąporkowa słychać głuche dudnienie dział. Od wczoraj w okolicy Ruskiego Brodu i Kuźnicy zaroiło się od niemieckich patroli zwiadowczych. Żołnierze wypytywali moją matkę, czy nie widziała Rosjan. Jeszcze tu nie dotarli. Wyszedłem za potrzebą i ujrzałem w szarości dnia kilkaset sylwetek ludzkich, idących cicho w stronę Kacprowa. Przy moście stała niemiecka pancerka i dwa motocykle, a w stronę Kuźnicy ustawili dwa karabiny maszynowe. Za krzyżem, blisko studni czterech żołnierzy usiadło i przygotowywało posiłek. Wszystko to odbywało się bardzo cicho.

Około godziny 11 ruch się nasilił, jechało coraz więcej samochodów, pancerek i wozów konnych. Słychać też było zgrzyt gąsienic czołgowych w okolicach kościoła. Matka wygoniła mnie abym załatwił jakieś jedzenie od Niemców. Miałem wtedy 14 lat i niewiele do stracenia. Nie bałem się. Podszedłem do żołnierzy jedzących za "krzyżem". Przyglądałem się łakomie jak w mroźnym poranku maczają chleb w gorącej strawie wypełniającej ich menażki. Nad małym ogniskiem wisiał kociołek i coś bardzo ładnie pachniało, a gęsta para unosiła się w powietrze. To byli młodzi chłopcy, może po 17 lub 18 lat. Na twarzach niesamowite zmęczenie i głębokie, wpadnięte oczy. Jeden z nich zagadnął po polsku "chodź, nie bój się, masz" i dał mi do ręki kawał czarnego chleba. "Mam tu jeszcze godzinę czekać, mogę iść do waszej chałupy? Umyłbym się". Nalał w swoją menażkę gorącą zupę i poszliśmy do mego domu. Matka się przeraziła, ale on powiedział "Ja jestem Polak, ze Śląska, siłą wzięli, nie bójta się. Chciałem tylko się umyć i zmienić bieliznę". Matka zaprowadziła go do "komory" i dała gorącej wody. Później opowiadał że musiał iść do wojska, bo zabiliby jego rodzinę. Wychodząc dał nam jeszcze kawałek chleba.

Po południu wyszedłem zobaczyć co się dalej dzieje. Poszedłem w okolicę drogi na Boków, a tam tłumy wojska. Na skraju lasu stało działko czterolufowe z obsługą, z drogi leśnej wylewało się wojsko, pieszo, konno, samochodami. Zaraz mnie stamtąd przegonili. Pobiegłem w stronę kościoła, tam na rozdrożu stały dwa czołgi, kilkanaście samochodów, a przed kościelnym placem siedziało bardzo dużo żołnierzy, tylko jakiś dziwnych - mieli skośne oczy i kruczoczarne włosy, nie mówili też po niemiecku.

To był jeden z niewielu ładnych dni. Był lekki mróz, śniegu jak na lekarstwo i niebo nie było zachmurzone. W drodze powrotnej zauważyłem jeszcze jedno działko czterolufowe ustawione przy "rowku".

Siedemnastego stycznia
Nic się nie zmienia. Żołnierzy jakby więcej. Pancerka stoi w tym samym miejscu, a za krzyżem inni coś gotują. Nagle słychać samoloty. Stoję i patrzę jak od strony Długiej Brzeziny nadlatuje kilka samolotów sowieckich. Niemcy rozpierzchają się na wszystkie strony, słychać szybkie komendy. Widzę jak od samolotów odrywają się małe ogniki i równymi ściegami szyją wzdłuż drogi. Przeleciały dalej. Atakują na bokowskiej drodze długą kolumnę niemiecką wijącą się na niezbyt szerokim trakcie. Kilkakrotnie zataczają koła i wreszcie wracają w stronę Huciska. Dopiero teraz poczułem zaciskającą się na mym ramieniu rękę matki, i usłyszałem jej krzyk "do piwnicy!!!, zabiją cię!!!" Uspokajam ją. "Już po wszystkim mamo, odlecieli". Widzę w okolicach mostka kilka nieruchomych postaci, które miały to nieszczęście być na linii ściegu z samolotu. Są i ranni, już opatrywani. Schowaliśmy się do domu. Czołgi i samochody ze skrzyżowania koło kościoła przejechały w stronę Kacprowa. Zabitych i rannych załadowali na wozy konne i ruszyli z nimi w tym samym kierunku. Wydawało mi się, że płynący strumień ludzi nigdy się nie skończy. Widziałem też kilka kobiet jadących na wozach. Chyba to były Niemki. Samoloty w tym dniu już się nie pojawiły, ale miała miejsce dziwna sytuacja. Od strony kościoła nadjechał samochód z czterema czerwonoarmistami. Niemcy zupełnie zgłupieli. Rosjanie wyjechali zza zakrętu prosto na obstawę z pancerki i pod karabiny maszynowe. Zaskoczenie było zupełne; wykorzystali to Sowieci. Jeden z nich zeskoczył do rowu z erkaemem i zaczął siać serie. Kierowca samochodu w samym środku skrzyżowania wykręcił i ruszył z powrotem w stronę kościoła, ale już obsługa MG na wozie bojowym otworzyła ogień. Za chwilę dołączyły do niej dwa inne stanowiska rozwalając samochód i trzech żołnierzy. Co dziwne, czwarty, który zeskoczył wcześniej z wozu uratował się klucząc między domami i wycofując w stronę cmentarza. Można powiedzieć, że był to początek końca wsi. Niemcy rzucili sporo wojska w okolice plebanii i Kościoła, ruszyło też kilka czołgów, wszystkich wypędzono z domów do kopania rowów i okopów. Nie myślałem, że chcą przyjąć bitwę we wsi. Dopiero wiele lat po wojnie zrozumiałem, że jednostki Freiwillige (skośnoocy żołnierze Wehrmachtu) miały zostać i bronić przeprawy jednostek przez ten teren. Wojsko uciekało na zachód w stronę Kupimierza, dalej na Opoczno i za Pilicę.

Kopanie było straszne. Z góry była kilkucentymetrowa zmarzlina, a dalej kamień na kamieniu. Ręce bolały od kilofa. Niemiecki oficer kazał nam przesunąć wykopy w stronę “organistówki", w której w czasie okupacji znajdowała się komenda żandarmerii niemieckiej. Tu było o wiele lżej. Rosjan nie było widać, ale było słychać. Dosłownie o jakieś 500 metrów od nas słychać było jakby ciągniki, komendy po rosyjsku i inne hałasy. Na kierunku do Długiej Brzeziny ustawiono działo, a po prawej stronie za kościołem stanął między drzewami czołg. To była pierwsza linia obrony. Nagle od strony cmentarza, ze wzgórza, padły pierwsze salwy z radzieckich dział. Pociski wpadły w sam środek wsi. Rzuciliśmy łopaty i kilofy i pobiegliśmy polami w stronę Kacprowa. Po drodze musiałem przebrnąć przez nie zamarzniętą rzekę. Byłem mokry po pas, ale wcale tego nie czułem. Za nami, przed nami i z boku uderzały pociski wyrzucając w górę fontannę piachu i kamieni. Wszystko było jak w zwolnionym tempie. Nie pobiegłem z innymi do lasu, tylko wzdłuż rzeki do domu. Mieszkaliśmy z matką 30 metrów od rzeki i 100 metrów od mostu (mieszkam tam do dziś). Nie było nikogo. Złapałem tylko jakieś spodnie i wybiegłem na dwór. Strzelało wiele dział, gdyż wybuchy pojawiały się z każdej strony wsi w tym samym momencie. Spojrzałem w stronę mostu gdzie stała pancerka, teraz paląca się, za krzyżem leżało kilku zabitych. Dziwne, ten trójnóg z kociołkiem stał nienaruszony i wydobywała się z niego para. Pobiegłem do lasu, jak najdalej od wybuchów. W Kacprowie mieliśmy rodzinę, ale matki tam nie było. Było za to wielu sąsiadów, którzy uciekli z palącej się wsi. Nareszcie po południu spotkałem się z matką i ruszyliśmy dalej do Eugeniowa. W Kacprowie nie było bezpiecznie, wiele pocisków przenosiło i wybuchało w okolicach wsi. W jednym z domów pocisk wpadł przez dach i wybuchł w kuchni. Przeżyła jedna kobieta i jedno dziecko. Niesamowita tragedia gdyż ona straciła tam dwoje swoich dzieci, a dziecko które się uratowało straciło tam matkę. Dużo ludzi pochowało się w piwnicach na ziemniaki, ale my postanowiliśmy uciekać dalej. Okazało się to niemożliwe. Niemcy wypierani z Ruskiego Brodu uciekali tą samą drogą i strzelali do ludzi tarasujących im drogę. Schowaliśmy się do jednej z piwnic. W nocy trochę się uspokoiło, ale słychać było pojedyncze strzały z broni ręcznej.

Osiemnastego stycznia
Rano Sowieci przypuścili pierwszy szturm w okolicach kościoła, a więc tam gdzie kopaliśmy okopy. Po kilkugodzinnej walce Rosjanie wycofali się z dużymi stratami. Znana jest historia jak podczas ataku na białą broń, w dymie, dwóch Rosjan zakłuło się nawzajem swoimi bagnetami. Niemcy nawet robili zdjęcia, które później wpadły w ręcę radzieckie. Drugie natarcie poparte było długim przygotowaniem artyleryjskim z dział i moździerzy, które zniszczyło resztę wsi (ocalały tylko cztery domy). Turkmeńcy na pierwszej linii nie wytrzymali naporu radzieckich żołnierzy i cofnęli się do środka wsi gdzie znajdowało się sporo cofającego się wojska. Dosłownie walczono na każdym podwórku i w każdych ruinach spalonych chałup. Jeden z niemieckich oficerów - major, który miał dużą nadwagę schował się do piwnicy na ziemniaki i tam się zastrzelił. Trudno go było później stamtąd wyciągnąć. Tym razem Rosjanie wyparli wroga z okolic mostu i utworzyli tam gniazda ogniowe. Tymczasem na skraju lasu za wsią, w stronę Końskich, Niemcy ustawili kilkanaście moździerzy i dużo ciężkiej broni maszynowej ostrzeliwując dopiero co stracone pozycje. Most został uszkodzony i tylko pieszo można było tamtędy przechodzić. Rosjanie wycofali się spod skutecznego ognia i zajęli pozycje obok plebanii. Za chwilę odezwała się artyleria radziecka bijąc z haubic w las do przedzierających się żołnierzy. Tak było do wieczora. W nocy znów spokojniej. Dowiedzieliśmy się od paru osób o przebiegu bitwy i o tym, że Niemcy odnieśli duże straty na "Bokowskiej drodze". Mieli sporo spalonych samochodów i zniszczonego sprzętu, a także wielu zabitych.

Dziewiętnastego stycznia
Po raz kolejny Niemcy próbują przebijać się w stronę zbawczego lasu w okolicach zniszczonego mostu. Są to już resztki wojsk, większości udało się przedrzeć w poprzednich dniach. To była istna rzeź. Chyba niewielu przeżyło trzeci szturm fanatycznych, pijanych rosyjskich żołnierzy. Wszyscy Niemcy, którzy się przedarli przez wieś, jeszcze raz wpadli w kocioł pod Orginiowem, gdzie Rosjanie urządzili zasadzkę. Jednak przerwali pierścień okrążenia i ruszyli pod Sulejów. W sumie Ruski Bród kilka razy przechodził z rąk do rąk, a walki trwały prawie cztery dni.
Wróciłem żeby zobaczyć co z domem. Zburzony ! Ocalała tylko jedna mała szopka na podwórku. Powybierałem z ruin co tylko można (pościel, koc, ubrania i inne potrzebne rzeczy) i przeniosłem je do szopki .

Wokół resztek mostu i drogi leżało mnóstwo zwłok, wręcz całe stosy; jedne na drugich - Niemców i Rosjan. Samochody sowieckie jeździły po tych trupach, które leżały na drodze, był to okropny widok. Na noc wróciłem do piwnicy w Kacprowie. Było coraz mniej żołnierzy, tylko małe grupki przechodziły przez wieś.

Dwudziestego stycznia
Znowu kanonada, tym razem od strony Kupimierza. Walka trwała bardzo długo. Słychać było wybuchy granatów i serie karabinów maszynowych. Wróciliśmy do Ruskiego Brodu. Po drodze słyszałem wiele podnieconych rozmów na temat co można przynieść z "bitwy". Wielu gospodarzy ostrzyło sobie zęby na konie, których sporo biegało po lesie. W moim umyśle powstał plan, żeby znaleźć sobie pistolet. Było to niebezpieczne, gdyż sowieci kręcili się wciąż po drodze. W wielu miejscach utworzyli posterunki silnie obsadzone rkm-mi. Mocno uzbrojone patrole przeczesywały wieś i okolice w poszukiwaniu niedobitków niemieckich. Widziałem kilkakrotnie jak z różnych dziur wyciągali młodych przerażonych żołnierzy. Dziwne, niektórych ustawiali w kolumnę i prowadzili w stronę kościoła, a innych skośnookich i polskojęzycznych żołnierzy rozstrzeliwali na miejscu. Wieczór pokazał ogniskami, że sporo sąsiadów wróciło na zgliszcza. Rozpaliłem nieduże ognisko przed szopką, w starym garnku ugotowaliśmy kilka ziemniaków i cieszyliśmy się pomimo straty dachu nad głową, że żyjemy.

W nocy wykradłem się z szopki i cicho podpełzłem w stronę zniszczonego mostu. W słabym świetle księżyca i dogasających płomieni próbowałem odnaleźć zabitego oficera, od którego mogłem wziąć pistolet. Leżał blisko rowu z wodą, a obok niego kilku innych żołnierzy. Był cały pokrwawiony, białą kurtkę miał czerwoną od krwi. Było mi niedobrze, drżącymi rękoma odpinałem kaburę i zacząłem wyjmować broń. Nagle włosy zjeżyły mi się na karku. Odezwał się do mnie szeptem po polsku: "ratuj mnie, jestem Polakiem, z poznańskiego, siłą wcielony do niemieckiej armii. Leżę tu już wiele godzin między tymi trupami, chyba zamarzam. Proszę cię, przynieś mi jakieś cywilne ubranie, w domu czekają na mnie żona i dzieci. Pistolet dostaniesz i jeszcze coś, tylko mnie nie wydaj. Nigdy nie strzelałem do nikogo, jestem lekarzem, zajmowałem się tylko rannymi i chorymi. Pomóż mi". Bałem się strasznie. Do mojej szopki było jakieś 50-60 metrów, szybko się uwinąłem przynosząc jakiś stary płaszcz, sweter i czapkę. Buty i spodnie zostawił na sobie, resztę zdjął, owinął pasem i włożył powoli do rowu z wodą. "Masz, tylko schowaj bo jak ruscy to u ciebie znajdą to zastrzelą i ciebie i całą rodzinę". Wręczył mi pistolet P-38, który włożyłem za pasek. “A to za ubranie" i wcisnął mi w rękę obrączkę z palca. “Da Bóg jak przeżyję, to cię znajdę“. Prosiłem żeby nie brał broni, niech udaje chłopa, ale on wziął jakąś aktówkę i pm-a . Wyprowadziłem go w ciemnościach w stronę Kacprowa i pokazałem jak ma iść dalej. Serdecznie mi podziękował i ruszył w kierunku na Sołtysy. W Kacprowie nie było jeszcze Rosjan, chociaż byli już w Kupimierzu, który był dalej na zachód. Sowieci nie przeczesywali od razu wszystkich wsi i przysiółków, ale chcieli odciąć drogę ucieczki Niemców jak najdalej przed Pilicą. "Mój" lekarz trafił do samotnej gajówki na krańcach Kacprowa i tam chciał przeczekać najgorsze. Pech chciał, że silny patrol radziecki trafił tam także. Znaleźli go - po butach i spodniach stwierdzili, że Niemiec. Podobno tłumaczył się po polsku, że partyzant, ale sołdat nie słuchał i przestrzelił mu obie nogi. Rodzinie leśniczego zabronili pomagać rannemu, aż się wykrwawi. Lekarz umarł, ruscy odeszli. Pochowali go za stodołą, a w domu został jego m-pi i aktówka. Podobno w latach 70. ktoś kupił to od syna leśniczego. Swój pistolet ukryłem, ale kiedy tylko mogłem to go czyściłem, rozbierałem i smarowałem. Wystrzeliłem tylko jeden raz w życiu w Nowy Rok i za to dostałem trzy lata. Broń zabrano, był proces. Odsiedziałem rok i osiem miesięcy. Do dzisiaj została mi obrączka tego człowieka z wyrytą datą ślubu 10.04.1928 i inicjały HS.

Ale najdziwniejsze było pojawienie się w latach 60. "młodego Ślązaka", który mnie poczęstował tamtego pamiętnego dnia gorącą zupą i chlebem. Nie wiedział jak się nazywam, ale pamiętał miejsce. Odwiedził mnie. Pokazałem mu różne miejsca w okolicy związane z "kotłem ruskobrodzkim". Powiedział mi: "to cud, że przeżyłem tyle razy byłem pod ogniem i nawet nie zostałem ranny. Przesiedziałem też po wojnie za to, że na siłę wcielili, a teraz jadę całym szlakiem, którym wtedy uciekałem i patrzę na miejsca, o których nic nie wiedziałem, a one mnie ocaliły.

Opowiedziałem mu smutną historię lekarza. Okazało się, że go znał. Był z tej samej jednostki. Lekarz często pomagał żołnierzom polskiego pochodzenia wywinąć się z akcji bojowych symulując choroby. Był to dobry człowiek.

Relację, którą tu przytoczyłem usłyszałem z ust pana Józefa. Żyjący do dziś uczestnik tamtych wydarzeń opowiedział mi wiele historii dotyczących tamtego rejonu. Wybrałem tę opowieść, aby przybliżyć ludzką tragedię Polaków, którzy wbrew sobie wcielani byli siłą do hitlerowskiej armii i nierzadko musieli strzelać do swoich rodaków.


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: adek Wrzesień 27, 2011, 10:44:14
supert arty Radek, rzadko w necie coś czytam do końca . Mozesz wkleic ich treść na forum?


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 27, 2011, 19:11:04
Nie  wiem  co  znaczy  wkleić  treść  na  forum . Są  to  moje  artykuły  i  są  dostępne  dla  wszystkich . Jeśli  chcesz  to  możesz  je  wkleić , ja  nie  bardzo  jestem  komputerowy człowiek . Uczyłem  się  pisać  na  maszynie  .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 27, 2011, 20:05:26
Tym  razem  artykuł  Asi , z tej  samej  stronki  - naszej regionalnej .
http://www.konskie.org.pl/2011/04/pamiec-nie-umiera-stanisaw-sekua-1903.html

Nie raz myślę, o zbrodni dokonanej na żołnierzach polskich w Katyniu. Najczęściej po obejrzanym programie telewizyjnym, lekcji w szkole czy przeczytanej publikacji na ten temat. Nigdy nie zdawałam sobie jednak sprawy jak olbrzymi był to ładunek tragedii, bezsilności, rozpaczy i lęku.

Ciężkie chwile przeżywali nie tylko ci, którzy ginęli od zdradzieckiego strzału od tyłu, oni na pewno woleliby zginąć na polu walki. Tragedie rozgrywały się również w rodzinach pomordowanych. Z początku nikt nie znał losu swych bliskich. Później znienawidzony okupant oznajmił że odnaleziono wiele zbiorowych mogił z polskimi oficerami, a potem była tylko cisza. Druzgocąca cisza... Nie można było o tym rozmawiać. Chociaż większość wiedziała już, gdzie zginęli ich mężowie, synowie, ojcowie, to nie wolno było im o tym mówić, a dzieci uczono regułki - ojciec zaginął podczas działań wojennych.

Przyszedł czas kiedy decyduję się, że chcę poznać więcej faktów, zdobyć informacje, ale nie takie książkowe czy telewizyjne - takie prawdziwe, z rozmów z ludźmi. Idealnie byłoby posłuchać relacji na ten temat od osób bezpośrednio zaangażowanych - od członków rodziny. Poprzez moich rodziców i znajomych docieram do Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Baryczy, do pani Basi Janczak - nauczycielki, która od lat interesuje się historią Katynia i wraz z młodzieżą z tamtejszej placówki pielęgnuje pamięć o pomordowanych oficerach.

Już po krótkiej rozmowie wiem, że dobrze trafiłam. W gablocie na szkolnym korytarzu widzę zdjęcia, wiele kopii dokumentów dotyczących zamordowanych w Katyniu oficerów. Pani Basia pokazuje mi "Dąb Katyński" - to pierwszy z wielu posadzonych później w okolicach Końskich. Obok kamień z pamiątkową tabliczką i brzozowy krzyż. Dąb własnoręcznie posadziła córka jednego z oficerów zamordowanych w Katyniu pani Barbara Sekuła-Kotas. Oglądam zdjęcia z uroczystości zorganizowanej przez uczniów OSW w Baryczy. Przyglądam się twarzy pogodnej starszej pani trzymającej zielone drzewko. Wtedy rodzi się pomysł aby spotkać się z nią, porozmawiać i uzyskać informacje z "pierwszej ręki".

Proszę nauczycielkę o numer telefonu i ewentualną pomoc w zorganizowaniu spotkania. Telefonuję. Serce uderza szybciej z emocji. W słuchawce słyszę miły głos, a ja trajkotam tak szybko, że pani Barbara nic nie rozumie. Powoli. Wreszcie udaje mi się wytłumaczyć w jakiej sprawie dzwonię. Umawiamy się na spotkanie. Jestem trochę spięta, ale już po chwili rozmowy emocje opadają, a opowieść pani Barbary pochłania mnie bez reszty.

Jak mam żyć Panie?
Gdy każdy dzień jest konaniem,
Trzymam w ręku pierścień - obrączkę, mojej rodziny pamiątkę.
Daj mi siłę , daj mi wiarę, bym ze Wschodu wrócił Boże,
Bym mógł jeszcze trochę pożyć...

Te słowa skreślone ołówkiem na kawałku brudnego i zmiętego papieru przykuły mój wzrok podczas gdy opowieść o tamtym czasie nagrywa się na dyktafon.

Mój ojciec Stanisław Sekuła urodził się w 1903 roku we wsi Kuczki powiat radomski. Po ukończeniu Szkoły Podstawowej w Zakrzewie rozpoczął naukę w Państwowym Seminarium Nauczycielskim Męskim w Radomiu. Wydarzenia wojenne w 1920 r. uniemożliwiły normalny tok nauki. W dniu 6.08.1920 r. wstąpił jako ochotnik do III Pułku Piechoty Legionów. Po bitwie warszawskiej wraz z oddziałem brał udział w walkach pod Łukowem, Siedlcami i Małkinią. W Białymstoku został przydzielony do 4 Pułku Strzelców Podhalańskich. Uczestniczył w bitwie pod Sokółką i w walkach nad Niemnem w okolicach Grodna. Służył niedługo, bo tylko do 23.11.1920 r. Został ranny, stracił pół serdecznego palca u lewej ręki. Po opatrzeniu został zwolniony ze służby z tą datą. Za swą postawę odznaczony został medalem pamiątkowym za wojnę 1918-1921 - rozkazem z 12.03.1931 r. Wrócił do nauki i w czerwcu 1926 r. ukończył Seminarium Nauczycielskie w Radomiu. Czternastego października 1926 r. został powołany do służby wojskowej, którą odbył w Szkole Podoficerskiej w Zegrzu. Po zakończeniu służby podjął pracę nauczyciela w Pilczycy w powiecie koneckim. W 1929 r. ożenił się z Zofią Gąsiorowską, również nauczycielką. Już w następnym roku rodzice przenieśli się do Sworzyc. Ojciec został kierownikiem Szkoły Podstawowej w Sworzycach, a mama która dotychczas dojeżdżała do pracy do Kielc, objęła etat nauczycielki języka polskiego w tej samej szkole. W 1932 r. wydany został rozkaz aby wszystkich, którzy służyli jako ochotnicy w 1920 r. skierować do "przyspieszonej" podchorążówki w Biedrusku. Dnia 1.09.1932 Ojciec wrócił jako podporucznik rezerwy z wcieleniem do 72 p.p. w Radomiu im. płk. Dionizego Czachowskiego. W tym pułku podczas wakacji odbywał coroczne ćwiczenia wojskowe. W 1935 r. ukończył wstępny kurs instruktorów modelarstwa lotniczego organizowany przez Ligę Obrony Powietrznej. Rok później ukończył wyższy kurs modelarstwa lotniczego, a w 1937 kurs Instruktorów Ligii Morskiej i Kolonialnej w Końskich.

Całym sercem zaangażowany był w pracę z młodzieżą. Nie tylko przy normalnej codziennej pracy w szkole. Pracował społecznie organizując szkolenia oraz koła zainteresowań dla dzieci i młodzieży. Chłopcy z koła modelarskiego uczestniczyli z dobrymi wynikami w wielu zawodach na szczeblach okręgowych i ogólnopolskich. W Brześciu nad Bugiem podczas zawodów krajowych sekcja ojca zajęła 6 miejsce w klasie modeli latających. Mama - polonistka pomagała ojcu w społecznikowskiej działalności. Organizowała całe cykle wieczornic poświęconych literaturze, kulturze i sztuce. Recytowano wtedy wiersze, czytano fragmenty klasyki. Sama pisała też wiersze i sztuki teatralne dla dzieci, które były wystawiane w okolicznych miejscowościach. W domu było nas troje. Ja byłam najmłodsza, przyszłam na świat w 1937 r. Najstarsza była siostra - Maria ur. w 1930 r., a brat Przemysław ur. w 1931 r. Tak naszą rodzinkę zastała wojna. Ojciec już w sierpniu 1939 r. zgodnie z rozkazem mobilizacyjnym z 72 Radomskim Pułkiem Piechoty poszedł na front i walczył z Niemcami nad Wartą, pod Widawą i w obronie Milanówka. Niejasne są późniejsze losy ojca. Mama wspominała, że już po wojnie dostała informacje od znajomych, którzy widzieli go jak przekraczał Bug jesienią 1939 r. Ktoś inny opowiedział jak w lesie niedaleko Włodzimierza Wołyńskiego werbował grupki naszych żołnierzy do akcji łączności. Ostatni widział go Władysław Jędrasik pochodzący z Bedlna naczelnik stacji kolejowej w Kiwercach. Opowiedział mamie, że ojciec przyjechał z trzema innymi oficerami bryczką na stację. Pan Jędrasik go poznał. Rozmawiali o sytuacji w której znalazła się Polska. Ojciec opowiedział panu Władysławowi, że cofają się od wschodu, bo tam wyłapują wojsko i oficerów. Jak trafił do niewoli radzieckiej? Tego niestety nie wiemy. Był w obozie w Kozielsku. Dostaliśmy stamtąd dwa listy. Jeden z nich datowany na listopad 1939 r., a drugiej daty mama niestety nie zapamiętała. Oba listy doszły w styczniu 1940 r. Mama opowiadała jak przy czytaniu wiadomości od taty zapadała cisza, a po policzkach Przemka i Marysi płynęły łzy. Tylko mama z trudem powstrzymywała silne wzruszenie.

Te dwa listy były jak święte relikwie. Niestety niedługo się nimi cieszyliśmy. Gestapo poszukiwało polskich oficerów. Wysyłano specjalne patrole poszukujące naszych żołnierzy. Do nas, do domu trafił niejaki Kreisschuler Mittman, Niemiec szukający mojego ojca. To właśnie on w 1940 roku zabrał oba listy, włączając je do akt sprawy i ślad po nich zaginął.

Nie mogłam pamiętać taty i tamtych wydarzeń, miałam przecież dopiero dwa lata. W naszym domu jednak pamięć o ojcu przetrwała. Mama cały czas opowiadała nam jaki był, czego dokonał, jakim był dobrym człowiekiem. Pamięć o ojcu żołnierzu, który zginął z rąk Sowietów nosiłam w sercu, wiedziałam bowiem, że prawdy o Jego śmierci nie wolno wypowiadać głośno. Mama wpajała nam maksymę - jeśli ktoś obcy spyta o tatę macie mówić: "ojciec zaginął podczas działań wojennych". Zarówno ja, jak i moje rodzeństwo wiedzieliśmy gdzie tak naprawdę zginął nasz tata. Wyszło to na jaw podczas okupacji w 1943 roku, ale wiedzieliśmy doskonale, że wersja o zaginięciu musi obowiązywać - tylko jak długo? Okazało się, że aż do roku 1989. Wtedy też, po raz pierwszy można było głośno mówić o Katyniu, o zamordowanych tam oficerach. Dostaliśmy także pierwsze informacje o losach Stanisława Sekuły. W rozkazie wywiezienia z Kozielska nazwisko mojego ojca znajduje się pod datą 20 kwietnia 1940 r. i numerem 040/32. Podczas ekshumacji zbiorowych mogił w lesie Katyńskim w roku 1943 r. zwłoki mojego ojca zostały zidentyfikowane i zarejestrowane pod numerem AM1999.

Byłam tam. W 1990 roku pojechałam do Smoleńska, a później do Katynia i Kozielska. Był tam wtedy tylko krzyż i kamień, upamiętniający zmarłych. Była też msza z apelem poległych. Były to dla mnie niesamowite przeżycia i wielkie wzruszenie.


Widzę łzy w oczach mojej rozmówczyni. Kończymy rozmowę. Pakuję notatki i dyktafon. Pani Barbara pokazuje mi sporo zdjęć. Są fotografie z wojska, ze szkoły, z rodzinnego domu i klubu modelarskiego. Oglądam również kolorowe odbitki z zasadzenia "Dębu Katyńskiego" w Baryczy. Jedna z fotografii wywołuje zadumę u pani Barbary. To zdjęcie jest najdroższe i jedyne z ojcem - malutka dziewczynka w białym ubranku siedzi na kolanach taty, a obok stoi mama.

MOJEMU OJCU
Jaka myśl gdy klęczałeś
przeszyła Ci czaszkę
Jaki obraz przed oczy
gdy chłód lufy w tył głowy.
A uczucia, gniew, bezsilność, żal
rozpacz w jednym błysku sekundy.
Nie ma świadków?
A niebo?
Przenikliwe i groźne.
Drzewa długo szumiały,
By wykrzyczeć tę zbrodnię...
Alicja Patey-Grabowska


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pni Wrzesień 28, 2011, 11:06:57
Niestety nie działa  :(


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 28, 2011, 11:15:40
U  mnie  chodzi .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: adek Wrzesień 28, 2011, 12:10:31
szacun dla Asi, jak macie jeszcze takie ciekawe artykuły to poprosimy :)


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 28, 2011, 12:47:26
Oczywiście . Proszę  bardzo .
http://www.konskie.org.pl/2011/03/opowiesc-pana-jana.html


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: kokesh Wrzesień 28, 2011, 15:47:29
 <szacun>


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: waldwein Wrzesień 28, 2011, 22:53:06
Wspaniale opisane artykuły Pavelock - moje gratulacje, miałbyś coś jeszcze co mógłbyś zamieścić.

pozdrawiam
waldi


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 29, 2011, 05:32:11
Jeden ze starszych artykułów , które pisałem  pod  pseudo .

Tajemnica cmentarza

    Zupełnie przypadkiem wpadła mi w ręce pewna stara mapa. Chciałem kupić ją od człowieka, u którego była, niestety nie chciał sprzedać. Była to kolorowa mapa bliskich mi terenów, często odwiedzanych przeze mnie z wykrywaczem. Na szczęście mogłem zrobić ksero mapy. Było na niej sporo adnotacji czerwonym atramentem. Pismo eleganckie i równe wskazywało na wykształconego człowieka. Zaznaczonych było kilka miejsc kółkiem lub strzałką. Studiując mapę na początku nie trafiłem na nic ciekawego. Wszystkie opisy i zaznaczenia miejsc były mi znane. Bywałem tam z wykrywką, ale efekty były mizerne. Mapa była datowana na 1937 rok, a adnotacja na górze brzmiała ''zaadoptowano na potrzeby wojskowe - VIII 1939 roku." Było więcej dopisków nieznanego autora, ale nie miały charakteru ciekawostki, czy jakiejś tajemnicy. Porównałem ją z aktualnymi oraz innymi starymi mapami i tu pojawiły się ciekawostki. Najpierw znalazłem kilkanaście dróg występujących na starej mapie, a w aktualnych tylko lasy w tych miejscach. Później zobaczyłem typowe oznaczenie cmentarza na skraju jednej z miejscowości. Muszę tu jeszcze zaznaczyć, że na tym terenie do 1947 było 14 wsi. Zostały wysiedlone siłą na ziemie zachodnie, a miejsce po nich zalesione. Ten cmentarz mnie zaintrygował, gdyż bywałem nie jeden raz w tamtym rejonie i nigdy nie widziałem aby coś tam było.



    Pojechałem z kumplem na miejsce. Po wiosce zostało tylko kilka starych, owocowych drzew i jedna studnia, teraz zasypana. W miejscu gdzie według mapy miałby się znajdować cmentarz było tylko las i krzaki. Nic nie znaleźliśmy. Postanowiłem pojechać do pewnej gminnej miejscowości - G., gdzie w strukturach władzy gminy pracował mój przyjaciel. Spytałem go czy pomoże mi odnaleźć kogoś żyjącego jeszcze z tej wioski. Zapalił się do pomysłu i wskazał jednego starszego człowieka - pana Stefana. Starszy pan po wywiezieniu na ziemie zachodnie, postanowił wrócić do swych korzeni i już w 1949 roku osiedlił się nieopodal swojej byłej wsi. Oczywiście jak najszybciej pojechał zobaczyć rodzinne strony, lecz to co zastał wprawiło go w zdumienie. Tereny wysiedlone zajęte były przez wojsko, które miało tam swoje poligony. Wioska została praktycznie rozebrana i zalesiona, aby śladu po niej nie było. Za wsią, przed ścianą pierwotnego lasu znajdował się kiedyś cmentarz, ale nie był to cmentarz wiejski. Parafia i cmentarz gdzie chowano mieszkańców był w G. oddalonym o 6 km. Co to był więc za cmentarz ?

    -" Proszę pana, to był cmentarz wojskowy, jeszcze z I WŚ. Austriacy wybudowali, piękny kamienny mur, w środku stał mały pomnik z tablicą, a wokół było około 80 - ciu grobów oznaczonych metalowymi krzyżami. Pamiętam, jak moja matka opowiadała, że był tu szpital polowy carskiej armii. Sporo żołnierzy rannych w bitwie ( nie wiadomo o jaką bitwę chodzi i gdzie miała miejsce) zmarło tu z ran. Byłi pochowani tu żołnierze rosyjscy i austriaccy. Wszystkie tabliczki z datą śmierci były datowane na grudzień 1914 r i początek 1915 roku. Cmentarz był zawsze zadbany, ludzie z wioski palili tam świece w dniu wszystkich świętych, pamiętano o mogiłach żołnierzy. Tym bardziej, że było wśród nich wiele polskich nazwisk. Kiedy wróciłem w 1949 roku poszedłem obejrzeć moją wieś. Nie poznałem tego miejsca. Ziemia zaorana, wszędzie wznosił się młody las. Po cmentarzu nawet śladu. Było widać ścianę starego lasu i tabliczki z zakazem wstępu na teren wojskowy. Postanowiłem zaznaczyć miejsce gdzie był cmentarz póki jeszcze dobrze pamiętałem. Na drzewach wyciąłem kilka znaków, a na ziemi poukładałem trochę kamieni - mniej więcej obrys cmentarza. Po 1989 roku kiedy wojsko wyniosło się z tych terenów a wszystko przeszło we władanie Nadleśnictwa, próbowałem zainteresować wielokrotnie ich kierownictwo, aby upamiętnić to miejsce pochówku z 1915 roku. Niestety nie było żadnej odpowiedzi. Jest tak do dzisiaj. Teraz jestem już za stary, aby coś zrobić w tej sprawie, ale może wy... może wam uda się. Umówimy się w przyszłym tygodniu to pokażę wam to miejsce."

    Pojechaliśmy autem razem z panem Stefanem. Dla niego była to już niezła wyprawa. Ubrany w krótką kurtkę typu battle dres i furażerkę na głowie ruszył powoli z laską w ręku na miejsce dawnego cmentarza. Las był już nie do rozróżnienia, gdzie był pierwotny, a gdzie zalesiony w 1947r. Przez około 1 godzinę szukaliśmy śladów na drzewach i ziemi. Bezskutecznie. Pan Stefan był już zmęczony i nie za bardzo mógł się odnaleźć w tej okolicy. Odwieźliśmy starszego pana do domu i postanowiliśmy sami szukać dalej. Wpadłem na pomysł skorzystania map Nadleśnictwa, gdzie pracował kolega, a który chwalił się kiedyś, że pudełko zapałek odnajdzie według swoich map. I tak spotkaliśmy się z Rafałem, wyjaśniliśmy całą sprawę oczekując natychmiastowej odpowiedzi.

    " Chwila, chwila, to tak od razu nie będzie. Muszę pojechać w teren. Dopiero na miejscu, po obejrzeniu i zidentyfikowaniu drzew pokażę wam to miejsce."

    Na miejscu od razu widać było profesjonalizm zawodowy naszego kolegi. Wyznaczył kilka punktów, odnalazł kilka charakterystycznych drzew i pokazał nam na jednym z Grabów wycięty krzyż.
    " Tu widać, gdzie sięgał stary las, a z tego miejsca było prowadzone nowe sadzenie. Te drzewa mają około 60 lat, a tu wiele jest starszych. "

    Najważniejsze jednak było odnalezienie znaku na grabie. Bo to oznaczało, że jesteśmy na dobrej drodze w odszukaniu śladów. Później znaleźliśmy jeszcze dwie kupki kamieni usypanych w liniach prostych i pasujących do znaku na drzewie. Według naszych wyliczeń cmentarz mierzył jakieś 40 x 30 metrów, ale nie jest to jeszcze precyzyjne określenie wymiarów.

    Na razie na tym zakończyliśmy nasze działania w odnalezieniu starego cmentarza. W tym roku planujemy sięgnąć i odnaleźć jakieś dokumenty dotyczące tej tajemnicy. Jeżeli wszystkie dowody wskażą na umiejscowienie w "naszym" rejonie tego cmentarza - zwrócimy się oficjalnie do władz, nie tylko gminnych, o odnowienie miejsca pochówku tych żołnierzy. I jeszcze jedno, pan Stefan powiedział też, że Austriacy wybrali to miejsce, gdyż obok była już stara mogiła, która znalazła się później w obrębie cmentarnego muru. Czyżby pochowani byłi tam Powstańcy Styczniowi ? I z jakiej bitwy pochodzili ranni carscy żołnierze z okresu XII 1914 i I 1915 ?


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: feniks68 Wrzesień 29, 2011, 09:37:13
Super artykuł czyta go się z zapartym tchem  <szacun>


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 29, 2011, 17:53:11
Dzięki , przygotuję  coś  jeszcze .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 30, 2011, 06:10:57
jeden  ze  starszych  artykułów , pisanych pod  pseudo .
Dreszcz

    Tytuł "dreszcz", wziął się głównie z tego czegoś co przeszywa nas podczas odgarniania ziemi i odnalezienia niesamowitego fanta, odkrywania jakiejś tajemnicy, czy wpadnięciu na trop zagadki. To "coś" za czym tęsknimy, czekamy na wiosnę lub dobrą pogodę aby wyruszyć na poszukiwania. W moim życiu poszukiwacza kilka razy przeszył mnie taki "dreszcz" ale jeden raz było to coś wyjątko-wego. Poniżej przedstawię pewną historię.




    Na początku mojej przygody z poszukiwaniem różnych staroci i gratów spotkało mnie coś dziwnego. Pomagałem przy rozbiórce starego domu w niewielkiej miejscowości niedaleko Przysuchy. Podczas wyrywania starych rur i innych instalacji ze ścian odkryliśmy z kolegami skrytkę pod schodami. Była bardzo sprytnie urządzona. Belki podtrzymujące schody przylegały do ściany, a przy podłodze na wysokości około 70 cm znajdował się schowek na wiadra i inne rupiecie. Od tego miejsca jakiś metr przebiegały stare rury od kanalizacji i wody. Wyrywaliśmy wszystko, aby później sprzedać na złom. Wtedy to jedna z rur wyrwała kawał tynku ze ściany i ostatnią belkę podtrzymującą schody. Okazało się, że ta belka tak naprawdę nic nie podtrzymywała, jedynie maskowała skrytkę wydrążoną w ścianie. Skrytka miała ścianki z blachy, szerokości 20 cm, wysokości 70 cm i głębo-kości 40 cm. Tak, to wtedy po raz pierwszy doznałem tego uczucia, wyobraźnia podsuwała mi przed oczy złote monety i precjoza.

    W środku znajdowało się sporo dokumentów, kilka gazet, ramka na zdjęcie wykonana z mosiądzu i pistolet Luger P-08. Broń leżała na początku skrytki i niestety miała kontakt z wodą z przerdzewiałej nieopodal rury. Krótko mówiąc był to zardzewiały i uszkodzony złomek, po wyczyszczeniu oddałem go do Izby Pamięci. Jeszcze gorzej sprawa się miała z dokumentami. Wiele było pisanych na maszynie, część po niemiecku, po polsku, po rosyjsku. Gazety okazało się były polskie, wydane w 1947 roku. Niewiele dało się odczytać i uratować, ale można było wywnio-skować z nich, że przez jakiś czas w tym budynku mieścił się posterunek Milicji.

    Drugi raz coś podobnego przeżyłem kilka lat później. Niedaleko tej samej miejscowości, prowadziłem pewne prace przez 3 miesiące. Jak to miałem w zwyczaju rozpytywałem gospodarzy o jakieś niepotrzebne rzeczy z wojny i inne ciekawe historie. Wkrótce wszyscy wiedzieli o moich zainteresowaniach i przynosili mi fanty lub mówili o jakiś wydarzeniach związanych z ich ziemią,
    a dotyczących czasów wojny. Był jeden starszy człowiek, naprawdę wiekowy i niewidomy. Dużo z nim rozmawiałem, umysł jasny i wybitna inteligencja biła od tego człowieka. Opowiedział mi o pewnym zdarzeniu, które miało miejsce podczas I WŚ. Przez tą miejscowość przechodziły wojska austriackie, pobierali zaopatrzenie dla wojska i dla koni. Saperzy naprawiali most i drogę, a tabory i armaty ciągnięte przez konie przeprawiały się przez rzekę w okolicach młyna. I wtedy doszło do wypadku. Jeden z zaprzęgów koni wpadł w szał, czwórka koni ciągnąca armatę, dosłownie staranowała kilka wozów taborowych, poturbowała kilkunastu żołnierzy i pogalopowała do przodu. Niedaleko traktu znajdowało się kilka sporów dołów - szybów po kopalniach rudy żelaza. I właśnie w ten dół wpadła czwórka koni z armatą. Zanim na miejsce wypadku dotarli żołnierze, armata tonęła w głębokim szybie i wciągała za sobą konie. Zaprzęg został odcięty od morderczego ładunku, dwa konie miały połamane nogi, więc zostały zastrzelone. Po wielu wysiłkach w końcu Austriacy porzucili zatopione działo.


    Nie chciało mi się wierzyć w tę opowieść, ale człowiek nie miał potrzeby okłamywać mnie. Sam był za mały aby to pamiętać, ale jego ojciec najęty był przez żołnierzy do pomocy przy próbie wydobycia działa i dokładnie pokazywał swojemu synowi gdzie to leży zatopiona armata. Nikt nigdy nie próbował jej wyciągnąć, przez lata pamięć ludzi o tym zdarzeniu się zacierała, ale jemu jako dziecku miejsce to utkwiło w pamięci na zawsze. Mimo że zachorował i stracił wzrok, wciąż pamiętał to miejsce. Niezwykle dokładnie je opisał i mimo upływu lat znalazłem ruiny młyna, rzekę i trakt. Nieopodal znajdował się szyb. Miejsce wypełnione było wodą i zarośnięte dość bujnymi krzewami i drzewami. Mój wykrywacz na niewiele się zdał w tej sytuacji, dlatego też zrobiłem coś na kształt długiej dzidy, około 3 m. Nie trafiłem na nic. Po dokręceniu jeszcze 2 metrów uderzałem w coś twardego. Czy był to metal ? Może kamień ? Trzeba było rozkopać i odwodnić szyb. Ponieważ koparkę miałem na miejscu, szyb znajdował się za wsią i raczej nikt nie widział naszej akcji, przystapiliśmy do działania. Najpierw koparka zrobiła dołek na około 2 metry, agregat, pompa i tłoczymy wodę z wykopu na zewnątrz. Łyżka koparki sięgnęła jakieś 3,5 metra w głąb szybu i na tym skończyły się jej możliwości. Jeszcze raz skonstruowaną dzidą wgłebiłem się w lej, ale tym razem wiedziałem, że uderzam o metal. Zrobiliśmy koparką podjazd, tzn. operator wykopał sobie na jakiś metr zagłębienie w które wjechał i mógł sięgnąć do naszej głębokości. Było coraz trudniej kopać, bo i błoto wydobywane z dołu nie było już gdzie wyrzucać. Trach !!! zazgrzytała łyżka po metalu. Adrenalina i dreszcz to były uczucia, które mnie teraz opanowały. Jest, naprawdę jest. W łyżce wyciągniętej z dołu był kawałek metalu. Poczerniały, nie zardzewiały kawałek, wyglądał jak wieczko od skrzynki na amunicję do MG, tylko że było nitowane, wielkość 45 cm długie, 22 cm wysokie i 3 cm grube, przy górze odchodziła jakby rączka. W tym momencie, chociaż słabo było widać co się dzieje w dole, nastąpiło jakby wzdychnięcie i poziom wody podnióśł się do poziomu zero dosłownie w kilka sekund. Prawdopodobnie działo dostało powietrza i poruszyło się w szybie, wcześniej działało jak korek w wannie, a teraz woda przedostała się i zalała z powrotem szyb. Pamiątka została. Ten kawałek metalu mam do dziś. Już nigdy później nie miałem okazji i możliwości zrobić drugie podejście do armaty. Jedynie co udało mi się ustalić to że poziom wód gruntowych, oraz poziom dna rzeki w miejscu gdzie jest szyb wynosi około 2-2,5 metra. Działo ( jeżeli to jest działo ) leży na 4,5-4,8 metra. Ale przecież górnicy jakoś wydobywali rudę żelaza z tego szybu i umieli poradzić sobie z wodą. Mam nadzieję, że kiedyś dorwę jakiegoś sponsora i spróbujemy raz jeszcze dobrać się do austriackiego działa


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: feniks68 Wrzesień 30, 2011, 09:42:03
Szkoda ze nie udało się wydobyć tego austriackiego działa życzę powodzenia ze sponsorem i może kiedyś ujrzy światło dzienne i będziemy mogli ja podziwiać  <szacun>


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: stucer Wrzesień 30, 2011, 13:04:58
Arcyciekawe opowiadania, zgłębianie wiedzy o interesujących dla pasjonata historii wydarzeniach <szacun> Któż z nas nie marzy gdzieś tam w duchu, że znajdzie kiedyś np. czołg? Ty masz już to za sobą :)


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 30, 2011, 17:32:05
To  działo  leży  w  tym  samym  miejscu  do  dzisiaj .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 30, 2011, 18:58:49
kolejny artykulik ...
Epizod z powstania - Ze Starego Pamiętnika - Bliżyński epizod z Powstania

Skąd wziąłem ten pamiętnik? Znalazłem go w starej szafie, którą okazyjnie kupiłem od jednego z pijaczków z Bliżyna. Była zaniedbana, brudna i rozchybotana. Powyciągałem szkło z drzwi, sprawdziłem nogi, w środku pod spodnią deską dębową znalazłem kilka fotografii, brulion i listy miłosne pisane pięknym językiem i pismem. Fotografie przedstawiały ludzi nieznanych, listy były piękne, ale najciekawszy był brulion. Było w nim wiele zapisków z różnych okresów, np. ktoś prowadził tam buchalterię jakiejś wytwórni zabawek w okresie międzywojennym, na innych stronach były przepisy kulinarne z początku XX wieku, był także rodzaj pamiętnika patriotycznego, dotyczący miejscowości Bliżyn i Powstania Styczniowego.
Poniżej chciałbym przedstawić, chociaż jeden z ciekawych zapisków nieznanego pamiętnikarza. Pisownię pozostawiam oryginalną.


14 Marca 1864.
W tym czasie gdy powstańce juże schodzili z pola walki ponosząc klęski, rozegrała się ostatnia bitwa w Sandomierskiem. Rudowski zaatakował w Bliżynie Kulgaczowa i pobił go ze znacznemi straty. W dniu 7 Marca Kulgaczow doszczętnie rozbił oddział Malinowskiego. Postępując dalej, Kulgaczow rusza do Iłży, lecz nigdzie nie spotyka powstańcy. Przeszedł przez Wąchock i lasy samsonowskie. Dowiedziawszy się, że Rudowski - dowódca pułku opoczyńskiego ruszył do Suchedniowa, stanął tam dnia 14 Marca. Z Suchedniowa Kulgaczow pomaszerował do Bliżyna, skąd wysłał rotmistrza von Wahla na podjazd ku Odrowążowi. Wahl w okolicach tego miasteczka wykrył obozowisko Rudowskiego, ale samych powstańcy nie było. Udało się Wahlowi trafić na ślad Rudowskiego, ale zaskoczony dżdżystą i ciemną nocą marcową, zatrzymał się w Odrowążu na nocleg. Rychło też wysłał umyślnego do Kulgaczowa z wiadomością o swoich odkryciach. Ten zamierzał zaraz nazajutrz połączyć się z von Wahlem i ścigać Rudowskiego, gdy tymczasem ten ostatni uprzedził go i napadł w nocy dnia 16 Marca w Bliżynie.

Rudowski poprzez swoich zwiadowczych dokładnie orientował się w manewrach wojsk rosyjskich. Dwaj włościanie Jan Jurzyński i Benedykt Przygoda dotarli do Rudowskiego
z wieścią, że w Bliżynie zatrzymał się Kulgaczow z dwiema sotniami kozaków. One wieści przekazane były od kierownika fabryki żelaznej w Bliżynie Wincentego Stereckiego. Jedna sotnia zajęła karczmę, druga dwór, z zamiarem spędzenia tam nocy.

Rudowski wezwał natychmiast wachmistrza Wojciechowskiego i polecił mu udać się do obozu majora Bezkiszkina, aby ten przed nocą stanął z oddziałem w lesie olszynowym, okalającym staw w Bliżynie. Siły ich wspólne wynosiły około 150 ludzi i 40 kawalerii. Siły rosyjskie były znacznie większe, ale przewagę tę miały równoważyć zaskoczenie i nocna pora. Wspominał mi Wojciechowski - nie wolno było palić, ani rozmów głośnych także surowo zabroniono, tylko spokój i cisza, aby nikt we wsi nie dowiedział się o naszej bytności w olszynach. Męki straszne przechodzilim, z zimna zęby szczękały. Tylko od czasu do czasu trzeba było pić wódkę i zagryzać chlebem z surową słoniną.
Po zapadnięciu nocy można było rozpocząć przygotowanie do akcji. Stosownie do rozmieszczenia nieprzyjaciela Rudowski rozmieścił swe siły.

Napad na dwór powierzył Bezkiszkinowi, który stanął na czele kompanii kapitana Wacława Ciepłego. W skład kompanii wchodziło 68 strzelców. Sam Rudowski stanął przy Bezkiszkinie, a swą eskortę przydzielił Rząśnickiemu.
Wspomina Wojciechowski - przed wielką stajnią dworską stał kozak na warcie, który nas zobaczył jak dojeżdżaliśmy i zawołal ochrypłym głosem - "Kto idiot?". Na co odpowiedzial nasz porucznik Minety doskonałym akcentem - "swój". Kozak przyglądał się, a że byliśmy o krok od niego, więc poznał i wszczął alarm, ale na więcej nie miał czasu, bo Minety jednym ciosem pałasza położył go na miejscu. Wówczas kapitan podzielił swą kompanię na trzy części, dwie rozstawił na szosie, a trzecia kompania otoczyła karczmę, zatarasowała okna i drzwi oraz podpaliła karczmę. Część co trzeźwiejszych Kozaków, przez dach skakali trafiając na nasze bagnety i ginęła, a reszta upiekła się w ogniu. Z koni, które wyprowadziliśmy z karczmy, wiele w popłochu rozleciało się, ale pozostało nam w rękach pięćdziesiąt kilka. Nasza więc wyprawa na karczmę powiodła się.
Mniejszy sukces osiągnął Bezkiszkin. Wobec czujniejszych wart i wcześniejszego alarmu, niż w karczmie, udało się kozakom kwaterującym przy pałacu, uratować się ucieczką ze stratą jednego oficera i paru szeregowych. Pomogła im w tym pomyłka strzelców Bezkiszkina, którzy w ciemnościach wzięli własną jazdę za kozaków i ostrzelali. Lecz i tak straty nieprzyjaciela wynosiły około 50 zabitych i spalonych oraz 20 rannych. Powstańce zdobyli nieco broni i 52 konie. W szeregach powstańczych było dwóch poległych i trzech rannych.

24 Maj 1864.

Dziś dotarła do mnie straszliwa wieść, oto bowiem Matwiej Bezkiszkin nie żyje. Był to syn Polki i oficera carskiego. Sam w młodości służył w wojsku rosyjskim w stopniu kapitana. Dlaczego przeszedł na stronę powstańców? Nie wiem. Wyszkolił i przekazał Langiewiczowi 300 powstańców. W powstaniu dowodził pierwszym batalionem strzelców w pułku Rudowskiego. Batalion ten walczył pod Suchedniowem i Bliżynem. 27 Kwietnia władze carskie schwytały Matwieja Bezkiszkina, który bronił się strzelając z dwóch rewolwerów. Ujęcie go żywcem uznano za sukces tak wielki, że wystąpiono o najwyższe odznaczenie dla żołnierzy, którzy tego dokonali.
W dniu 16 mają 1864 roku sąd polowy w Radomiu skazał majora Bezkiszkina na karę śmierci przez rozstrzelanie. Zapytany dlaczego zdradził swój carski mundur odrzekł: "Zrodzony z matki Polki, czułem się zobowiązany do pomszczenia krzywd jej synów i braci". Zelżony za tę odpowiedź, został spoliczkowany przez prezesa sądu.
W odwecie zawisł na szubienicy. Szczegóły procesu przekazał mi w tajnym piśmie nasz człowiek pan Jakimowicz.
O Matwieju Bezkiszkinie szumią teraz tylko bliżyńskie lasy.

To tylko dwa z bardzo ciekawych zapisków znajdujących się w pożółkłym brulionie. Ale te lokalne historie o zapomnianych bohaterach są najciekawsze.

Radosław Nowek


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: Greg Październik 01, 2011, 20:37:54
Fajne historie zwłaszcza ta o powstaniu styczniowym.Pisana językiem takim jak kiedyś używali.No i bardzo fajnie ze zachował się pamiętnik świadczący o tamtych czasach [brawo] A historia z czołgiem tez bardzo ciekawa,jak to małymi krokami można dojść do prawdy historycznej <szacun>


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Październik 01, 2011, 20:49:45
I  artik  Asi
Śladem Legendy

    Jak  zwykle  w  wolne  wekendy , wybierałam  się  z  tatą  i moją  przyjaciółką na poszukiwania  z  wykrywaczami . Tym  razem  miał  to  być  teren wsi  Stefanów . Nie istniejąca  dzisiaj  wioska   była  świadkiem  wielu  zdarzeń z  okresu  II  wojny  światowej , między  innymi  zwycięskiej  bitwy  partyzanckiej  25 pp AK  mjr-a "Leśniaka " z  przeważającymi  siłami  wroga  SS  i  policji . Chcieliśmy  znaleźć  ślady  tamtych wydarzeń . Ja  machałam  Cibolą , a  tata  X terrą  50 . Na  miejscu  okazało  się  że  teren  jest  dosłownie  "zryty" i  wygląda  jak  księżyc z  niezasypanymi  dziurami  po  pseudoposzukiwaczach . Mimo  wszystko  postanowiliśmy  spróbować . Po  dwóch  godzinach  mieliśmy  parę  monetek  carskich i  trochę  łusek . Tata  stwierdził  , że  nic  tu  po  nas  i  że  pojedziemy  w  nowe  miejsce .  Studiowaliśmy  w  domu  stare  mapy  tych  rejonów  , tak  że  zawsze  mieliśmy  jakieś  dwie  alternatywne  miejscówki .  Kilka  kilometrów  dalej , na  starej  leśnej  drodze  zatrzymaliśmy  samochód , wykrywki  w  dłoń  i  w  las .


    Widać  było  że  dawniej  stały  tu  chaty , znaleźliśmy  starą  studnię , zdziczałe  drzewa  owocowe  i  kasztany -  olbrzymie , popróchniałe , z  wielkimi  dziuplami . Nagle  Bogna ( moja  przyjaciółka  ) dziko  krzyknęła ,  a  z  jednej  z  dziupli  wyleciała  duża  sowa  machając  ogromnymi  skrzydłami .
    Zaczęliśmy  penetrować  teren . Najpierw  tata  znalazł  kilka  monet , za  chwilę  ja  mam  sygnał i  pierwszy  bagnet  " niemiec " ląduje  w  plecaku . Po  godzinie  mamy  niezłe  wyniki  , oprócz  bagnetu  mam  ładownicę  niemiecką z  zawartością , odznakę  za  rany  srebrną , sporo  łusek  i  nieśmiertelnik  cały jednostki  artylerii. Tata  wygrzebał  całą  skrzynkę  od  mg-ty pełną  w  środku , piękną  odznakę  NSKOV i  klamerkę  do  pasa . Zrobiliśmy  przerwę  posilając  się  co  nieco i  ruszyliśmy  dalej . Poszliśmy  wzdłuż  rzeki kierując  się  na  niewysokie  wzniesienia  tuż  za  lasem . Zaczęły  się  łąki a  przez  środek  tych  łąk  wiła  się  nieduża  rzeczka  .  Pasły  się  krowy  ,to  był   wspaniały  widok .  Po  drodze  wyszedł  jeden  bagnet - czworokątny  "rusek"  i  kilka  guzików .  Ja  z  Bogną  skupiłyśmy  się  na  okolicach  rzeki  , a  tata  przeszukiwał  wzniesienia  i  drogę  polną .  No  i  zaczęło  się  , najpierw  hełm radziecki  , resztki  mosina , klamry , guziki  , monety , o łuskach  nie  wspomnę .  Już  nie  było  gdzie  fantów  upychać  dlatego  wszystko  składałyśmy  w  jedno  miejsce . Tata  nas  zawołał  ze  wzgórza , bo  pojawił  się  jakiś  człowiek .
    Przywitaliśmy  sie  grzecznie  , a  gość  wkurzony  pyta  czy  wiemy  że  to  jego  działka ?  My  że  nie , ale  przepraszamy  jeżeli  coś  złego  zrobiliśmy . "  Panie  , jak  coś  znaleźliście  wartościowego  to  trza  się  podzielić . Tu  Niemcy  szli  obłowione  ze  wschodu  i  pełno  złota  miały ". Pokazaliśmy  mu  nasze  skarby , na  co  pokiwał  głową  , że  złomu  to  on  nie  chce  i  powiedział : "  jak  chceta  zbierać  takie  hełmy  i  inne to  idźta  do  " Galasa"  , ma  już  96 lat  i  wie  gdzie  co  jest , a  mieszka  tam , na  skraju   tego  lasu ."
    Jeszcze  raz  przeprosiliśmy  tego  jegomościa i  ruszyliśmy  z  fantami  do  samochodu . Podjechaliśmy  pod  dom  starszego  człowieka , który  siedział  na  ławeczce  pod  drzewem  głaszcząc  kota  trzymanego  na  kolanach . "  Dzień dobry  Panu "  .  "  Dzień dobry , państwo do  mnie ? "  Odezwał  się  mocnym  głosem . " Chcieliśmy  z  panem  porozmawiać  trochę  o  historii  tej  ziemi , oczywiście  jeżeli  nie  przeszkadzamy " . " Proszę  , proszę  , rzadko  mnie  tu  kto  odwiedza , mają  mnie  za  dziwaka  . Przychodzi  tylko  Zosia  , która  robi  mi  zakupy. Siadajcie".
    Opowiedzieliśmy  "  dziadkowi "  nasze  dzisiejsze  przygody  z  poszukiwaniem , a  on  że  trafiliśmy  najpierw  przy  kasztanach  na  starą  leśniczówkę , spaloną  przez  " Kałmuków" w  1944 , a  później  przy  rzece  na  miejsce  potyczki  na  białą  broń " ruskich " z Niemcami ze  stycznia  1945 . Stwierdził  że  co  ciekawsze  rzeczy  to  już  inni  wyciągnęli , ale  on  wie  jeszcze  o  wielu  innych  ciekawych  miejscach . "Dziadek Galas "  wydawał  się  szczerym i  szlachetnym  człowiekiem . To  jak  opowiadał  , sprawiało  że  słuchałam  z  otwartymi  ustami wyobrażając  sobie  wszystkie te historie , tak jakbym w nich uczestniczyła  . Opowiedział  nam dużo  ciekawych  historyjek  związanych  z  wojną , okresem międzywojennym  i o  czasach  PRL-u .  Najbardziej  zaciekawiła  mnie  historia  , która  wydarzyła  się  długo przed  wojną .

                 Nasz  "  Dziadek  Galas  "  jako  mały  chłopaczek  pasał  krowy  na  okolicznych  łąkach . Nie  tylko  opiekował  się  swoimi  krowami , ale  też  innych  co  bogatszych  gospodarzy . Pewnego  dnia  jak  zwykle  doglądał  krów , gdy  nad  niewielkim  wzgórkiem  zauważył  coś  dziwnego . Na  początku  myślał  , że  ktoś  zostawił  nie  dogaszone  ognisko  , ale  ku  swojemu  przerażeniu  zobaczył  jakieś  tańczące  ogniki  nad  ziemią . Ze  strachu , zlany  potem , zaczął  strasznie  krzyczeć  i  pognał  w  stronę  wsi . Bał  sie  wrócić  nawet  po  krowy . Dopiero  ojciec i  matka przyprowadzili  zwierzęta . Wiele  lat  później ( około  40-50 lat ) dowiedział  sie  o  tak  zwanej  reakcji  chemicznej  " oczyszczanie  się  złota " .  Próbował  odnaleźć  to  miejsce  sprzed  lat , i  kopał  w wielu  miejscach  , ale  wszystko  na  nic . Teren  był  dość  duży , a  we  wspomnieniach  dziecka  wyglądało  to wszystko  inaczej . Po  jakimś  czasie dał  za  wygraną .
    Zadałam  mu  pytanie  , skąd  wiedział  że  akurat  tam  było  złoto ?  "Może  bym  nie  szukał  , tylko  pokojarzyłem  kilka  faktów  z  okresu  I  Wojny  Światowej .  Niedaleko  stąd  , pod  Opocznem odbyła  się  prawdziwa  bitwa  między  Rosjanami  i  Austryjakami .  Na  początku  "ruskim" szło  nieźle ,ale  Austryjacy  dostali  posiłki i  kontruderzyli , odrzucając  Rosjan  aż  tutaj  .  Carscy  stracili  wielu  żołnierzy i  sprzętu , a tu ich  resztki  zostały  otoczone  i  wzięte  do  niewoli. Ludzie  powiadali  że  zakopali  tutaj  pieniądze  na  wypłaty  dla  wojska , wszystko  w  srebrze  i  złocie . Wtedy  kiedy  widziałem  te  ogniki  to  nic  o  tym  nie  wiedziałem  . Rodzicom  też  nie  powiedziałem , skłamałem  żem  widział  upiora . Niby  nic  , ot  legenda , ale  potwierdza  ją  jeszcze  jedno  zdarzenie . Otóż  w  latach  20 - tych  przyjechało  do  wsi  dwóch  takich  cwaniaków , elegancko  ubranych . Zatrzymali  się  w  karczmie  u  Żyda  i  urzędowali tam  kilka  dni . Wieczorami  w  karczmie ,  przy  wódce  rozpytywali  chłopów  o  różne  rzeczy , a  to  gdzie  się  "ruscy " ukrywali  przed  poddaniem  , a to  czy  mieli  wozy  z  żelaznymi  kratami i  takie  tam . Chłopy  przy  kieliszku  opowiadali  chętnie  , gdzie  , co  i  jak . Jednego  wieczoru  Leśniczy  siedząc  przy  innym  stoliku  i  przypatrując  się  owym  " gościom " przeprowadzającym  śledztwo , zauważył  , że  mają  rewolwery i  lornetki .   Po  cichu  wysłał  " umyślnego" konno  na  posterunek  do  Przysuchy i podał  list  do  ówczesnego  komendanta . Obaj  przyjezdni  zostali  aresztowani , okazało  sie  w  toku  śledztwa  , że  brat  jednego  z  nich  , który  służył  w  carskiej  armii  został  wzięty tutaj do  niewoli  i  to  on  opowiedział  bratu  o  zakopanej  kasie pułku . Oczywiście  zostało  to  wzięte  za kłamstwa , a  ludzi  owych  oskarżono  o  szpiegostwo , gdyż  mieli  przy sobie niemieckie  papiery .
    " Tak  i  koniec  historii . Czy  tam  co  jeszcze  jest ?  Nie  wiem  . Mogę  wam  pokazać  gdzie wtedy pasłem  te  krowy . Dzisiaj  to  już  inaczej  wygląda , sporo  zarosło  , ale  łąki  są  jeszcze  regularnie koszone ."  Zaprowadził  nas  niedaleko  tego  wzgórza  na którym  spotkaliśmy  gościa  z  krowami . Nie  było  go  teraz . " Galas "  machnął  ręką  wzdłuż i  powiedział  :"   To  gdzieś  tutaj . Tyle    że  wtedy  to  w  dole  przy  rzece  była  tama  wodna  po  starym  Młynie , co  się  dawno  temu  spalił ". Rzeczywiście  z  góry  można  było  dostrzec  słabo  już  widoczne  pozostałości  wałów  spiętrzajacych  wodę . " Chcecie  to  szukajcie  , tylko uwaga  na  właściciela , bardzo  goni  obcych " . " Wiemy , wiemy  już  go  poznaliśmy . Chce   żeby się  z  nim  podzielić jak znajdziemy  skarb ".
    Wróciliśmy  do  domu  i od  razu  do  starych  map . Mam  taką  z  1839 r później z  1914 i z 1915.  Porównaliśmy  wszystkie  i  rzeczywiście  , był  tam  kiedyś  młyn  wodny . Zaznaczone były  też  rejony  zieleni  ( lasy i duże  drzewa ) . Cały  tydzień  przygotowywaliśmy  się  na sobotnią  eskapadę . Wyruszamy  o  4.00 rano . Jeszcze  ciemno , ale  jak  dojeżdżamy  robi się  szaro . Kawy  łyk  i  odpalam  swoją  Cibolkę . Teren  przeczesujemy  systematycznie  , pas za  pasem . Małe  sygnały  zaznaczamy  wbitym  patykiem , i dalej .  Około  8-ej , pojawia  się " nasz przyjaciel do  podziału  łupów " . Witamy  się , pokazujemy  , że  niczego  nie  kopaliśmy  i czekamy  z  decyzją na  właściciela  gruntu . " Ano  zobaczymy , cośta  tam  wynaleźli " . Najwięcej  było  łusek , ale  trafiły  się  monetki , od  boratynek po  II RP , dwie  odznaki  szturmowe i trochę  guzików . Za  każdym  razem  wpadaliśmy  przy  nim  w  zachwyt  ze  znalezisk  , jakie  to  super  i  "och"  i  "ech" . Wreszcie  zrezygnował  i  pozwolił  nam  grzebać  ile  chcemy  , tylko  wszystkie dołki  mamy  zasypać . UFF, ulga , udało  sie  pozbyć  przybysza  , można  wrócić  do  systematycznego  przeszukiwania .  Mniej  więcej ,   na  krawędzi  wzniesienia  , ustawionych  było  sporo  kamieni , zebranych  z  pól otoczaków . Przy  tych  kamieniach są resztki  ogniska i  sporo  kapselków od  piwka i  wódeczki . To  nas  jednak  nie  zraża . Systematycznie  oczyszczamy  ze  "świadków " ziemię . Najpierw  u  mnie , dość  duży  i  mocny  sygnał  pod  kamieniami . Tata  potwierdza  to  swoim  Minelabem .  Odrzucamy  pryzmę  kamieni , składowanych  tu  przez  całe lata . Co  jakiś  czas  machnięcie  wykrywką  i  sygnał  jest  coraz  silniejszy .  Ziemia pod kamieniami jest wilgotna , a na jej powierzchni pełza  mnóstwo  ślimaków . Powoli  łopatą  odrzucamy  ją na  bok  . Sygnał  jest  spory , wskazuje  obiekt  o wymiarach około 60 cm x  40 cm . Czy  to  jest  skrzynka z  kasą ?   Za  chwilę  sie  tego  dowiemy  , gdyż  sygnał  pokazuje  że  coś  jest  nie  głęboko .   Gdzieś  na  50-60-ciu  centymetrach  jest  metal .  Łukowato  wygięta  pokrywa  grubej , stalowej  skrzynki . Na  górze  pokrywy  wzmocnienia  ze  stalowymi  ćwiekami . Wszystko  bardzo  zardzewiałe . Emocje  sięgają  zenitu . Jeszcze  chwila  , jeszcze  trochę  ziemi  i  jest  odkopana .Nie  wyciągamy  jej  z  dziury . Widzę  zamknięcie na  skobel , teraz  otwarte , w  pozycji  do  góry , brak  kłódki . Z  boku  skrzynki dziura  prawie  na  całą  wysokość   boku , jakieś  50 cm . Widocznie  tędy  wysypało  sie  złoto i  tutaj  się "przeczyszczało" . W  środku    ziemia  , i  dno  też  zniszczone . Nie  ma  śladu  po  pułkowym  złocie . Siedzimy  chwilę nic  nie  mówiąc .  Każdy  z  naszej trójki myśli -  co  się  stało  ze  złotem ? Nie  ulega  wątpliwości  że  tu coś było . Czy  któryś  z  tych  dwóch  " szpiegów"  wrócił  tu  i  znalazł skrzynię ? Czy  może  ktoś  inny  z  ukrywająch  skrzynkę  wrócił  i  oczyścił  skrytkę ?   Tego  się  prawdopodobnie  nigdy  nie  dowiemy  . Na  koniec
    pośmialiśmy  się  trochę  z  tego  wszystkiego i  uznaliśmy  , że  jednak  warto  było  , choćby  dla  tego  dreszczyku  emocji .
    Niewątpliwie  była  to  moja  największa   przygoda  z  wykrywaczem  , która  o  mały  włos  nie  skończyła   się  znalezieniem  skarbu . Tak  naprawdę  to  skarbnicą  wiedzy  okazał się  "  Dziadek  Galas " , mam  nadzieję  , że  na  wiosnę  zdrowie  mu  pozwoli  na  pokazanie  mi  innych  ciekawych  miejscówek .

    "Darz  Dół " -    Joanna


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: raf65 Październik 03, 2011, 11:41:59
Piękna historia,
Zapewne dziadek już nie żyje :( a takich historii pewnie mógłby powiedzieć jeszcze więcej, które należałoby spisać...


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Październik 03, 2011, 19:49:49
Dziadek  Galas  zmarł  w tym  roku  i  to  nie  dawno , w sierpniu . Na  pogrzebie  byłem , okazało  się  że  był  żołnierzem  podziemia i  walczył  do  1949 roku . Później  więzienie  , kara  śmierci z  którą  żył  wiele lat . Żałuję  że  nie  odwiedzałem  go  częściej  i  nie  ciągnąłem  za  język , aby  opowiadał  te  swoje  historie .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Październik 07, 2011, 17:24:43
............................
Depozyt Emila

    Było późne, lipcowe popołudnie 1995 roku . Upalny dzień dał mi się dzisiaj we znaki i teraz głowa ciąży, a oczy przymykają się powoli. Dźwięk telefonu rozedrgał mi nerwy i rozszerzył szeroko źrenice.


    - słucham ! Prawie wykrzyczałem.
    - Cześć, Darek mówi.
    - Cześć.

    Dzwonił mój brat cioteczny, z którym mieliśmy wspólne hobby - historię, poszukiwania, rozwiązywanie tajemnic. To on, który był starszy ode mnie o 5 lat, zaraził mnie tym wszystkim. Pierwszy pokazał okopy za stodołą naszej babci, to z nim wyciągałem pierwsze fanty z ziemi - oczywiście bez wykrywacza.

    - Mam do Ciebie prośbę. Czy możesz pojechać dziś jako kierowca do Piotrkowa ?
    - A co, masz coś ?
    - Powiem tylko że warto jechać, wykrywacza nie bierz.
    - No to kiedy ruszamy - spytałem.
    - Stoję już pod twoją chatą .

    Po chwili mknęliśmy audówką przez Modliszewice, Żarnów, Sulejów do Piotrkowa. Jechał z nami jeszcze wspólny przyjaciel i towarzysz niejednej wyprawy "Wyżeł " czyli Zbyszek, z zamiłowania ornitolog.

    W drodze dowiedziałem się, że jedziemy na zakrapiane spotkanie z pewnym gościem z Australii. Przyjechał na kilka miesięcy odwiedzić rodzinne strony i potrzebuje kogoś obeznanego z terenem.

    - Ale, kto to jest ? - spytałem
    - Z pochodzenia jest żydem, mieszkał niedaleko Końskich w Machorach. Podczas okupacji uciekł z getta i był w partyzantce. Wie o wielu sprawach wojennych z tego terenu.

    Piotrków. Wchodzimy do restauracji, gdzie przy jednym ze stolików w rogu sali, siedzi starszy pan.

    - Emil, prosze mi mówić na ty - miękko z wyczuwalnym obcym akcentem przedstawił się podając każdemu z nas rękę.

    - Myślę, że jest to spokojne i odpowiednie miejsce na nasze spotkanie - stwierdził.

    Rozmowa na początku dotyczy czasów teraźniejszych, padają pytania czym się zajmujemy, gdzie mieszkamy itd. Wyraźnie orzywiła go informacja o miłości " Wyżła " do ptaków. Oczywiście przy rozmowie drinki są w ciągłym ruchu, a przez to rozmowa staje się luźniejsza. W pewnym momencie z ust Emila pada takie zdanie: " wiem, że jestem tu po raz ostatni, mam już 78 lat i niedługo na mnie pora. Chciałbym, o ile to tylko możliwe zabrać coś ze sobą. W czasie wojny, jako żołnierz AK miałem swoją broń, był to VIS. Chcę kupić takiego, najlepiej na chodzie. "

    Skąd tu wziąć Visa ? I to jeszcze sprawnego. Znamy sporo ludzi ze "środowiska" ale nikt raczej nie chwali sie takimi fantami.

    - Będzie ciężko - powiedział Darek - raz, że rzadka rzecz, dwa, to ludzie się boją, a trzy to znaczne koszty.
    - Nie chodzi o pieniądze, chcę mieć tą pamiątkę.

    Po zapewnieniu, że zrobimy co w naszej mocy, rozmowy zeszły na tematy związane z czasem okupacji. I nie wiadomo kiedy popłynęła taka opowieść.

    " Był rok 1942, wszystkich żydów z Końskich i okolicznych miejscowości zwożono do getta przy ulicy Małachowskich ( obecna Partyzantów ), gdzie ludzie przebywali na kupie w barakach i magazynach ( po wojnie znajdowały się tam magazyny zbożowe i mączne ). Po około 3-4 tygodniach ludzi ładowano do wagonów towarowych i wywożono w nieznanym kierunku. Rampa ładunkowa znajdowała się 200 metrów od wschodniej bramy getta. Do obozu trafiłem wraz z ojcem i siostrą. Matka zmarła przed wojną. Ponieważ byłem młody, jako jeden z kilkunastu chłopców zostałem porządkowym z żółtą opaska na ramieniu. Na początku Niemcy przekonywali wszystkich o wywożeniu na nowe tereny celem zasiedlania i budowania osiedli żydowskich. W ten sposób nie przeczuwając podstępu wyjechał mój ojciec i siostra oraz wielu znajomych.

    Zbliżał się koniec lata, coraz szybciej i coraz więcej osób przewalało się przez obóz. Jako porządkowi mogliśmy wychodzić na zewnątrz getta i tam pewnego dnia poznałem młodego polaka Witolda. Sprzątał na rampie kolejowej i peronach przy stacji. Często zachodził w nasze pobliże i zawsze coś przynosił do jedzenia. Dużo rozmawialiśmy. Kiedyś powiedział wprost: "Czy wiesz gdzie was Żydów stąd wywożą ?

    - No, gdzieś na tereny wschodnie - rzekłem niepewnie.
    -  To nieprawda ! Nie ma żadnych nowych terenów. Wszyscy jadą do obozów śmierci. Tam jesteście okradani i zabijani w komorach gazowych.
    - Co ty mówisz ? Jak to ? to przecież niemozliwe.
    - Posłuchaj, spójrz na mnie ! Należę do ruchu oporu, i wiem co sie dzieje z żydami, idziecie po prostu na śmierć !

    Powoli zacząłem sobie uświadamiać straszną prawdę. Moja rodzina - zginęła.

    - Musisz się ratować, obóz będzie jeszcze jakieś 2 miesiące i wszystkich wywiozą.
    - Ale jak i gdzie mam uciec ?
    - Pomogę Ci, ruch oporu Ci pomoże. Będziesz walczył, na razie w konspiracji, a później zobaczymy.
    - Przemyślę twoją propozycję, może jeszcze kogoś namówię. Dziękuję.

    W nocy opowiedziałem wszystkim o obozach śmierci. Większość nie wierzyła. Wiele jednak osób przyszło do mnie już bardzo późno z pytaniami.

    - Co dalej, gdzie uciekać, z dziećmi ?

    Spuściłem tylko głowę, bo nie umiałem odpowiedzieć na ich pytania.

    - Ty jesteś człowiek godny zaufania i możesz wychodzić na zewnątrz, pomóż nam - poprosił starszy człowiek z malutką dziewczynką na rękach.

    - Ale jak ?
    - Chcieliśmy ukryć trochę kosztowności, jesteśmy z jednej gminy Żydowskiej, i nie chcemy aby to wpadło w ręce Niemców. Proszę pomóż. Wszystko jest przygotowane, tu jest spis depozytu i właściciele w kilku egzemplarzach. Proszę wszystko jest w tej skrzynce.

    Położyli przede mną kuferek obity miedzianą blachą.

    - Ale jak mam to zrobić ? Sam ? No i gdzie to ukryć ?
    - To zostawiamy tobie młody człowieku. Wiesz, my mamy nadzieje przeżyć i po to wrócić. Sporządzimy dla każdego zainteresowanego plan, a Alek i Stefan - to moi synowie - pomogą Ci ukryć depozyt.

    Musiałem działać szybko, aby ukryć wszystko przed świtem. Myślałem gorączkowo gdzie ukryć skarb. Nie mogłem tego zrobić na terenie obozu, gdyż wszystko pewnie zostanie rozebrane. Musi być to gdzieś na zewnątrz, ale na tyle blisko getta, aby nie ryzykować złapania. Niedaleko był Park, ale wzdłuż chodzi niemiecki patrol.

    Zaświtał mi pomysł. Na rogu ul. Małachowskich i Parkowej stał pomnik Krzyż Powstańców Styczniowych z 1863 r , ogrodzony był metalowym płotkiem i trochę był zarośnięty bluszczem. To będzie dobre miejsce. Nawet jak pomnik zniszcza to jakiś ślad zostanie.

    Ukradkiem pod osłoną nocy przekradliśmy się za ogrodzenie. Na szczęście budka wartownika była oddalona od krzyża. Mieliśmy jedną łopatę od sprzątania, którą powoli rozpocząłem kopać. Skrzynkę spoczęła na dnie wykopu, około 150 cm głęboko. Kuferek miał jakieś 70 x 30 x 40 cm. Wszystko zasypaliśmy ziemią, a na wierzchu zamaskowałem liśćmi i gałązkami. Zrobiłem mały plan na płótnie i przekazałem go zainteresowanym rodzinom. Zrobili kopie i jeden egzemplarz wręczyli mnie.

    - Jeden jest dla Ciebie
    - Ja nie chcę, to wasze rzeczy
    - Na wszelki wypadek, weź, gdyby nikt z nas nie przeżył, to wszystko twoje
    - Nie chcę tego

    Przez kilka nastepnych dni biłem się z myślami, co robić, czy zdecydować sie na ucieczkę. Rodziny które zostawiły depozyt zostały wywiezione. Tajemnica, którą mi powierzyli ciązyła mi jak sztaba żelaza. Zwierzyłem się koledze z pomysłu ucieczki i sprawę depozytu nie wyjawiając szczegółów. Jeszcze tej samej nocy drugi kolega ostrzegł mnie.

    - Musisz uciekać ! Coś powiedziałeś Tadkowi, a ten chce Cię sprzedać w zamian za wolność.

    Przeraziła mnie nie tylko myśl o aresztowaniu, ale o tym jak nie można wierzyć nawet przyjacielowi. Musiałem uciekać bez przygotowania. Wydostałem się za ogrodzenie i ukryłem w pobliskich zaroślach. Pomyślałem, że tutaj nie będą szukać, a psów nie mieli.

    No i będę mógł nawiązać kontakt z Witkiem. Noce były już zimne, więc porządnie zmarzłem, a rano usłyszałem głosy i poruszenie w obozie. Widziałem jak żandarmi bili biednego Tadeusza, który myślał że zdradzając kogoś, uratuje własne życie. Wreszcie jest Witek, zwróciłem jego uwagę i podszedł do mnie.

    - Co się stało ?
    - Musiałem uciekać nagle, groziło mi aresztowanie
    - Bedę mógł przyjść dopiero wieczorem i wtedy Cię zabiorę

    Odetchnąłem z ulgą, Witek mi pomoże wydostać sie z tej matni. Wieczorem przyszedł z jakiś człowiekiem. Kazali mi zerwac opaskę i udaliśmy się w stronę Pomykowa. Dopiero w lesie opowiedziałem o zdarzeniach w obozie, lecz sprawę depozytu zachowałem," dopiero wy teraz jako pierwsi po wojnie słyszycie tę historię. Dlaczego ? Myślę, że go już nie ma, a zresztą minęło tyle lat ..... mam prawo do własnych decyzji......"

    Przez las w ciemnościach doszliśmy do Niekłania, tam w domu nauczyciela zostałem nakarmiony i zaopatrzony na drogę. Wszystko odbywało się w zupełnym milczeniu, tak jak na niemym filmie. Z Niekłania juz na furmance dojechałem z przewodnikiem do Majdowa.

    Z witkiem pożegnałem się w Niekłaniu. Z Majdowa piechotą z nowym przewodnikiem dotarłem do miejsca w lesie zwanego " GUZ".

    Tam dołączyłem do oddziału, który w owym czasie składał się z 7 ludzi. Byli to przeważnie całkowicie spaleni konspiratorzy. Broni jak na lekarstwo, kilka pistoletów FN, jeden Luger i 2 KB. Do Października sypialiśmy w szałasach w lesie, a jedzenie dostarczał łącznik z Majdowa i Kapturowa. Jak bywało zimno sypialiśmy w stodołach w Ciechostowicach, Rędocinie czy innych wsiach. Na zimę zamelinowaliśmy się w głęboko posadowionych leśniczówkach po dwóch na jedno miejsce. Na wiosnę 1943 roku naszą grupę wchłonął oddział partyzancki "Robota" ze zgrupowania "Ponurego". Cały szlak bojowy przeszedłem z oddziałem i brałem udział w większości akcji bojowych. Poźniej trafiłem na Nowogródczyznę, następnie znów koło Końskich. Po wielu perypetiach dotarłem do Niemiec, obóz przejściowy, a w 1947 roku statkiem do Australii. W miedzyczasie ożeniłem się, a pierwszy syn przyszedł na świat w Niemczech. Żona nie doczekała powrotu do Polski zmarła w 1988 roku, syna to nie interesuje, a ja ...... cóż, chciałem przed śmiercią zobaczyć swoją ojczyznę ."

    Nie wiem, ale łzy same stanęły w oczach, tym bardziej, że tembr głosu opowiadającego wprowadził nas w stan "opadłych szczęk ", i rozedrganych oczu.

    Po spotkaniu z Emilem miałem nie przespana noc i mnóstwo kłębiących się pomysłow co do wydobycia depozytu. Najważniejsze pytanie brzmiało: czy to tam jeszcze jest ? No i jak zbadać teren w mieście i przy takiej głębokości, tutaj nie można się pomylić. Darek miał znajomego policjanta, który miał odpowiedni sprzęt i gotów był za niewielką opłatą pożyczyć go. Oczywiście nikomu nie zdradziliśmy tej tajemnicy. Po kilku dniach przygotowań, ćwiczeniach na sprzęcie i wizji lokalnej na miejscu - ruszyliśmy !

    Najważniejsze, że w tym rejonie nie przechodziły żadne instalacje podziemne typu wodociąg, kanalizacja czy telefony, była więc szansa znalezienie skrytki. Kilka godzin przeczesywania rejonu pomnika nie przyniosło pożądanych rezultatów. TEJ WIELKOŚCI SKRZYNKI NIE MA TU NA PEWNO. Uszło z nas powietrze. Czyżby Emil poczęstował nas bajeczką ? Myślę że nie, nic by przecież mu to nie dało, a nie wyglądał na gawędziarza.

    - Mógł przecież ktoś z tamtych przeżyć i po wojnie to wyciągnął.
    - Fakt. Ale Mogło być jeszcze wiele innych opcji.
    - Prawdopodobnie ktoś się obłowił - stwierdził Darek.

    Minął cały rok, a mnie wciąż sprawa depozytu nie dawała spokoju. Spotkałem się z kolegą, który pracował w urzędzie miasta w biurze projektowym. Poprosiłem go aby odbił mi na ksero plan miasta rejonu który mnie interesuje tylko żeby to było z różnych lat.

    Przyniósł kilka odbitek z lat 1932, 1947, 1957,1963 i 1975. I TU BOMBA, MAM !!!

    Okazało się, że między 1947, a 1957 rokiem została przbudowana cała ulica Małachowskich łącznie z rozbiórką wschodniej bramy. Jezdnia, która była kocimi łbami została poszerzona o 6 metrów + 1,5 metra na chodnik. A pomnik został przesunięty na północ, aż o 8 metrów.

    Akcja rozpoczęła się na nowo. Znowu Łódź po wykrywacz i ta noc. 29 VII 1996 godz.

    - Na cyfrowym wyświetlaczu wykrywacza rysuje się kształt prostokąta o znajomych wymiarach, a napis zmieniający się raz na Cu raz na Au utwierdza nas w przekonaniu, że to depozyt Emila. Całkowita głębokość posadowienia to 170 cm. Zmieniający sie napis to skrzynka obita miedzianą blachą, a w środku złoto.

    Podsumowując całą przygodę należy stwierdzić:

    - Udało się potwierdzić niesamowitą historię opowiedzianą przez Emila
    - Skarb jest niestety niemożliwy w tej chwili do wyciągnięcia. Znajduje się bowiem w środku drogi asfaltowej Końskie - Skarżysko.
    - Przez kilka następnych lat zastanawiałem się jak wydobyć złoto. Podkop odpada, przecisk także, z góry nie ma mowy. Myślałem tez o powiadomieniu władz samorządowych miasta, ale sprawa by się nagłośniła, w środku jest przecież lista. Może żyją gdzieś spadkobiercy osób składających depozyt. Zrobiłby się szum.

    Myślę i myślą tak samo moi przyjaciele, że niech sobie jeszcze poleży w ziemi, może kiedyś będzie jeszcze jedna szansa, a może po prostu ludzie ci bronią skutecznie dostępu do depozytu ?

     

    Pavelock

    P.S. Visa Emilowi załatwiliśmy, oczywiście dezaktywowanego .



Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Styczeń 02, 2012, 16:47:29
............


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Styczeń 02, 2012, 16:58:32
Najważniejsza MIsja !
Spóźniłem się ! Nie zastałem już  pana Stanisława wśród żyjących . Chciałem się  jeszcze  z nim spotkać na  kolejnym  wywiadzie --spotkaniu . Odszedł w październiku 2009 r. Był  to  jeden z ostatnich  żołnierzy  polskiego podziemia . Stanisław Nowakowski ps."Boruta" , żołnierz BCH-AK . Człowiek niezwykle  uprzejmy ,podczas rozmowy biło od niego  ciepło , był bardzo  szanowany  przez  otoczenie . O  swoich  przeżyciach  z  lat  wojny nie  mówił  prawie  nigdy , nawet swojej  najbliższej  rodzinie . Musiał  bardzo  przeżyć  ten  czas , kiedy walczył  w  obronie  kraju i później gdy ukrywał  się  przed  "swoimi". Może  właśnie  dlatego  tak  długo  trzymał  swoje  tajemnice  tylko  dla  siebie ?


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Styczeń 02, 2012, 17:37:25
Pana  Stanisława poznałem  w  2004 roku , podczas wykonywania  dla  niego usług hydraulicznych . Był  to  starszy mężczyzna , z równo  przystrzyżonym  wąsem i laseczką  w ręku . Ponad  20  lat  pełnił  funkcję  Sołtysa  w Ruskim Brodzie . To  także  mówi  wiele  o  zaufaniu  jakie  ludzie  pokładali  w  jego osobie .
     Kiedy  woda  wreszcie  popłynęła  w  kraniku  , pan  Stanisław  zaprosił  mnie  na  kawę  i  powoli  popłynęła  opowieść . " Wszyscy  zakładali  teraz  wodę  to  i  ja założę , chociaż  woda  w  mojej  studni  jest  nieprzebyta . Wszędzie  brakowało , a  u  mnie  była . Najgorzej  to  było  w  czasie  wojny , jak  przechodziły  nasze  wojska  we  wrześniu , to  wody  w  studniach  brakło , tutaj  była . Później w 1945 r jak  wieś  się  spaliła , to  też  tylko  tutaj  wszyscy  przychodzili po  wodę . MNie  to  już  by  starczyła  ta  studnia  , niewiele  mi  zostało , ale  trzeba  dać  przykład "
   Mój  rozmówca  nie  bardzo  chciał  wracać  do  wydarzeń wojennych , mówił  ogólnie  o swojej  wsi , o  bitwie w 1945 r , o  wielu  osobach  zasłużonych  w  walce  z  okupantem . Miałem  wrażenie  że  mnie  badał . Po  pierwszym  spotkaniu  , miałem  ochotę  przyjeżdżać  tu  częściej . Wpadałem  do  Pana Stasia na  kawkę  i  rozmowę . Z  czasem  zacząłem  spisywać  te  relacje . Kiedyś  spytałem  czy  on też  był  w  partyzantce , co  robił  w  czasie  okupacji ? Odpowiedział  zdawkowo , " a  takie  tam , panie  kochany robiło się  różne  rzeczy "....Widać  było  że  nie  bardzo  chce mówić  o  sobie . Minęło  kilka  lat , przyzwyczaiłem  się  do  tych  wizyt , do  naszych  rozmów , traktowałem  go  jak  swojego  dziadka .  1 września 2007 po  wielomiesięcznych staraniach i przepychankach politycznych w Starostwie i Urzędzie Gminy w Przysusze , udało  nam  się  z grupą kilku  zapaleńców do  postawienia Pomnika Pamięci Żołnierzy Wojska Polskiego . W  kamieniu  kolega  wyrył : " Pamięci Żołnierzy Wojska Polskiego 1939 , żołnierzom  Hubala , Batalionów Chłopskich , Zgrupowania Jodły , Oddziałowi Góry - Doliny , Cichociemnym , Pilotom Rafu , Niezłomnym z AK , NSZ, WiN .Posada 1.IX.2007 . Wszyscy  wymienieni  naprawdę  tu  walczyli . To takie  historyczne  miejsce - lasy  przysuskie  . Okazało  się  jednak  że  nie  wszystkim  odpowiadały  niektóre  napisy , rzucali takie  kłody  pod  nogi  , takie  stawiali  warunki  , że  nierzadko  chcieliśmy  zrezygnować . I  wtedy  to  właśnie  , kiedy  trzeba  było  uderzyć  pięścią  w  stół ,wyszło  na  jaw  , że  Pan  Stanisław to    bohater - żołnierz podziemia ps." Boruta ". Walczył  pod  dowództwem  por.Madeja ps."Jerzy" ,  a  po  jego  zagadkowej  śmierci  przeszedł  pod  dowództwo  "Szarego" . Okazało się że  kapral  Boruta  był  w  czasie  akcji  Zemsta dowódcą  drużyny  dalekiego  rozpoznania , która  jak  kilka  innych  została  wysłana  na  zwiad  w  stronę walczącej Warszawy i  ustalenia  możliwości  przeprawy na  pomoc  powstańcom . Wróciła  drużyna  Boruty , zameldował  w  sztabie  że  nie  ma  możliwości  przebicia się  takimi siłami  do  Warszawy . Jednostki  pancerne wroga skutecznie odcięły wszelkie możliwe przejścia . Była  to  straszna  wiadomość i świadomość  , że  tylu  partyzantów mogłoby  wziąć udział  w  walce , zasilić  świeżymi  siłami  powstańców .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Styczeń 02, 2012, 20:16:40
....Zanim  by  jednak  dotarli , skończyła by  się  amunicja wytracona podczas  przebijania  przez  blokady , nie  mówiąc  o  stratach  w  ludziach . Druga  przeciwność  to  zakrojona  na  wielką  skalę  obława Kałmucka  na  tym  terenie  , oraz Niemiecka  operacja  "Wildekatter" , mająca  na  celu  zniszczenie  ugrupowań  partyzanckich . Niejednokrotnie  trzeba  było  ratować  cywilnych  mieszkańców  wiosek przed  pacyfikacjami . 
   Pan  Stanisław tak  wspominał  tę  najważniejszą  misję : " Ruszyliśmy  o  zmierzchu przez  las  w  stronę  Borkowic . Nie potrzebowałem przewodnika , byłem u siebie , znałem tu prawie wszystkie dukty i przejścia leśne . Jak na partyzanckie  warunki byliśmy nieźle zaopatrzeni i uzbrojeni . Dziewięciu ludzi i każdy miał  zapas amunicji , było 6 pistoletów maszynowych m-pi i Ppsz , 1 karabin G-43 i  2 szturmy . Oczywiście  zapas  granatów , leków  i  jedzenia . Każdy  miał na  nogach  porządne  buty a w plecaku  trochę  samogonu . Sam  wybrałem  chłopaków , nie  takich  co  jak  zobaczą  Niemca , to  od  razu  chcą  do  niego  wygarnąć . Wybrałem  niepalących , co  nie  było  łatwe . Musieli  mieć  doświadczenie  bojowe i znający  chociaż  kilka  słów  po  niemiecku . Na  szpicy  szedłem  ja  i  strzelec "Łoś" , za  nami  następni " Laszlo " , " Bruno" , "Jurand" , " Sęp " i "Gienio" , a  w  straży  tylnej "Durlik" i " Szaja" . Do  Borkowic doszliśmy  od strony  Bolęcina , omijając  niemieckie patrole na  Januchcie i Kuźnicy . Później  koło  stawu , przeskakiwaliśmy kolejno na drugą  stronę ulicy w bliskiej  odległości od  pałacu i budynku  żandarmerii . Ruszyliśmy  w  stronę  Skrzyńska omijając wszystkie  drogi bite oraz  skupiska  chałup , żeby  psy swoim  szczekaniem nie  zdradziły  naszych  pozycji .Szliśmy  do  świtu , potem  niedaleko Potworowa odpoczynek . Dwóch  ludzi  stało  na  warcie , a  reszta  zapadła  w  drzemkę na  2, 3 godziny . Gorąci  i  owady  nie dały  pospać  zmuszając  nas  do  dalszego  marszu lasem . Trzymaliśmy  się  gęstych  zarośli  i  tylko  niekiedy  wysyłałem  patrol  w  stronę  drogi  by  sprawdzić  czy  wróg  nie  zastawia  na  nas  pułapki . Kolejno  omijaliśmy  szerokim  łukiem najpierw Mogielnicę , Bledów , Belsk aż  do  Tarczyna . Wszędzie  tam  gdzie  moje patrole sprawdzały  drogi , skrzyżowania , mosty i brody przeprawowe , tam  stały  silne  zgrupowania  nieprzyjaciela . Motocykle , wozy pancerne , działka i plutony  wojska . Im  bliżej  Warszawy  tym  silniej  stzreżone  były  te newralgiczne  punkty   . Zrobiłem notatki , szkice  i  obliczenia  , spisałem  jednostki  wroga . Wszystko  po  to  aby  dowództwo  miało  jak  najwięcej  informacji  wywiadowczej i  mogło  podjąć  odpowiednie  decyzje . Przeczekaliśmy  w  krzakach  do  wieczora  . Podjąłem  decyzję  o  powrocie  . Marsz  dalej  byłby  niepotrzebnym ryzykiem  kontaktu  z  wrogiem . Nasiliły  się  loty  zwiadowczych  samolotów  niemieckich . Musiałem dostarczyć  mój  raport jak  najszybciej . Ludzie  też  byli  zmęczeni  po  trudnym  marszu ,mimo  to  nie  narzekali i  raźno pomaszerowali  w  drogę . Tym  razem  musieliśmy  zmienić  trasę , w okolicach  Borkowic , Przysuchy aż  po  Chlewiska  trwała  obława  sił  żandarmerii i  SS . Moje  patrole  wykryły  wzmożony  ruch  samochodów i  wozów bojowych  w  tym  rejonie . cdn....


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: cpt. Nemo Styczeń 03, 2012, 02:11:07
No gratuluje !
Rewelacyjnie sie czyta i sledzi losy tych roznych przygod.
Pasjonujace...


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Styczeń 03, 2012, 07:50:55
......" Zorientowałem się , że chcą okrążyć od północnego wschodu tereny wsi Huta , Majdanki , Antoniów , Rędocin . Chciałem  jak  najszybciej  ostrzec dowództwo , podjąłem ryzyko przeskoczenia drogi w okolicach Gielniowa i przez  dawną  stanicę  Hubalczyków - Gałki , dotrzeć do  lasów przysuskich . Celem  było osiągnięcie  gajówki  Piecyki . Brodziliśmy i  czołgaliśmy  się  płytką  rzeką . Przeskok  pod  mostkiem , potem  koło figury św, Ładysława i  już  byliśmy  w  lesie . Po  Gałkach  pozostały  czarne  spalone  kikuty  kominów . Wieś została spalona w III 1940 r za  pomoc  oddziałowi  Hubala . Rozluźniliśmy  się  trochę po udanym  przeskoku i  o  mały  włos  nie  zginęli  od  kul silnego patrolu konnego  żandarmerii . Zaskoczenie  wykorzystaliśmy  pierwsi ." Laszlo" rzucił granat , wybuch spłoszył konie , zaczęła  się  strzelanina . Wymiana  magazynków , opada  dym , a Niemców  ani  jednego . Zwiali . Zdziwiony  byłem  jedynie  że  nie  trafiliśmy żadnego  z  nich . Teraz  już  szybkim  truchtem  biegniemy w stronę  gajówki  na  Piecykach . Na  placówce  przy  stawach  melduje  się  u  mjr-a          " Leśniaka" i składam  raport  ze  zwiadu . Okazało  się  że  inne  patrole , wysłane różnymi  drogami mają  podobne  relacje , dlatego  też  dowództwo zgrupowania odwołało akcję Zemsta i  nakazało  wrócić  do  akcji  "Burza". Zameldowałem  również  o  koncentracji  jednostk  pacyfikacyjnych w  rejonie  Przysucha , Szydłowiec i Chlewiska . Tam  zostały  już  skierowane  oddziały partyzanckie . Oczywiście  musiałem zameldować o  zdarzeniu  z patrolem  w  Gałkach , za co  mjr,"Leśniak" zbeształ  mnie  na  głos  , ale  po  cichu  podziękował  za  dobrą  robotę . Okazało  się  także  że  nie  wszystkie  drużyny  patrolowe  wróciły  w  pełnym  składzie , no  i  to  że  żadna  nie  doszła  tak  daleko  pod  Warszawę . Słowa dowódcy były  dla  mnie  jak  order  . Pochwaliłem  swoich  ludzi i  zgłosiłem  sie  po  przydział  do  następnego  zadania . Mieliśmy  rozkaz  zabezpieczyć  ewentualny  odwrót  w  okolicach  wsi  Rozwady . Tam  doszła  nas  wiadomość  o  śmierci  mojego  d-cy batalionu por."Jerzego". Wiele  było  niejasności w  jaki sposób zginął , nikt  nie  widział , nikt  nie  potrafił  powiedzieć  jak  to  się  stało . Dzisiaj  mogę  przypuszczać  że  ktoś  wykonał  wyrok . Czy  mieliśmy  w  oddziale  zdrajcę , który  pociągnął  za  spust ?  Czy  porucznik  znał  jakąś tajemnicę  , że  musiał  zginąć ?  Nie  wiem  . cdn..


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Styczeń 03, 2012, 16:52:37
....Po  tych  jakże  fascynujących relacjach człowieka skromnego , który utrzymywał  to  wszystko  w  tajemnicy - postanowiłem  spisać  kilka  relacji . Przed  odejściem  powiedział  mi  że  to  zadanie  nie  było  najtrudniejsze  ale  najważniejsze . Trudniej  bowiem  było  już  po wojnie , musiał  troszczyć  się  o  rodzinę i kolegów  z oddziału . Przez  dwa  lata  jeszcze  ukrywał  się  po  lasach , a  potem  w  ramach  amnestii  złożył  broń  i  ujawnił  na  posterunku  w Przysusze . Wrócił  do  domu , ale  codziennie  obawiał  się  że  UB  zastuka  drzwi .
     Wiele  naszych  rozmów mam  naszkicowanych  w  notatniku , rysunki , hasła i daty . Myślę to  kiedyś  posegregować  .  Kiedy 14.12.2009 pojechałem  jak  zwykle w  odwiedziny  do  Pana Stanisława , dom  zastałem zamknięty . Pojechałem więc do córki , gdzie  dowiedziałem  się  że  odszedł  na  wieczną służbę kapral " Boruta" . Wstąpiłem  na  cmentarz w Ruskim Brodzie pomodlić  się  przy  grobie  tego  żołnierza , a  potem  zajrzałem  na  Posadę  na  "nasz" pomnik .
    Kwiaty i wieńce jeszcze  się  trzymają , wstążki z napisami sterczały wyblakłe , przekręcone  o  180 stopni . Czy  to  wiatr  je  powykręcał , czy  może  ktoś  przechodzący ?  Ta  ziemia na  tym  skrawku  jest  poświęcona , należy  do  tych  którzy  Polskiej Ziemi rzucili  swój  los  na  stos i  nie  pytali  co  będą  z  tego  mieli . A  mieli  najczęściej  mogiłę  w  głębokim  lesie .
koniec


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: adamS Styczeń 03, 2012, 23:29:50
Skąd jesteś?Fajnie piszesz o stronach ktore sa mi bliskie i ludziach ktorzy tam mieszkali i walczyli.W ruskim Brodzie odwiedzam grób ,,Jerzego"
Czasem spotykam się z Leszkiem Madejem ,,Jerzy" był moją rodziną ze strony dziadka Stanisława Madeja /leginisty Piłsudskiego.żolnierza BCh
i AK.Znałem podwładnych Madeja.Spotykałem się z Nimi. Opowiadali mi śmierci ,,Jerzego".Według ich wersji zginął od zabłąkanej kuli jadąc bryczką
na dalekie rozpoznanie.Ponoć sam sobie taką smierć przepowiadał.Dostał w sam środek czoła.Widziałem to na zdjęciu .,,Jerzy leżał w trumnie z
obandażowaną górną częścią głowy.Jestem członkim nadzwyczajnym ŚZŻAK srodowiska Ponury - Nurt.Wprowadzającym był między innymi Zbigniew Lange ojciec Andrzeja.Znam wielu ludzi ludzi z tego środowiska.Wiele wiadomości o ,,Jerzym"zdobyłem spędzając czas wspólnie z dawnymi żołnierzami AK przy ognisku w ogrodzie ,,Bańbury"w Końskich.Bywało to w trakcie ,,Koneckiego Września".Znam wiele historii o dziwnych zabójstwach i losach
przekazanych mi przez Nich.Midzy innymi o losach i śmierci księdza Ptaszyńskiego z Ruskiego Brodu.Przy ognisku zawsze towarzyszył nam Cezary
Chlebowski.Wspaniały gawędziasz.Historia to moja pasja.Dziś nie mam czasu za bardzo się rozpisywać.Wzywają obowiązki.Latam z moim Minelabem
E-trakiem lub Omegą 8000 w rejonach Ruskiego Brodu,Przysuchy,Szydłowca, Borkowic i pobliskich mi miejscowościach.
Pozdrawiam.
Adam.


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Styczeń 04, 2012, 07:21:53
Witam !
To także moje strony , gdzie lata spędziłem  na  wydobywaniu  z  ziemi resztek  historii . Lecha Madeja znam , przegadałem  z  nim  wiele  godzin . Człowiek  ma  sporą wiedzę  ale  i  fantazję . Jak  co  roku  spotykam  się  również  z  żyjącymi  jeszcze  żołnierzami na  mszy w  Ruskim  Brodzie .
Co  do  śmierci  "Jerzego"  , takie  wiadomości  przekazywali  mi  między  innymi  wspomniany  "Boruta" , Stefan Bomba i Janek Kowalski ps."Tygrys Lasów Przysuskich" . We  wszystkich  tych  wspomnieniach przewinęła  się  jedna  historia  po  której  zginął  porucznik "Jerzy" .
  Mianowicie , jednej nocy  1944 roku do wsi  weszło  kilkunastu  uzbrojonych  ludzi z  listą  osób wypisaną  na  kartce . Zaczęli  od  sołtysa , którego wzięli  za  przewodnika  , aby  wskazywał  gdzie  mieszkają  ludzie  z  listy . Głośno  się  obnosząc  przy  tym  że  są  oddziałem  NSZ-tu "Wilka" . Dziwne  jest  to  że  placówka  żandarmerii znajdująca  się  w  organistówce  na  przeciw  Kościoła  w  Ruskim Brodzie nie  wyściubiła  nawet  nosa  podczas  całej akcji tego  oddziału . Krótko mówiąc osoby z listy  były  wywoływane i  dołączane  do kolumny . W jednym  przypadku ( nazwisk nie pamiętam ) na  wywołanie  z  domu  , człowiek  odpowiedział  ogniem . Po  krótkiej  wymianie  strzałów  człowiek  ten  wraz  z  żoną  i  dzieckiem  zostali  zabici . Akcja  została  przerwana . Ponoć ci  co  zostali  zabrani  przez  oddział zostali  zastrzeleni i  zakopani  w  okolicach Długiej  Brzeziny . Wyrok  ten  miał  być  wykonany  za  współpracę  z  ruchem  Komunistycznym . Krótko  po  tych  wydarzeniach  zginął  "Jerzy" . A  jego  śmierć  wiązano  z  tą  prowokacją  urządzoną  przez  kogo ? 


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Styczeń 18, 2012, 07:53:59
http://www.konskie.org.pl/2012/01/wyzwolenie-konskich-16-stycznia-1945.html#more


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Marzec 02, 2012, 16:14:09
        Część I .

                                                  " Bitwa  na  Piecykach"

   Druga połowa sierpnia  1944 roku . W  Warszawie  trwa  Powstanie . W okolicach  Ruskiego Brodu  zbiera  się  partyzanckie  wojsko . Koncentracja  ma  na  celu  zebranie  jak  największej  ilości  ludzi  , sprzętu  i ruszyć na  pomoc  walczącej  stolicy . Po  powrocie z dalekiego zwiadu  , wiadomo było  że  akcja  nie  ma  szans  powodzenia  . Dowództwo  zgrupowania  podjęło  decyzję  o  powrocie  jednostek partyzanckich  w  " swoje "  rejony . W  lasach  przysuskich  pozostają  2  oddziały . Piotrkowski 25 pp   pod  dowództwem  mjr-a  "Leśniaka" Rudolfa Majewskiego i Radomski 72 pp dowodzony  przez  mjr-a " Stefana" Wacława Nizińskiego . Oddziały  przemieszczają  się  regularnie  w promieniu  około  30 km  . Korzystają z pomocy  okolicznych  wiosek . Kilkakrotnie  udało im  się  podjąć zrzut  brytyjski z  zaopatrzeniem . W  okolice  Długiej  Brzeziny zagląda  w  tym  czasie  jeszcze  jeden  oddział  . 2 baon 3 pp leg AK pod  dowództwem  kpt . " Szarego" Antoniego  Hedy .
   Lasy  przysuskie niejednokrotnie  przytulały  w  swoje  ramiona  partie  powstańcze i partyzantów , dając  schronienie i  pożywienie . Liczące  ponad  11 tys. hektarów tereny  zielone były dla  wroga  trudne  do  zbadania i zlokalizowania  niewielkich  oddziałów partyzanckich . Dlatego też posuwano  się  do  różnego  rodzaju  forteli  i  akcji  wywiadowczych  , mających  na  celu  infiltrację  oddziału , zlokalizowanie miejsca  postoju  i  zniszczenie go . Jeden  z  agentów policji niemieckiej  , w przebraniu  mnicha  chodził  od  wsi  do  wsi  i  zapisywał  do  partyzantki . Przypadkiem w  Długiej  Brzezinie  przebywał  zwiad  od  komendanta  "Szarego "  , który  mnicha  aresztował  i  odwiózł  na  kwaterę  dowódcy do  Rędocina . Po  przesłuchaniu i  dokładnej  rewizji  , znaleziono przy  nim  pistolet FN , listę  osób i pełnomocnictwo  komendanta Policji i SS gen.porucznika Fritza Katzmanna . Agent  do  końca  nie  wyjawił  swojego  prawdziwego  nazwiska  . Prawdopodobnie  był  to  Polak  pracujący  na  usługach  policji niemieckiej . Wyrok  został  wykonany w  lesie  w  pobliżu  Kolonii Szczerbackiej . Istniała  obawa  że  agentura  rozpracowała  miejsce  postoju  oddziału . Dlatego też "Szary " zdecydował się  przejść  trochę  bardziej  na  zachód  i  okrężną  drogą  dotarł  w  okolice Tarasów .   
   U schyłku  Września Niemcy  zgromadzili  dość  poważne  siły , aby  raz  na  zawsze rozprawić  się  z  oddziałami  partyzanckimi . Zgodnie z danymi  wywiadowczymi siły  niemieckie miały zniszczyć  2  oddziały - 25 pp i 72 pp AK , o  oddziale  "Szarego " nie  wiedzieli . Operacja  pod  kryptonimem  " Leśny Kocur " ( Waldkater ) , rozpoczęła  się  26 .09.1944 r. W  skład  sił  niemieckich  wchodziły :

790 baon ( frontowy )                                 - dowódca - kpt. Ernecke
692 batalion ( pozostałości )                      - dowódca - mjr. Schluter
689 batalion grenadierów ( pozostałości ) - dowódca - mjr. Schluter       
Policja , SS, żandarmeria  ( pododdziały z  Radomia , Przysuchy , Szydłowca , Chlewisk , Końskich )                                                 - dowódca - mjr . Klein
siły wsparcia 581 Komendy 9 Armii polowej  z  Radomia - dowódca - płk. Durrstein

   Pod  dowództwem  kpt. Erneckego  służyli  żołnierze  pochodzenia Turkmeńskiego  w   liczbie  około 500 ludzi .  Major  Schluter  dysponował  dwoma  szczątkowymi  batalionami w liczbie 250 ludzi . Siły Policji , SS  i  Żandarmerii liczyły 350 osób , a  siły pomocnicze   płk. Durrsteina to około 1200 ludzi . Łącznie w I obławie wzięło udział 2100 żołnierzy , przeciwko około 1000 - com  partyzantów . Uderzenie  okazało  się  uderzeniem  w  pustkę  . Tam  gdzie  według  informacji  wywiadowczych  miały  znajdować  się  oddziały ,  nie  było  nikogo . Niemcy  obstawili  w okolicy Wawrzynowa , Januchty , Kuźnicy wszystkie  leśne  dukty , skrzyżowania , pas drogi około 500 m , oraz most na rzece Radomce w Kuźnicy przy młynie Borkowskich , mostek w Januchcie  przy fryszerce Bytnera , most  w  Ruskim Brodzie koło figurki ( jeden z dwóch mostów umożliwiający przeprawy ciężkiego sprzętu i taborów ) 2 mosty pod lasem przy młynie Stanisława Pająka ( którego  Niemcy  zastrzelili  podczas tej  akcji ) .
   Po  pierwszej  nieudanej akcji  kpt . Ernecke  przeprowadził w dniu 02.10.1944 r drugą cdn....


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Marzec 02, 2012, 19:03:35
II.
część obławy . Tym  razem oddziały  niemieckie  wsparte  były  jednostką  motocyklową  szybkiego  przemieszczania . I  tym  razem  znowu  siły  operacyjne  trafiły  w  próżnię , gdyż  kilkanaście  godzin  wcześniej  oddział  25 pp przemieścił  się  w  rejon  Górek  Niemojewskich na  Diablą Górę . Na  miejscu została  tylko kompania ppor."Henryka" ( Henryka Furmańczyka ) oczekująca  na  angielski  zrzut . Żołnierze  byli  dobrze  zamaskowani ( schronili  się  na bagnach uroczyska Smóg Kaliny ) . W  trakcie  obławy  nie  zostali  wykryci .
   Trzeci  etap  akcji Waldkater rozpoczął  się  05.10.1944 r  i  obejmował północne  tereny masywu . Obława przemieszczała  się  przetrząsając leśne  drogi i obstawiając główny gościniec  Kozłowiec-Stefanów , Mechlin , Gałki , Bród , Rozwady , Snarki . Skrzyżowania szosy Opoczno-Przysucha , Zawada-Goździków , blokowane  były  stanowiskami  ckm-ów i działek  polowych . W  drugiej  fazie  obławy , kompanie Turkmeńskie przeczesywały  lasy od leśnych osad : Browarek , Puszcza , Budy i Huta  , kierując  się  w  stronę  zajętych  stanowisk . I  tego  dnia  Niemcy nie  osiągnęli zamierzonego  celu . Niepowodzenia  zmusiły  dowództwo  operacji  do  uruchomienia  lotnictwa w  celu  namierzenia  naszych  oddziałów .
   W godzinach  porannych  dnia  06.10.1944r . siły  niemieckie  w  sile  2200 ludzi wyruszyły  z pozycji  wyjściowych  od  Przysuchy na  Kozłowiec i Puszczę . Z Goździkowa przez  Stoczki , Zielonkę , Kluczową , Wygodę , Mechlin , Las Suchodół i Hutę . Z  Gielniowa przez Wywóz , Gałki , Browarek . Spore rozciągnięcie  linii obławy  , po złożeniu , skumulowało  Niemców w  okolicy jedynej  drogi  przez  bagna  Kalinowego  Smógu .  Aby  przejść  ze  sprzętem  tą  jedyną  wąską  dróżką  , kolumna marszowa  wyciągnęła  się  na  kilka  kilometrów . Taki  układ w  razie  walki  nie  był  na  rękę Niemcom , ale  doskonały  dla  wojsk  partyzanckich . Kolumnę  prowadzili  chłopi , wzięci  siłą na  przewodników . Pierwsze  trudności  dla  Niemców rozpoczęły  się  po  zejściu ze  wzgórza  w  dolinę . Trawiaste , bagienne  podłoże rozchodziło  się  pod  kopytami  koni które ciągnęły  jaszcze  z  amunicją i działkami  polowymi . Konie  zapadały  się  po  brzuchy , a  działka trzeba  było  wydłubywać  z  bagna . Buty  żołnierzy  niejednokrotnie  zostawały  wciągnięte w  maź błotną i  trzeba  się  było  nie  mało  natrudzić  , aby  je  wyrwać . Dodatkowo padający  deszcz i  ciężka  przeprawa skutecznie  obniżały  morale  Niemców . 
   W  tym  samym  czasie niczego  nie  spodziewający  się  Polacy  podchodzili  do  miejsca zwanego  Piecyki . Na  polanie  przy  głównej  grobli  stała "rybaczówka" i gajówka  z towarzyszącymi  budynkami  gospodarczymi . Oddział  "Szarego " ( a  więc  nie  25pp czy 72 pp) , przemoczony , zmęczony długim  marszem  okrążającym  przez  Kupimierz , dotarł  do   gajówki   
na Piecykach . Zarządzono  postój i  nakazano  ugotowanie  gorącej  strawy  dla  wojska . Przestał  padać  deszcz , a kucharze  poczęli  rozpalać  pod kuchnią  polową . "Szary " rozesłał  ubezpieczenia , a  wojsko  zajęło  się  opatrywaniem  obolałych nóg , wyciskaniem  wody  z  przemoczonych  mundurów . Było  około  godziny  9.00 gdy  powietrze  przeszył  świst lecącego  pocisku armatniego . Na  północnej  stronie  skraju  lasu , przy  grobli  stawu  , partyzanci  ujrzeli  około  40 żołnierzy  niemieckich  i  wycelowane w nich  działko  polowe 40 mm . Zaskoczenie  było  ogromne , ale  już  po  chwili dowódca zwołał  kilkunastu  ludzi i  atakiem  na  wprost ,  zniszczył  obsługę  działka , oraz  unieszkodliwił  obsługę  r-kaemu . Zanim jednak  "szaracy " tego  dokonali , Niemcy zdążyli  wystrzelić  jeszcze  dwa  pociski niszcząc wóz taborowy i kuchnię  polową . Od  strony  niemieckiej  zaczęła  się  coraz  gęstsza palba  z  karabinów i peemów . Już  kilkudziesięciu  żołnierzy  przybyło  na  polanie . Na  rozkaz  por."Sęka " (Henryk Wojciechowski ) zaczęto zwijać obóz . Tabory , konie juczne i  radiostację wyprowadzono za  wschodnią groblę . Na  polu  walki  wystąpiła  zerowa  widoczność  za  sprawą  użytych  świec  dymnych . Umożliwiło  to  partyzantom przegrupowanie i  zajęcie  dogodniejszych  pozycji  do  obrony . Służba  kwatermistrzowska  i  medyczna ukryła się  w  zagłębieniu  za  groblami stawów . Przygotowywano i dzielono amunicję i granaty aby  w odpowiedniej  chwili  dostarczyć  na  linię  ognia . Służba  medyczna dowodzona  przez lekarza Ormianina Muszega Serdakowicza Stiepanina ( uwolniony z  obozu w Baryczy ) sanitariuszkami " Iwoną " ( Barbara Kramarz- Kościńska) , " Skarlet" ( Barbara Kaca) , " Wilga" ( Franciszka Sędzińska ) , " Barbara" ( Józefa Brogowska ) , " Elzinoe" ( Izabela Trzaskowska ) . Po  pierwszym  chaotycznym przebiegu  walki , "Szary" nakazał zaminować  wszystkie możliwe przejścia , kładki ,mnichy , mostki i północne groble między  stawami . cdn...


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Marzec 02, 2012, 19:19:47
III.
Ustawione  zostały  stanowiska  karabinów  maszynowych we  wszystkich  wrażliwych  punktach z  których  mógł  nadejść  atak . W  tym  czasie "Sęk" prowadził  ogień  do nacierających  z karabinów , peemów  i  kilku  kaemów  . W  początkowej  fazie  bitwy Niemcy  wciąż  musieli  przeciskać  się  przez  wąskie gardło drogi  a naciskająca z tyłu kolumna tylko  potęgowała  bałagan . Ta  sytuacja pozwalała  na  skuteczny  ostrzał  pozycji  wroga oraz  na  możliwość  wycofania  się  bez  większych  strat  na  wschodnią  stronę  Piecyków . Do  godziny  11.00 Niemcy  nie  zdołali  przebić  się  na  lepsze pozycje , a główne  ich  siły  pozostawały  ciągle niewykorzystane  daleko  w  tyle . Zgodnie  z  rozkazami  dowódcy partyzanci  prawie  wszystkimi  siłami  przeszły  za  wschodnie  groble  i  zajęły  dogodne  stanowiska  obronne . Plutony " Orkana " , " Kowalskiego " i " Burzy " obstawiają  groble  południowe i jedną  środkową . Plutony " Palmy" , " Wrzosa " i " Marudy" zabezpieczają  pozostałe groble  środka . Kompania por."Judyma" ( Marek Wujkiewicz) zajmuje stanowiska z prawej flanki w górę  rzeki Radomki . W  dyspozycji  tej  kompanii są  plutony : " Grada" , " Błyskawicy " i  " Żmii" . Pluton minerski " Janusza" ( Mirosław Starski) minuje możliwe  drogi  natarcia wroga . Zwiad  konny por. " Rawicza " zabezpieczał  w  tym  czasie  możliwą  drogę  odwrotu  na  wschodnią  stronę  lasów aż  do  gajówki  w  Zapniowie . Służba  kwatermistrzowska  została  przesunięta  do gajówki  Posada , gdzie  kucharze  kontynuowali  przygotowanie  posiłku w  zapasowym  kotle . Posada  znajdowała  się  w  bezpiecznej  odległości  od  Piecyków  w  dużej  gęstwinie  leśnej .
   Na  groblach już  na  dobre  rozpoczęła  się  walka . Niemcy  szturmowali . Nasi  podpuścili  wroga  na  bliższą  odległość i zaczęli  strzelać  ze  wszystkich  ck-mów , r-kaemów , rzucano  granaty , a pod  nacierającymi  wybuchały  miny . Bitwa  mimo  dużych  strat  po  niemieckiej  stronie  , trwała  nadal i  nabierała  coraz  większego  rozmachu . Obawiając  się okrążenia  od  strony  drogi  zapniowskiej , "Szary" przezornie wysłał rezerwową  drużynę  strzelców pod  Hutę . W  razie  zaobserwowania  wroga  partyzanci  mieli  związać  ich  walką  . obstawili  teren drogi od  Zapniowa do Malinowia , Gozdy i gajówki Huta . Do  dzisiaj  tajemnicą  pozostanie  fakt  nie   uruchomienia oskrzydlającego  manewru właśnie  w  tym  rejonie . Prawdopodobnie pewni  siebie  Niemcy  nie  obejrzeli  dokładnie  mapy i  nie  zauważyli  tej  możliwości . Drugą  niejasną  sprawę  stanowi  fakt  nie  wezwania  posiłków z  Przysuchy , Końskich czy Radomia , które  mogły  wejść  bezpośrednio  do  walki  z  Duktu Czerwińskiego dochodzącego  do  Posady i  Duktu  Biała Droga prowadzącego  wprost  do  stawów . Dlatego  też  zwiad  konny  bezustannie  penetrował  zagrożone  szlaki . " Rawicz " , " Lot "( Tadeusz Mazurkiewicz) i " Przewrotny" ( Feliks Świercz ) patrolowali  północną stronę  aż  do  " Sobaczej Góry ". Druga  grupa  zwiadu " Antek " , " Zdzich " i " Pogoń" sprawdzali  drogę  do  Posady na  południe  od  wsi  Wrony i  na  wschód  od  leśniczówki  Zapniów . Porucznik "Sęk" dodatkowo  wysłał  niewielką  drużynę na  ewentualny  kontakt  z  wrogiem  i  związania  go  walką . Bitwa  trwała bezustannie , żołnierze  coraz  bardziej  zmęczeni z  uporem  bronili  swoich  stanowisk . Niemcy  w  południowych  godzinach  wprowadzili  do  walki  pozostałe działka  i  granatniki . Pomimo  ciężkich  strat  Niemcy  kontynuowali natarcie zdobywając  po  trochu  nowe  połacie  terenu . Po  Polskiej  stronie  również  byli  zabici  i  ranni . Zginęli : "Skromny", " Roland " ( Kłosiński ) , " Michał" ( Jerzy Jania ) , " Głos" ( Jan Serba) . Ranni : ppor. " Zew" ( Mieczysław Śliwiński ) i  kilkunastu  innych  partyzantów .  Poległych i  rannych umieszczono  na  furmankach i  odesłano  do wsi  Zapniów gdzie rannymi   zajęła się  służba  medyczna .
   Powoli  zapadał  zmrok i  natarcie  niemieckie  zaczęło słabnąć , aby po   pewnym czasie   zupełnie zamilknąć . Na  polanie  pojawiły  się  grupy  z  białymi szmatami i  opaskami czerwonego krzyża na rękawach . Polacy  widząc  zachowanie  Niemców przestali  strzelać i  pozwolili  na  zabranie  rannych z  pola  walki . Wykorzystując  zapadające  ciemności i  działania  niemieckie z rannymi , "Szary " przystąpił  do  wycofywania batalionu  z  linii  ognia . Na  podstawie relacji  furmanów wziętych  na  podwody  dla  potrzeb  obławy ocenia  się  straty  niemieckie  na  około 40- 45 zabitych  i  ponad  100 rannych  . W  Zapniowie  właśnie odbywały się  poprawiny  wesela . Grał  zespół  muzykantów w  składzie : Gębski Stefan - skrzypce , ojciec  i  dwóch  synów Rudnikowie ze  wsi  Kwas . Słychać  było  przyśpiewki  , tupanie tańczących i ogólną  wrzawę  biesiadników . W  ten  weselny  nastrój  wpadło  kilku  żołnierzy  "Szarego " z " Lotem " i " Rawiczem " na  czele . W  chałupie  było  dość  jasno  , bo  dla  celów zabawy  zapalono  trzy  duże  lampy  naftowe , i  trzy  karbidówki górnicze . Żołnierze  przybyli  z  furmankami  na  których  leżeli  zabici i  ranni partyzanci . Muzykanci  przerwali grę ,   a  tańczący rozeszli  się  pod  ściany chałupy . Na  środek wyszedł  sołtys i zaprosił  "leśnych" do stołu i zabawy .  "Potrzeba  nam  stolarzy i  miejsca  dla  rannych " odpowiedział  na  to  " Rawicz " .   Sprowadzono  więc  Antoniego Dąbrowę i Jana Zamarię  z  Kuźnicy , Kaczmarka  z  Zapniowa , którzy  w  ciągu  godziny  zbili  trzy  proste  żołnierskie  trumny . Deski  nie  były  pomalowane " angielska sadzą" gdyż  zabrakło  jej  w  tym  czasie .  Polegli  byli  już  obmyci  z  krwi i  ułożeni  w  trumnach . Byli  chowani  w  mundurach i  pasach , a czapki  z orzełkami zostały  ułożone  na  nogach  powyżej  butów . Goście  weselni  przygotowali  i upletli  na  prędce  wieńce  żałobne , a  muzykanci  zagrali  z  cicha  żałosną  melodię .  Kapelan oddziału ks. " Andrzej " namaścił  poległych i  smutna  ceremonia  odbyła  się  na  krawędzi  lasu  Posada . Po  złożeniu  poległych  do  wspólnej  mogiły "Sęk" rozkazał  wystrzelić  salwę  honorową . Po  ceremonii batalion ruszył  szybkim  krokiem  przechodząc  w  lasy  Borkowickie , Chlewiskie .    "Szary "  zdawał  sobie  sprawę  , że  mieli  dużo  szczęścia i  trzeba  jak  najszybciej  oddalić  się  z  zagrożonego  terenu .  W  czasie  przeprawy  oddział  był  ubezpieczany   przez  dalekie  patrole wychodzące  do  kilku  kilometrów  z  tyłu , przodu  i  boku .  Za  furmankami  z  rannymi  szła  sanitariuszka "Iwona "  , opiekująca  się  rannymi  i  nucąca  po  cichu  rzewną  melodię . Jedynym  bezpiecznym  miejscem  przeprawowym  na  Radomce  był mostek przy  stawie  w  Wawrzynowie . Mostek  specjalnie  był  częściowo  rozebrany  , żeby  nie  przyciągał  uwagi  Niemców . W razie  potrzeby  był  natychmiast  uzupełniany  deskami  i  kłodami  schowanymi  u  miejscowych  . Zwiad  konny  dowodzony  przez " Cygana" ( Marian  Ciura) , wystawił  ubezpieczenia i  uzupełniał  brakujące  elementy  mostka  z  pomocą  chłopów   Antoniego i Piotra Wodniaków , żony  Piotra , cieśli Michała Bomby . Po  północy  oddział  miał  za  sobą  rzekę i  drogę  Konecką   , a  trzy  godziny później  oddział  osiągnął punkt  docelowy  - gajówkę  Łopata pod  Chlewiskami .
   Przez  wiele  lat  po  wojnie  , praktycznie  do  1991 roku  było  wiele  białych  plam  i  niejasności  dotyczących  bitwy  na  Piecykach . W  niemieckich  dokumentach  , w których zaniżono własne  straty , za  przeciwnika  uważano  25 pp AK pod  dowództwem  mjr-a " Leśniaka". Żołnierz  tegoż  oddziału  por." Henryk " , oczekujący  na  zrzut słyszał  całodzienną  palbę  i  zastanawiał  się  kto walczy .  Wiedział  że  to  nie  jego  jednostka . " Leśniak  "  był  już  bowiem  na  Diablej  Górze oddalonej  o  kilkadziesiąt kilometrów  na  zachód . Oddział " Henryka" , zdezorientowany  i  ukrywający  się  w  pobliskich  bagnach porzucił   tabory przygotowane  do  przejęcia  zrzutu  . Wozy  wpadły  w  ręce  Niemców . " Henryk " zmienił  miejsce ukrycia  i  nie  dał  w porę  umówionego  znaku  pilotom  Rafu . Samoloty brytyjskie nadleciały nad  zrzutowisko w  rewirze  leśnym Mostki Dąbie  późnym  wieczorem  .  Zatoczyły  koło  , nie  widząc  i  nie  słysząc sygnałów ,  odleciały  i  po  drodze  wyrzuciły   bezcenny  ładunek  do  morza . Wieczorem 07.10.1944 r radiostacja  oddziału  przekazała  meldunek do  "Jodły" - " Bitwę  na  Piecykach  z  Niemcami  wygrałem - " Szary " . Dzięki  kronikarzowi  oddziału  kpr. " Strachowi" , oraz  książce  napisanej  przez  Antoniego Hedę  i wydanej  w  1991 roku pt."Wspomnienia Szarego" , można  było  poznać  szczegóły  bitwy na  Piecykach .

   Chciałem  podziękować  za  wszystkie  informacje  , które  przekazali  mi  w  formie  ustnych relacji świadkowie  tamtych  wydarzeń . Ludzie  pomagający  oddziałom  partyzanckim walczącym  na  terenie  Ruskobrodzkim  i  w  lasach  przysuskich . Wiele  osób  , badaczy  historii lokalnej  swoich  miejscowości  , również  nie  poskąpili  swojej  wiedzy  w  temacie  bitwy  na  Piecykach . Szczególne  podziękowania  dla  pana  Lecha  Madeja dysponującego  niesamowitą  wiedzą  na  temat  jednostek  partyzanckich  z  rejonu  Przysuskiego . Panu  Stanisławowi  Rejmerowi z  nadleśnictwa Przysucha  za  pomoc  i  udostępnienie  rezerwatu  Puszcza .  Ś.P. Kazimierzowi Bombie żołnierzowi  AK za  relację  z  walk . Janowi Kowalskiemu  regionalnemu  badaczowi  historii , za  niezapomniane  chwile  przy  ognisku   . Andrzejowi Bombie , radnemu  z  Ruskiego  Brodu za  wszelką  pomoc  w  docieraniu  do  ludzi . Czesławowi  Zamarii za  relację o  oddziale .Pani  Helenie  Dudzie  za  opowieści  o  Szarym .    Dzięki  tym  wszystkim  ludziom  zaangażowanym  w  program  " Ocalić od  zapomnienia"  , 01.09.2007  roku  w  miejscu  gdzie  kiedyś  była  Posada  , udało  się  postawić  pomnik . Pomnik  upamiętnia  żołnierzy  walczących  tu  w  1939 r , oddział  mjr-a Hubala , pilotów Rafu , oddziały  partyzanckie  Szarego , Góry-Doliny, 25pp , 72 pp , NSZ , BCH , WiN   .
Koniec : Pavelock


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: wydra Marzec 02, 2012, 22:37:42
Brawo. <szacun>


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: raf65 Marzec 04, 2012, 13:17:35
Pavelock, gratulacje i szacunek.


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Marzec 04, 2012, 14:17:48
Dziękuję  .
Na  foto  wspomniany  pomnik .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: Old tiger Marzec 05, 2012, 06:44:08
Dziękuję  .
Na  foto  wspomniany  pomnik .

Fajny pomnik , ta robota kosztowała "przechodzony zawał "ale łyknąć jeszcze potrafię.
Dwa kilometry dalej jest tablica z poprzedniej epoki  dotycząca bandy  Icka Ajzenmana tego m in od masakry w Drzewic
y... 
Pozdrawiam  Patriotyczny Dreptaków .
W okolicach pomnika jedno  z ostatnich  MP.  KWP  Warszyc . Dwadzieścia lat temu obok znaleziono Złoty Krzyż Niepodległości i nieco radomskiej amunicji, jedna sztuka jest w Pomniku...
 
Old tiger


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Marzec 05, 2012, 10:22:18
Dzięki Janku za komentarz .
"Old Tiger" to  człowiek  , który  przez  wiele  tygodni wydłubywał napisy ręcznie i przygotowywał  kamień . Ogromny <szacun>


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Kwiecień 18, 2012, 16:22:20
"Sprawa Napoleońska w moim  regionie"
Część I - Sytuacja Ogólna
Jest  rok 1796 . Napoleon  na  czele  armii wkracza  do  Rzymu , likwiduje  Kościelne Państwo i proklamuje Republikę Rzymską . Nie  poprzestaje  na  tym . Papieża  najpierw wysyła  do  Sieny  a  później  do  Francji . W  roku  1800  armia  francuska  uderza  na  Austriaków i  po  zwycięskiej  bitwie pod Marengo zmusza  Austrię  do  kapitulacji . W  tym  czasie  we  francuskim  wojsku  są  już  Polacy , którzy widzą  w Napoleonie  nadzieję  na  odzyskanie  suwerenności . Tworzą  się  Polskie  Legiony . Coraz  więcej  oficerów  ucieka  z  kraju  i  zgłasza  się  do  dyspozycji  Cesarza . Biorą  udział  w  kampanii egipskiej .
  W 1805 roku Francuzi  rozgramiają  Austriaków  i  Rosjan  pod  Austerlitz , a  rok  później  miażdży  armię  pruską  pod  Jeną . Po  wejściu  do  Berlina  pada sławetne zdanie " gdy  zobaczę  40  tysięcy gotowego żołnierza polskiego , ogłoszę w Warszawie waszą niepodległość " . Nie  spodziewał  się  jednak  że tylko  z  jednego  zaboru  zbierze  się  ponad  40 tysięcy  żołnierzy . Niestety  zamiast  dotrzymać słowa i ogłosić Niepodległość Polski , ogranicza się  do  utworzenia Księstwa Warszawskiego . cdn
 


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Kwiecień 18, 2012, 19:55:48
.........Drezno 1807 rok . Napoleon ogłasza  nową  konstytucję , nową sytuację dla  naszego  kraju . W Tylży  powstaje  Księstwo Warszawskie , którego władcą jest Fryderyk August , król saski  . Faktyczne rządy sprawują  Francuzi , finanse i  urzędy pozostają  w rękach  pruskich , tylko  my  Polacy  musimy  oddawać  krew i  pot . Mogliśmy  ginąć  w  Hiszpanii , nad Renem czy  na  Haiti , wolno  nam  było  walczyć  u  boku  francuskich  żołnierzy . Nie  wolno  nam  było  jednak  myśleć  o własnym  kraju i  wzmacnianiu  granic . Pomimo  uczucia  zawodu  , goryczy graniczącej  z  rozpaczą  , z  tego  właśnie  małego  skrawka  Polski  wyrastała  nadzieja  na  odbudowanie  ojczyzny .
     W  dawnym  kieleckim i  moim  miasteczku  Końskich rządzą  żelazną  ręką  urzędnicy  austriaccy . Granice  obstawione  silnym  kordonem  wojsk , skutecznie  powstrzymywały  próbujących przedrzeć  się  uciekinierów  . A  tu  tak  nie  daleko , tuż  za  Pilicą  poczęły  pojawiać  się  blaski wolności . Zima 1808 roku otulała  Końskie i okolice powłoką  śniegu  i  mrozu .W  pałacu , czy  innych  domostwach  zasiadano  przy  domowych  kominkach , płynęły  opowieści  o  dawnych  dobrych  czasach . Mówiło  się  także  o  tym  co  przyniesie  najbliższy  czas . Może  już  na  wiosnę  ruszą  Francuzi ?  Często  te  myśli i  gawędy  rozmywały  się  gdy  za  oknem  słychać  było  dragonów  austriackich , patrolujących  drogi  i  karczmy . Wojna  z  Austrią  . Wojna  ta  stworzyła  sprzyjającą  koniunkturę  dla  Polski . Książę  Józef Poniatowski zwraca  się  do  narodu : " Rodacy ! Zaświtała  nam  nadzieja  . Przekonamy  Cesarza Napoleona , że jesteśmy godni odziedziczyć tę  ziemię i imię " . Książę  walczy  z  Austrią . Fenomenalna  odwaga  , talent  dowódczy , honor  i  sumienie  zajmuje puste miejsce   w  sercach  Polaków po  Tadeuszu  Kościuszce .
   10 kwietnia  1809 roku wojsko  austriackie  dowodzone  przez  arcyksięcia  Ferdynanda  d'Este przechodzi  przez  Kielce , Końskie , Bliżyn , Radom , kierując  się  kilkoma  trasami  na  Grójec . Dobrze  uzbrojeni  i  przygotowani  do  walki  mieli  wytrącić  żołnierzom  polskim  oręż  z  ręki . Jakże  jednak  się  srogo  zawiodły  na swym  pewnym  sukcesie . Pod  Raszynem  14 kwietnia  Polacy  pod  wodzą  księcia Poniatowskiego zadały  przeciwnikowi  poważne  straty . Walka  była  ciężka , ale  młode  polskie  oddziały  nie  ustąpiły  pola . Wszędzie  słychać  było  huk  armat . Większe  i  mniejsze  potyczki  toczyły  się  od  Wisły  i  Warty  po  San i Bug . Wprawdzie  Austriacy  wkraczają  do  Warszawy  , ale  nie  na  długo . W  tym  czasie  oddziały  Dąbrowskiego , Poniatowskiegi  i Zajączka  wkraczają  do  Galicji i  rosną  w  siłę . cdn.....     


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: Greg Kwiecień 18, 2012, 21:00:50
Pavelock jak czytam ta historie która opisujesz, to przenoszę się w tamte czasy dosłownie :) Pisz dalej bo głodny jestem wiedzy ;)


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Kwiecień 20, 2012, 20:02:21
... Na  terenie  powiatu koneckiego  pojawia  się  pułkownik  Paweł  Biernacki . Stoi  na  czele   jazdy  Polskiej . Ożeniony  z  córką  hrabiny  Ludwiki  Potkańskiej - Marianną ,  z pobliskiego  Bliżyna . Pierwsza  i  zwycięska  batalia  odważnego  pułkownika  ma  miejsce  w  Opocznie . Po  krótkich , skutecznych działaniach  wypiera  jednostki wroga  z  miasta . Następnie  z  rozpędu  wjeżdża  do  Końskich . Przepędza  jazdę  austriacką  i  zajmuje  miasto . W  drodze  na  Opatów  zajmuje Bliżyn - rodzinną  miejscowość  swojej  żony .
      " Drogi  powiatu  znów  tętnią  życiem , słychać  bębny , tętent koni , skrzypienie  kół wozów . Ludzie  wychodzą  ze  swoich  domostw , szaleje  radość. Wszyscy  pędzą  w  stronę  bliżyńskiego  dworu by  popatrzeć  na  Wojsko Polskie w  pięknych  mundurach , z  szablami  u  boku . Karczmy i  gospody  są  pełne.   Ludzie  świętują , a  dziewczęta  zalotnym  okiem  zerka na  mundury .
     "   Wiele  osób  chce  się   od  razu  zaciągnąć do  Polskiej  Kawalerii  . Do  dziś znane jest  tylko  jedno  nazwisko ochotnika - szlachcic Kozicki Hipolit.  Pracujący  przy  zarządzaniu  wielkim  piecem   Bliżynkim .  "
         Po  odpoczynku  oddział  wyrusza  dalej . I znów słychać  bębny a  po  bitej drodze  przetacza  się  wspaniały  kordon  oficerów  i  żołnierzy . Bliżyńskie  matki   kreślą nad  nimi  znak  krzyża prosząc o  błogosławieństwo  i   o  ochronę  życia .
   Po  wojnie  1809 roku ziemie koneckie  włączono  do  Księstwa Warszawskiego , a  samo  miasto  zostaje  siedzibą  powiatu wraz  z  Żarnowem , Przedborzem , Białaczowem i  Radoszycami . Końskie  wchodzą   w  skład  Departamentu  Radomskiego . Dla  wsparcia  Wojska  Polskiego ludność  powiatu  koneckiego  zbiera  i  przekazuje wielkie  zapasy  zboża , oliwy i  różnych  produktów . Przekazano  również spore  datki  na  mundury , oporządzenie , konie  itd . Wprowadzony  zostaje  do  urzędowania " Kodeks  Napoleona" . Prawa  w  nim  zawarte  robią   z  księży  katolickich  urzędników  państwowych stanu  cywilnego . Wszystkie  zapisy  parafialne  mają   być  sporządzone  w  2  egzemplarzach  - jeden  dla  parafii , drugi  dla  departamentu . Księża  pozbawieni  zostają   funduszy i  znacznie  spadają ich  warunki  życia  .  cdn....


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Kwiecień 21, 2012, 11:36:13
.....Rząd Księstwa Warszawskiego  utworzył Generalną Dyrekcję Dóbr i Lasów  Narodowych . Lasy  koneckie  weszły  w  skład  Ekonomii Samsonowskiej . Poczęto olbrzymie  wycinki  na  potrzeby  hutnictwa  i  górnictwa . Z  tego  okresu  odnalezione  zapiski dotyczące  wyrębu  lasu  w  okolicy  Bliżyna . "  Zarządca  majątku imć pan Tomasz  Beranek  odsyła pismo o  wstrzymanie  wyroku  w sprawie  kradzieży  drzewa do  powrotu  Dziedziczki , po  którą  wysłano  konie  do  Warszawy". Aresztowano  dwóch  drwali  w  okolicach  Góry  Dalejowskiej  , zabrano  im  siekiery  i  podwody . " Jak  sprawa  się  zakończyła  ? Niestety  nie  dowiemy  się  już  chyba  nigdy  . Wprawdzie  w  innych  zapiskach  trafiam  na  jeszcze  inną  skargę  złożoną  przez  dziedziczkę przeciw  Ekonomii Samsonowskiej  o  gwałcenie  praw  własności  i  nadużycia dokonywane  podczas  wycinek  lasu .
  Przyszedł  rok  1812 . Żniwa  w  pełni . Zbiory  są  bardzo  słabe . W  okolicy  pojawia  się  wojsko  francuskie . Zaczyna się  rekwirowanie  zapasów dla  wykarmienia    armii  . Na  szlakach  przemarszu  wojsk  Napoleońskich  trwają  ciągłe  grabieże  i napady  . Podczas  tej  kampanii  Polacy  walczą  z  pełną  ofiarnością  , tracą  około  70%  stanu  polskiego  zaciągu . Ta  ofiara  nie  przynosi  jednak  niepodległości .
      Z  zapisków  -  " Wincenty Potkański  w  randze  pułkownika  staje  u  boku  księcia  Józefa podczas  wojny  z Rosją . Matka  Wincentego podchodzi  do  syna  i  czyni  znak  krzyża  przed  drogą .  Matko , póki  Ojczyzna  w  hańbie i niedoli  , nie  żal  mi ni  domu , ni  szczęścia  , ni spokoju . Była  z  z niego  dumna . Patrząc  na  husarskie  zbroje pradziadów spod  Wiednia  w  głównym  holu  dworu wyszeptała : " Ja  wiem  synku , ja  wiem  ..  ja  wiem  .. powtarza coraz  ciszej i  odprowadza wzrokiem  odjeżdżające  wojsko . Pułkownik  Potkański  idzie  z  wojskiem  coraz  dalej  na  wschód .Drogi  puste , po  bokach gęste  bory , co  jakiś  czas  pojawiają  si ę  wsie  , wieże  kościołów , folwarki . cdn......


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Kwiecień 22, 2012, 19:15:28
........Pułkownik  bardzo lubił robić  rekonesans  na  czele  niewielkiego  oddziału , z  szablą  i  krócicą  gotową  do  użycia . Zauważa  wtedy  że  ludność  ukrywa  przed  wojskiem  wiele  rzeczy . Szczególnie  paszę  dla  koni , żywność , bydło  i  młode  dziewczęta . I  im  bardziej  na  wschód  tym  trudniej  bywało  zdobyć  zaopatrzenie  dla  armii . Tak  nadchodzi  straszna , sroga  zima  . Nie  dość  było  tęgich  mrozów  to  doszły  do  tego  obfite  opady  śniegu . Z chałup  we  wsiach  widać  było  tylko  kominy z  kłębiącym  się  dymem  . Wszystko  wokół  zawalone  głębokim śniegiem  wygląda  na  wymarłe . Żołnierze  cierpią  , chowają  się  gdzie  popadnie  i  pilnują  ognisk . Pułkownik  Potkański wreszcie  otrzymuje  rozkaz  natarcia  . Pod  Smoleńskiem  połączone  siły  rosyjskie  , dla  których  nie  straszne  były  takie  warunki  atmosferyczne , zatrzymują a  później  odrzucają  armię  Napoleona . Tu  ginie pułkownik  Wincenty  Potkański , osłaniający  skutecznie  odwrót  francuskiego  sztabu . Jego  żołnierze  zabierają  ciało  dowódcy  z  pola  walki  , aby  pochować  go  w  spokojniejszej  okolicy . Polacy  osłaniają  odwrót , po  drodze  natykają  się  na  niezliczone  , ośnieżone  krzyże  przy  drogach  i  polanach  leśnych . Na  jednej  z  takich  polanek  chowają  zabitego  pułkownika  . Nie  wiadomo  gdzie  jest  to  miejsce  , w  zapiskach  nie  zachowała  się  nazwa  miejscowości . W  Końskich  na  łamach  gazety  radomskiej ukazuje   się  informacja  o  strasznym  pogromie  Napoleona i  o  śmierci  pułkownika  Wincentego  Potkańskiego  . Wiadomość  dociera  do  Bliżyńskiego  dworu . Płacz  i  modlitwa  opanowują  sale  dworskie . Hrabina  ma  ciągle  przed  oczami  widok  wsiadającego  na  koń  syna . Poczęła  myśleć  o tym  co  będzie  dalej ?  Jakie  nieszczęścia  teraz  spadną  na  kraj ?  Czy  Austria  , Prusy  i  Rosja  skorzystają  z  klęski  Napoleona  i  uderzą  na Polskę ?
Siadywała  często  w  milczeniu  przy  stole  zastanawiając  się  nad  myślami  , nad  innymi  żonami  , matkami  i  córkami  , które  opłakują  swych  mężczyzn .
Nie  dane jej  było  poznać  okoliczności  śmierci  syna  i  miejsce  jego  pochówku . Przez  żołnierzy  , którzy  przetrwali straszny  odwrót  dowiedziała  się  tylko  , że  został  pochowany  na  polance  leśnej  około  50  km  od  Smoleńska . Ale  jak  zginął ? Czy  dosięgła  go  kula  z  muszkietu ?  Czy  może  został  cięty  szablą ?    Nie  wiedziała  i  nikt  nie  przekazał  jej  takich  wiadomości . cdn....       


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Kwiecień 23, 2012, 18:01:53
........Straszna  wieść  o  cofaniu  się  w  nieładzie  wielkiej  armii uderzyła jak  grom  z  nieba . Powtarzające  się  wcześniej  słowa  " będzie  Polska " , zawisły  teraz  na  cienkiej  pajęczynie nadziei . Niemal  z  każdej  miejscowości  ktoś wyruszył  na  tę  nieszczęsną  wyprawę , wrócili  nieliczni . Na  początku  grudnia ludzie  ujrzeli  na własne  oczy  wychudzone  widma . Kolumny żołnierzy wlokły  się  ostatkiem  sił , obdarte , okaleczone i wycieńczone  z  głodu cienie . Zdarzyło się  zobaczyć  w rękach  co  silniejszych  orły  bojowe . Wojsko  Polskie  obeznane  z  trudniejszym  klimatem , zniszczone  było  najmniej . Pomimo  dużych  strat  spowodowanych  zabezpieczaniem  odwrotu , trzymali  się  dzielnie . Przynajmniej  ginęli  w  walce  , a  nie  z  głodu  i  mrozu . Widok  naszych  żołnierzy  przed  Zamkiem  Królewskim  wzruszył  księcia  Józefa . Wracali  spod  Moskwy , pobici  , ale  mieli  ze  sobą  honor i  przeświadczenie  , że  tak   trzeba  było  uczynić . Koniec  grudnia  1812 roku . Miasta  i  wsie  , po  czarnych  dniach  smutku znów  stanęły  przed  obliczem  niedoli , żałoby  i zmagań  z  losem . W  ślad  za  zrujnowaną  armią Napoleona , szedł  ze  wschodu  kolejny  huragan  . Nowa  wojna . Zbierano  nowe  pospolite  ruszenie  , formowano  oddziały , łatano  zdziesiątkowane  pułki , zdobywano  dla  nich  chleb , mundury , broń i amunicję . Nowo  utworzony  korpus opuścił  Warszawę i  skierował  swe  kroki  na  Piotrków , Częstochowę  i  Kraków . Z  tego  okresu  na  dwór  konecki  trafia  list  od  Hipolita  Kozickiego , który  opisuje  w  nim  swoje  przygody  podczas  kampanii  w  Rosji . Nie  wiadomo  dokładnie  co  napisał  , gdyż  list  nie  przetrwał  do  dziś  . Nowa  armia  księcia  Józefa  Poniatowskiego opuściła  Polskę i  idzie  dalej  walczyć  na  obczyźnie . Wódz  pociągnął  za  sobą  kwiat  młodzieży  ucząc  ich  godności  , honoru i  miłości  do  Ojczyzny . Później  ci  młodzi  żołnierze  dowiodą  swojej  wierności  podczas  bitew   . Książę  , który  został  mianowany  przez  Napoleona  marszałkiem  Francji  ,  zawsze   powtarzał   że   " pomimo  zaszczytów  będę  nadal   dowodził  armią  polską  i  chcę  zachować  mundur  Polski " . Napoleon  często  opowiadał  o  szacunku  dla  księcia Józefa , który  z  uporem  upominał  się  o  sprawę  własnego  kraju i  ludzi . W  ostatniej  dla  niego  bitwie  pod  Lipskiem , był  zmęczony , obolały  i  odczuwał  rany  odniesione  w  poprzednich  bitwach . Cesarz  powierzył  księciu  misję  osłaniania  odwrotu armii francuskiej . Dlaczego  powierzył  to  zadanie  jemu ?  Wiedział  bowiem  że  on jeden  nie  zawiedzie . 19 października 1813 roku poległ  wódz  naczelny  wojsk  polskich . Zginął  w  nurtach  rzeki  Elstery ze  słowami " Bóg  mi  powierzył  honor  Polaków i  Jemu  samemu  go  zwrócić  muszę " .
Koniec .
 Dziękuję  za możliwość  skorzystania  z  notatek  i  wiadomości  księdza  Czesława Kasprzyka .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Maj 06, 2012, 12:36:48
Kilka razy  podczas  wykonywania  swojej  pracy udało  mi  się  " wpaść "  na  ciekawy  temat . Tym  razem  było  podobnie . W  czasie  rozmowy  o  starych  żelazkach i  szablach  na  ścianie  nad  kominkiem , wyszła  ciekawa  historia .

                                  " Sąd "

            Relacja z rozmowy  z  panem  Bartłomiejem  Kamińskim  , synem  Sędziego  Sądu  Specjalnego . Relacja  dotyczy  procesu  z  lat  1947-1949 . Opowieść Sędziego Józefa Kamińskiego .
    " Proces volksdeutscha  Stefana  Lungego rozpoczął  się  w  1947 roku w niewielkim  miasteczku  w  powiecie  Koneckim . Była  to  moja  pierwsza  sprawa . Dwa  miesiące  wcześniej  ukończyłem  przyspieszone  szkolenie  prawnicze ze  specjalnością  Sędziego  Sądu Specjalnego rozpatrującego przede wszystkim  sprawy oskarżonych  o  współpracę  z  okupantem i  tych  którzy  podpisali  volkslistę . Ponieważ  przed  wojną  studiowałem  na  Uniwersytecie Warszawskim  na  Wydziale  Prawa  , zostałem  wybrany  do  tej  funkcji  jak  wiele  podobnych  mi  osób . Jednocześnie  z  nominacją  na  Sędziego  otrzymałem  awans  na  porucznika Ludowego Wojska Polskiego .
       Moim  głównym  zadaniem  było  wydawać  wyroki   w  sprawie  obywateli  Polskich , którzy  przyjęli  volkslistę  i w  szczególny  sposób znęcali  się  nad  ludźmi  w  czasie  okupacji  hitlerowskiej  . W  sprawach  tych  korzystano  z  mało  znanego  Dekretu z  04.08.1944 r - O  środkach  w  stosunku  do  zdrajców  narodu  volskdeutschów ."

Z  dokumentów  archiwum  w  Zespole  akt  Kancelarii Prezydenta  RP i  Rady  Państwa wynika . iż  liczba  skazanych  za  przyjęcie  volkslisty  na  podstawie  przytoczonego  Dekretu wyygląda  następująco : 1944 rok -  29 osób ;  1945 rok - 1205 osób ; 1946 rok - 2238 osób ; 1947 rok - 3690 osób ; 1948 rok - 4683 osoby ; 1949 rok - 4777 osób . Z  komentarza  do  tych  akt  wynika , że  wymiar  sprawiedliwości  dzielił  oskarżonych i  skazanych  z  Dekretu  Sierpniowego  na  6  grup  .
I grupa  -  zbrodniarze  wojenni ;  II  grupa  -  Granatowa  Policja ; III grupa  - Członkowie  ugrupowań  faszystowskich NSZ , AK , ZWZ współpracujący  z  Gestapo (oryginalne  zapisy ) ;  IV grupa  - konfidenci  oraz  agenci  Gestapo , Szupo , Żandarmerii  ; V grupa - obozowi  Kapo ; VI grupa - chłopi  biorący  udział  w  obławach lub  wydający  ukrywających  się osób  pochodzenia  żydowskiego oraz  uczestników  ruchu  oporu . CDN....


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Maj 06, 2012, 15:18:59
dalszy  ciąg relacji  sędziego ...
     " Stefana Lunge  oskarżono  o  to  , iż  podczas  okupacji podpisał  volkslistę  , oraz  o  to  że  znęcał  się  nad  mieszkańcami  kilku  okolicznych  wiosek . Wyłudzał  dobra  materialne za  pomocą  szantażu , a  nierzadko  wydawał  ludzi  do  Gestapo i żandarmerii . Akt  oskarżenia  był  bardzo  długi . Kilka  teczek  z  aktami  zawierało  zeznania  świadków . Na  sali rozpraw  , oraz  na  zewnątrz zgromadziło  się  wiele osób  zainteresowanych  , pokrzywdzonych i  ciekawskich . Ludzie  krzyczeli , wyrażali  chęć  powieszenia  oskarżonego  . Milicja  nie  dopuściła  do  samosądu , usunęli  na  zewnątrz  co  bardziej  krewkich  krzykaczy i  sprawa  mogła  się  rozpocząć .
       Po  odczytaniu  aktu oskarżenia  , prokurator  wzywał  kolejno  świadków  . Towarzyszyły  temu  wielkie  emocje  i  raz  po  raz  musiałem  uspokajać  zebranych  na  sali . Większość  świadków  zeznawała  na  niekorzyść  oskarżonego  Lungego . Wykazywano  że  był  brutalny , bił  ludzi  , szantażował , wymuszał  pieniądze  lub  inne  dobra  . Panowała  w  okolicy  opinia  że  to  okrutnik  i  kontaktuje  się  z  Żandarmami . Wszyscy  się  go  bali . W  trzecim  dniu  rozprawy  do  głosu  doszedł  obrońca  Stefana Lungego i  choć  nie  było  ani  jednego  świadka  obrony  , mecenas  Jerzy  Zarzycki  poprosił   o  włączenie  do  akt  sprawy  korespondencji  oskarżonego . Będące  w  jego  posiadaniu  listy  adresowane  do  Żandarmerii , Policji  i  Gestapo  z  lat  okupacji  dopuszczono  do  procesu . Dwaj  milicjanci  wprowadzili   na  salę  wózek na którym  piętrzył  się  stos  listów . Rozpoczęto  wyrywkowe  odczytywanie  korespondencji . Listy  te  okazały  się  być  donosami  mieszkańców  tych  wiosek na  sąsiadów  , rodzinę czy  innych  ludzi  związanych  z  tym  rejonem . Spora  część  donosów  była  podpisana  nazwiskiem , w  celu  odebrania  ewentualnej  nagrody w  postaci  cukru  czy  innych  potrzebnych  towarów . W  miarę  odczytywania  tych fragmentów  , na  sali  robiło  się  jakby  luźniej , a  po  godzinie  zostało  tylko  około  40  osób z  kilkuset  przybyłych  na  rozprawę . Sam  Lunge  opowiadał  jak  listy  te  trafiały  do  niego  przez  żandarmerię żeby  je  tłumaczyć na  język  niemiecki . Gdzie  mógł  tam  umniejszał  wagę  donosów i  często  kończyło  się  to  umorzeniem  bądź  konfiskatą  . Przykładem  może  być  jeden  człowiek  , który  doniósł  o  ukrytej  słoninie  przez  sąsiada  . Inny donosił  że  brat  żony  posiada  ukrytą  broń  i  kłusuje  w  lesie  . Kolejny  o  nie oddaniu kontyngentu , itd . Fałszował  te  donosy  opisując  błahe  wykroczenia . Najgorzej  było  jednak  z  poważnymi  oskarżeniami  , które  opisywały  pomoc  dla  ruchu  oporu  ,a  w  jednym  przypadku  o  pomocy  dla  osób  pochodzenia  żydowskiego . Dwoił  się  i  troił  aby  te  poważne  oskarżenia  zataić i  pomóc  osobom  zagrożonym . Żandarmi  otrzymując  tłumaczenia sami mieli   wymierzać karę  w  tych  drobnych  przestępstwach . Chłosta  i  zabór  żywności w  postaci  np. gęsi to  była  najczęściej  otrzymywana  kara . Nierzadko  tymi  drobiazgami  musiał  się  zajmować  sam  Lunge  , na  rozkaz  żandarmów . Cdn......       


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Maj 06, 2012, 19:29:46
........" Po  wykonaniu  zadania  miał  składać  raport  i  po  pewnym  czasie  musiał  sprawdzać  czy  sytuacja  się  nie  powtarza . Zdarzyło  się  kilka  razy  że  "wpadł" na  swoim  wymierzaniu  sprawiedliwości . Zmuszony  był  w  takiej  sytuacji  " obłaskawić "  nadgorliwego  żandarma  pieniędzmi  lub  złotem , zależało  to  od  kalibru  przestępstwa . Niestety , żeby  sprawa  nie " poszła"  dalej  , składał  donosicielowi  wizytę , podczas  której  skutecznie  przekonywał delikwenta  do  zrezygnowania  z donosów . Krótko  mówiąc , stłukł  kilku  gospodarzy pałką  , a  gdy  to  nie  pomogło  straszył  powiadomieniem  ruchu  oporu  o  donosicielstwie . Żeby  sprawa nie  wzbudziła podejrzeń ,   musiał  zbić  również  gospodarza  na  którego  był  donos . Przy  tych  działaniach żądał  całkowitego  milczenia , żądał  pieniędzy , złota czy  innych  dóbr  ,aby  mieć  za  co  opłacać  skorumpowanych  żandarmów .
       Po  tych  zeznaniach  na  sali  zrobiło się  cicho . Kilkadziesiąt  osób  które  zostały  na  sali  rozpraw , nie  były  podane  w  wykazie  donoszących  . Prokurator na  moje sugestie chciał  wezwać  jeszcze  raz świadków oskarżenia . Nie  było  jednak  już  żadnego  z  krzykaczy , rozeszli  się  do  swoich  gospodarstw . W  dalszym  toku  śledztwa i  przewodu  sądowego  wyszło  na  jaw  że Lunge  swoim  działaniem  uchronił  wiele  osób  od  śmierci , czy wywózką do obozu  koncentracyjnego . Musiał  postępować  w  ten  zakamuflowany  sposób  , gdyż  jawne  działanie  mogło    narazić  na  zgubę   jego i  wiele podejrzanych  osób .
      Werdykt  mogłem wydać  tylko  jeden : Stefan Lunge zostaje  uwolniony  od  zarzutów . Człowiek  ten  wyszedł  spokojnie  z  sali  sądowej . Kilka  osób  podało  mu  rękę . Wyjechał  gdzieś  na  ziemie  odzyskane i  tam  się  osiedlił . Była  to  moja  pierwsza  i  zarazem  tak ciekawa  sprawa  . Wydawała  się  z góry być  przesądzona  wina  oskarżonego , a  wyrok  od  5-7 lat  więzienia był  pewny . No  cóż , wyszło  inaczej  i  cieszę  się  z  tego  faktu . Ludzie  którzy  go  oskarżali zostali  i  muszą  żyć  w  sąsiedztwie  innych  na  których  donosili  . Nie  wiem  jak  patrzą  im  w  oczy i  czy  kiedykolwiek  ta  sprawa  zostanie  zapomniana .

  Koniec .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Czerwiec 11, 2012, 21:28:31
       " 1794 "
................................
       Przeglądając i  układając  swoje  materiały historyczne  zauważyłem  ciekawy  artykuł  z  gazety  "Słowo " z  1929 roku . Artykuł  napisał  Pan  Henryk  Zawadzki  , mieszkaniec  powiatu  Koneckiego  , hobbysta , miłośnik  historii  regionu  . Postanowiłem  wkleić  te  ciekawostki  na  nasze  forum . Być  może  komuś  przyjdzie  jakiś  pomysł  , tym  bardziej  że  rozpoczęły  się  właśnie poważne  prace  związane  z  budową  obwodnicy w  rzeczonym  rejonie .

       "W sprawie  broni powstańców z 1794 roku zakopanej  koło  Końskich "
W  kilku  numerach  " Słowa " ukazały  się  wzmianki o  rzekomo  zakopanej  broni powstańców  koło  Końskich . Pan  J. Sykulski w swym  artykule traktował  o  zakopanej   broni w 1864 roku , zaś  ks.kanonik A.Wyrzykowski podał bardzo ciekawą notatkę , dotyczącą zakopania broni powstańczej w 1794 roku za  wsią Sielpia . Istotnie  wzmianka  ks.kanonika A.Wyrzykowskiego znajduje  liczne potwierdzenia w źródłach historycznych i zachowanej tradycji wśród ludu . Niechże  tedy  mój  artykuł będzie  tłem  historycznym dla  wspomnianej  notatki .
       Musimy się  cofnąć myślowo  do  dnia 6 listopada 1794 roku i uprzytomnić sobie  bieg  wypadków po klęsce  maciejowickiej i kapitulacji  Warszawy . W  dniu 6 listopada 1794 roku generał Tomasz Wawrzecki , dowodzący  wojskiem polskim  opuszcza mury  Warszawy i cofa  się  na  Nowe  Miasto , Opoczno , Końskie , Radoszyce . Nie  chciał  on  bowiem  kapitulować , postanowił  walczyć  do  ostatka . Szedł tedy  Wawrzecki poprzez  wymienione  miejscowości  w  stronę  Krakowa , z rozprzęgającemi  się  dywizjami : litewską - Giedroycia i koronną - Poniatowskiego , zabrał  też  ze  sobą  generała H.Dąbrowskiego , który zamyślał  przebić  się  przez  wrogi  kordon  wojsk  rosyjskich  , a następnie przedostać  się  do  Francji . Szli  z  Wawrzeckim  gen.Madaliński , gen. Kazimierz Tański , gen. Franciszek Rymkiewicz , pułkownik J. Kiliński .
       Stan liczebny  połączonych  oddziałów wojska  polskiego , pod  wodzą Wawrzeckiego , wynosił około  30 tysięcy żołnierza  i 106  dział .Zdawało  się  że  armja ta  zdoła  stawić  czoło  nieprzyjacielowi lub  wreszcie zdoła  przebić  się  przez  wrogie  dywizje  i  dojdzie  do  Krakowa ... Niestety ! warunki , w jakich  cofało  się  wojsko polskie  , były  niesłychanie  ciężkie . Z jednej  strony zachodzili  prusacy , a z drugiej zaś  gen. Fersen z wielotysięczną  armią rosyjską . Austrjacy zaś pod wodzą gen. Harnoncourta , zajmowali  lubelskie i radomskie ....cdn


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Czerwiec 12, 2012, 21:17:06
.......Wyniszczone i spustoszone  okolice , przez  które przeciągały dywizje polskie , nie mogły  wyżywić  armji . Zapanował głód - żołnierze odżywiani  samą  tylko  baraniną poczęli  masowo  chorować . Listopadowe chłody  dały  się  wojsku we znaki , gdyż  wielu  żołnierzy płaszczów,  a  nawet  butów  nie  mieli . Żołd od  wyruszenia  z Warszawy nie był im  wypłacony . Kiliński  , który szedł z armją , pisze że  " kawałka chleba nie można było dostać nawet za pieniądze ". W dodatku deszcze nieustannie  padały . 16 listopada miano ruszyć  do  Małogoszczy , gdzie Bielamowski poszedł przodem i wypędził posterunki pruskie . Tymczasem zjawił się wysłannik króla i Suworowa  - niejaki Gorzeński . Suworow nie odstępował  od  swych  warunków , żądał  złożenia broni - jedynie  zapewniał  bezpieczeństwo  generałom . Wawrzecki po  naradzie z  generałami  odrzucił  te  warunki .
       W tym  samym  czasie , kozacy i strzelcy rosyjscy zaatakowali oddział generała Jaźwińskiego , który  złożył  broń i poddał  się . Podczas  tej  bitwy  generał  Wawrzecki wysłał oficera do pułkownika Denysowa - dowodzącego oddziałami  rosyjskimi  stacjonującymi  około  Końskich - z propozycją  zawieszenia  broni , powołując  się  na  rozpoczęte  pertraktacje z  Suworowem . Denysow przyjął  propozycję i  wojska  swe  cofnął . ......cdn


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Czerwiec 13, 2012, 20:28:56
....." Wawrzecki  wówczas  z  resztkami  wojska ruszył  ku  Radoszycom . Po  drodze  psuto  i  niszczono  broń . Kitowicz  twierdzi  w  swych  pamiętnikach  , że  Madaliński zostawił  pod  Końskiemi przeszło  100  armat , z których  część  ukryto , część  zagwożdżono , część  zaś  spalono " słomą  lawety  podpaliwszy" . Oddziały  rozpraszały  się  po  okolicznych  lasach . W  wojsku  było  brak  dyscypliny , żołnierze  byli  głodni , obdarci  i rozgoryczeni , gdyż  nie  wypłacono  im  żołdu . W  Radoszycach  wreszcie  rozbili  kasę  i  podzielili się  pieniędzmi  między  sobą .
       Dnia  18 listopada 1794 roku  ostatnie  szczątki  wojska polskiego we  wsi  Jakimowice oraz  w  osadzie  Radoszyce - złożyły  broń i  tam  podpisano  kapitulację . Jedynie  generał  Tomasz  Wawrzecki podpisu  odmówił i został  ujęty  przez  Denysowa w  dniu  19 listopada 1794 r. Odmówił  on  i  Suworowowi  podpisania deklaracji  niewalczenia nadal z Rosjanami , przeto uwięziono  go i odesłano do  twierdzy  petropawłowskiej w  Petersburgu .
      W  Radoszycach  prócz  generała  Wawrzeckiego  byli  generałowie  : Zakrzewski , Gedroyć , Giełgud i Niesiołowski . Byli  to  ostatni  dowódcy , którzy  do  końca  wytrwali . Dzielnego szewca - pułkownika Kilińskiego kozacy  Denysowa pochwycili  około  Końskich i pod  eskortą  odesłali do  Warszawy . Okoliczne  ogromne  lasy dały  przytulisko  powstańcom , którzy  przedzierali  się  częstokroć w  przebraniu  ( jak  generał  Rymkiewicz ) bądź  do  Galicji  , bądź  do  swych  domostw . Na  tem  kończę  rys  historyczny ostatnich  chwil  wojska  polskiego w 1794 roku .
     Nie  od  rzeczy  będzie  , gdy dołączę opowieść  zasłyszaną od  starszych  ludzi  z  Wincentowa  a  dotycząca  mogiły  powstańczej  z 1794 roku  Otóż  opodal zapomnianej  wsi , znajduje  się  przy  szosie wzgórze , obecnie  porosłe  sosnowym  lasem ,a  na  wzgórzu  widnieje  duży  krzyż  dębowy . Ma  to  być  mogiła powstańcza " z czasów  Kościuszki " .....cdn   


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Czerwiec 14, 2012, 19:37:21
....." Według  wspomnianej  wersji  , istniały tam  dwie  karczmy , stojące  naprzeciw  siebie , po  obu  stronach  traktu . Jedna  z  nich  miała  należeć do  Małachowskich , drugi  zaś - do  Grabkowskich ; otóż podczas  marszu wojsk  polskich do Radoszyc , jakieś oddziały  polskie zatrzymały  się  w  tych  karczmach na nocleg . Może  znużenie , a może nadmiar  napitków sprawił , że żołnierze dali się podejść moskalom , którzy prawie wszystkich powstańców , tam będących - w pień wycięli . Powstańców  pochowano  we wspólnej  mogile na wzgórzu gdzie miejscowi ludzie krzyż dębowy wystawili ; krzyż ten już  trzykrotnie był zmieniany . Ile jest w tym  prawdy , a  ile  znaleziskoazji - to mogą  stwierdzić  jedynie  poszukiwania , dokonane na  opisanem  wzgórzu .
     Kończąc  niniejszy  szkic dochodzę  do wniosku  , że  zupełnie możliwem i prawdopodobnem  jest iż  , na szlaku Końskie - Radoszyce wiele dział i sprzętu wojennego zostało zniszczone , potopione w bagnach , lub zakopane w lasach przydrożnych . Wziąć pod uwagę  musimy , że  szła  tym  traktem kilkunastotysięczna  armja zasobna w materiał  wojenny , że żołnierze byli wyczerpani , obdarci , zgłodniali ,więc zapewne chętnie pozbywali  się  broni , bądź  to  zakopując , bądź niszcząc  lub ją  topiąc , tembardziej , że  o  zbrojnem spotkaniu  z  wrogiem już  mowy  być  nie  mogło . Nadmienię jeno  jeszcze , że  do  dziś , wśród okolicznego  ludu , bardzo żywą jest  tradycja o  zakopanej  broni  powstańczej  pod  Radoszycami , Sielpią , Wincentowem i Jakimowicami "
Koniec .

   Historia niesamowicie  ciekawa . Nie  ukrywam  że  sam  uległem  legendzie  i  próbowałem  analizować  trasę  przemarszu  naszych  wojsk . Na  razie  niestety  bez  rezultatów . Teren  dość  spory  , około  18 km drogi  , która  mogła  do  naszych  czasów  być  zmieniana . Obecnie  na  całej  długości  tej  drogi  prowadzone  są  prace budowlane . Czekam  tylko  na  informację  o  znalezionym  sprzęcie  wojennym .
   Miejsce  gdzie  powinna być  mogiła  powstańcza  jest  nie  oznaczone . Rzeczony dębowy krzyż  na  wzgórzu -  dziś  nie  istnieje . Może  podczas  prac  odkryje  się  miejsce  pochówku .  

   Dodam  że  zachowałem  oryginalną  pisownię  z 1929 roku .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 05, 2012, 05:59:04
..........                                        "Leśne  mogiły żołnierskie"

   O  jednej  mogile  polskiego  żołnierza  z  września  1939 roku wiedziałem  od  dawna . Miejsce  pochówku pokazał mi   leśniczy z leśniczówki  "Promień " - nieżyjący  już ,  pan Aleksander  Kieszek .  Według  przekazów  zatrudnionych  w  leśnictwie  pracowników , szczątki  tego  żołnierza  ( NN) zostały  znalezione  na  początku  lat  pięćdziesiątych  w  wykrocie  pod  zwalonym  , zmurszałym  drzewem . Prawdopodobnie  ukrył  się  tam  by  odpocząć . Musiał  być  ranny i  wykrwawił  się  . W  tej  okolicy  , około  10 września  1939 r rozformowywały  się  jednostki  Polskie . Jedną  z  takich  jednostek  był   23 Pułk  Ułanów Grodzieńskich . Pierwszą walkę pułk stoczył w okolicach Lubieni . 5 września otrzymał rozkaz skierowania się w rejon Rudy Malenieckiej - Fałkowa i Przedborza .  Dotarł tam 6 września po południu. Po przeprowadzeniu rozpoznania 2 szwadronem okazało się, że jednostki  wroga  zajęły miasteczko Przedbórz ,  a wysunięte w  stronę  Końskich  oddziały  zmotoryzowane  walczą  już  pod  Kazanowem  z  36 DP .   W tej sytuacji ppłk Miłkowski postanowił  powrócić  do brygady, która miała znajdować się w marszu na Wschód w  rejonie  Niewierszyna . Zgodnie z rozkazem pułk znalazł się w nakazanym rejonie przed świtem 7 września. Nie zastając tam własnych oddziałów, przemaszerował do lasów  w okolice Opoczna . W czasie przemarszu atakowany był przez lotnictwo nieprzyjaciela, które jednak nie zdołało wyrządzić większych szkód. Kiedy okazało się, że Opoczno zajęte jest przez Niemców ppłk Miłkowski wydał rozkaz przejścia swego zgrupowania do lasów brudzewickich. W nocy z 8 na 9 września pułk skierował się z rejonu wsi Studzianna do lasów pod Przysuchą . W czasie przemarszu doszło do potyczki z niewielkim oddziałem niemieckim w okolicy Gielniowa, który po krótkiej walce został odrzucony, ale tabor pułku podczas tej potyczki uległ rozproszeniu. W nocy z 9 na 10 września oddziały polskie zostały otoczone w lasach w okolicy Przysuchy. Okazało  się  że  w  lasach  przebywają  inne  , mniejsze  grupki  z  rozbitych  jednostek Polskich . Pułkownik  dowiedział  się  od żołnierzy o   zajęciu  Końskich  przez  siły  wroga  . Podjął  decyzję  o  rozformowaniu  oddziału , by zwiększyć  szansę   wyjścia z okrążenia małymi  grupami . Żołnierze 2 baterii 3 dak-u na rozkaz dowódcy zdemontowali i zniszczyli działa w okolicy Kuźnicy i Ruskiego Brodu. Pozostawiono  wiele  sprzętu  wojskowego  , który  mógłby  zawadzać  podczas  przeprawy .
   To  po  ten  sprzęt  na  drugi  dzień  przyjechał  ksiądz Ptaszyński  z  furmanami . Zabezpieczono  sporo  broni , amunicji  i  oporządzenia  wojskowego  z  którego  w listopadzie  1939 r skorzystał  mjr. Hubal .
   W celu wydostania się z okrążenia dowódca zarządził otwarcie  ognia  w  wielu  punktach  przeprawowych . Po  udanej  akcji  pułk miał kierować się w Góry Świętokrzyskie. W nocy z 9 na 10 września doszło do walki z piechotą niemiecką  w  wielu  miejscach  jednocześnie . Niemcy  myśląc  że  mają  do  czynienia  z  przeważającymi   siłami  polskimi , ustąpili pola wycofując  się  w  stronę  Przysuchy . Po  wyrwaniu  się  z  okrążenia   okazało się, że szwadrony 3 i 4 zostały rozproszone i odcięte od sił głównych.
    Znalezione  szczątki musiały  należeć  do żołnierza biorącego  udział  w  wyjściu  z  okrążenia .  Resztki  munduru , hełm i  inne  drobiazgi  wskazywały  na  regulaminowe  umundurowanie szeregowego lub  młodszego  podoficera  Wojska Polskiego . Brak  było  jedynie  znaku  tożsamości , tak  zwanego  nieśmiertelnika . Dlaczego  szczątki  nie  zostały  pochowane na  cmentarzu  w  Ruskim  Brodzie ?    Nie  wiadomo . Można  przypuszczać  tylko  , że był  to  okres  bardzo  napiętej  sytuacji  politycznej nie  tylko  w kraju  , ale także  w  tym  rejonie . Otóż w  tym  samym  mniej  więcej  czasie przesiedlono  13 okolicznych wiosek    , a  teren  zajęło  wojsko . Po  lasach  jeszcze  tułało  się  trochę  " niezłomnych " żołnierzy  podziemia .  Szczątki  żołnierza  przedwojennej  armii były  więc  trochę  niewygodne , dlatego  też  postanowiono  o  ich  pochówku  w  miejscu  odnalezienia .
   Pracownicy  leśniczówki  Promień  i  Zapniów zawsze  pamiętali  o  wymianie  drewnianego  krzyża i  zapaleniu  lampki  w  dniu  zmarłych . W  latach  siedemdziesiątych  harcerze zaopiekowali  się  mogiłą . Postawiono  pomnik z  lastryka . Co  rok  odbywały  się  tam  skromne  uroczystości upamiętniające  wrzesień  1939 r. Minęło kilkadziesiąt  lat , jest  2011 rok . Widać  że  co  jakiś  czas ,  ktoś  wymienia  wianek  z  jedliny  i  kwiatów  , a  w  dniu  zmarłych  pali  się  kilka  zniczy  . A  las  coraz  bardziej  rozrasta  się  i  zagradza  dostęp do  mogiły . Bardzo  trudno  jest  znaleźć  to  miejsce  . Byłem  tu  tyle  wielokrotnie , a  jednak  za  każdym  razem mam  problem  z  odnalezieniem  grobu . Poprosiłem  obecnego  leśniczego pana  Jarosława Widawskiego  z  leśniczówki  Kuźnica - Zapniów o  pomoc  .  Podczas  przedzierania  się  przez  las  leśniczy  wspomniał  o  innych  mogiłach  znajdujących  się  w jego  rejonie . Poprosiłem  o  wskazanie  miejsc  pochówku . Okazało  się  że  są one rozproszone  i  oddalone  od  siebie  w  odstępach  kilometra lub  dwóch  , a  wszystkie  są  do  siebie  podobne . Krzyże  z  kamienia  w  oblamówce  z  ciosanego  piaskowca  . Na  środku  każdego  z  krzyży  został  ślad  po  czymś  coś  kiedyś  było  tam  przymocowane . Czy  był  to  krucyfiks ?  Czy  może  tabliczka  z  nazwiskami  ?  Tego  się  chyba  nie  dowiemy . Mogiły  te  przypominają  trochę  styl  cmentarzyków  Austriackich  , budowanych  po  I  Wojnie  Światowej  przez  specjalne  grupy  inżynierów i budowniczych . Kto  jest  pochowany  w  tych  zbiorowych  mogiłach ?  Można  przypuszczać  że  są  to  szczątki  żołnierzy  armii Carskiej  lub  Austriackiej , poległych  w  1915  roku . Na  tym  terenie  przegrupowywał  się  rozbity pod  Opocznem i Gielniowem Taurydzki  Pułk  Grenadierski  . Wśród  miejscowej  ludności  z nieodległej  Kużnicy , Ruskiego Brodu i  Wawrzynowa krąży legenda  o  ukrytej  skrzyni  z carską  kasą pułkową .   Czy  to  prawda ?   Coś  w  tym  jest  , bowiem  w  drugiej  połowie  lat  dwudziestych XX  wieku  aresztowano  dwóch  uzbrojonych  w  rewolwery ludzi    szukających  miejsc  ukrywania  się  w  lasach tegoż  pułku . Aresztowanymi  byli  Polacy  służący  wcześniej  w Carskiej  armii . Tyle  o  legendach  i   ukrytych  skarbach . Ogólnie  cieszę  się  że  do  dziś  ktoś  dba  o  te  mogiły . Jak  ważna  jest  pamięć  o  nieżyjących , pochowanych  w  leśnych  mogiłach  , niech  każdy  sobie  na  to  odpowie .
   Wszystkie  te  informacje  pochodzą  z  przekazów  ustnych osób  prywatnych . Z  własnych  obserwacji  , badań  i  przemyśleń . Jak  było naprawdę ? Nie  wiadomo , nie  ma  bowiem   żadnych  dokumentów  z  których  można  by   uzyskać  informacje    na  temat  leśnych  grobów . Być  może  ktoś  ma  takie wiadomości , które mogłyby  uzupełnić lub potwierdzić   te  hipotezy . Serdecznie  proszę  o  kontakt  .    


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 05, 2012, 06:01:42
........


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 15, 2012, 06:53:28
Dziękuję  za  głosy  i  informacje  na  temat  leśnych mogił  . Okazało  się  że  mogiły  z  krzyżami  to  miejsce  pochówku  żołnierzy  wrześniowych  z  Armii Prusy ( być  może  23  pułk Ułanów Grodzieńskich ) którzy  zginęli  wyrywając  się  z  okrążenia . Dostałem  również informację  , że  w  mogile  gdzie przy  krzyżach  znajduje  się  figura  Matki  Boskiej , pochowanych  jest  3  żołnierzy  Hubala . Zostali  pochowani  w marcu 1940 r , po  rozproszeniu  piechoty  w  bitwie  pod  Szałasami . Czy  jest  to  rzetelna  informacja  ?  Tego  nie  uda  się  niestety  sprawdzić .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 15, 2012, 07:02:12
Przy  okazji  podczas  spotkania  z  miejscową  ludnością  wskazano  mi  miejsce pochówku  prawdopodobnie  powstańca  styczniowego . Mogiła  znajduje  się   w  lesie  nieopodal traktu  Modrzewskiego , między  wsią  Bryzgów  a  Kuźnicą . Opiekują  się  grobem  okoliczni  mieszkańcy , co  jakiś  czas wymieniany  jest  krzyż . To że  jest  to  żołnierz z  Partii Czachowskiego  przekazywane  jest  ustnie  z  pokolenia  na  pokolenia .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 17, 2012, 21:46:50
To opowiadanko powstało w  zeszłym roku  po  wycieczce  do  GB . Miałem  ruszyć  na  zlot  i  w  tym  roku  , niestety  sprawy  służbowe  pokrzyżowały  mi  plany .
                "Wielka wyprawa do Krainy Deszczowców"

   Wprawdzie historia ta nie  jest z "naszego podwórka" , ale bohaterami  między  innymi są  osoby  z naszego  forum Detektorysci .
   Na początku Marca tego roku dostałem  zaproszenie na  zlot "Poszukiwania  Bez Granic", który miał  się  odbyć na początku  września 2011 roku w  Wielkiej  Brytanii , w okolicach  Luton.
Była  to  dla mnie  miła niespodzianka  gdyż  ilość  osób  zaproszonych z  Polski była  ograniczona . Wszystkich  zlotowiczów miało  być  około  70  osób z których  zdecydowana  większość  to  Polacy  mieszkający na  stałe za  granicą . Było  więc  parę  osób  z  Irlandii , Norwegii , Danii , Szwecji , Anglii , Walii , Szkocji , Szwajcarii i  Niemczech . Nasza  mała  grupka z forum  "Detektorysci.pl" liczyła  8  osób .
   8 września w godzinach  rannych  wylądowaliśmy  na  lotnisku  w Luton skąd  organizatorzy zabrali  nas  na farmę między Mangrove Green a  Cockenhorne . Zostaliśmy  zakwaterowani do  namiotów , dostaliśmy mapki i  jako  jedni  z  pierwszych  pomagaliśmy w  zorganizowaniu  obozu . Rozpoczął  się  zlot miłośników  historii i poszukiwań , który  miał  na  celu  zbadanie okolicznych  pól należących  do  farmera  Mike"a . Teren  poszukiwań  obejmował  około  30 km2 pól  i łąk . Wszystkie  aspekty  prawne , pozwolenia i nadzór  archeologiczny załatwione  były  przez  organizatorów - Klub  " Thesaurus " - na  długo  przed  zlotem .
   Jakież  miłe  było uczucie swobodnego poszukiwania , bez  oglądania się za  siebie . Każdy szukał gdzie tylko  chciał , oczywiście w  obrębie wyznaczonych  mapkami miejsc . W Polsce  byłoby  to  niemożliwe . Wstępny  rekonesans przeprowadzony  przez członków  Thesaurusa wskazywał na  możliwości  odnajdywania  monet i artefaktów  z  czasów  okupacji  Wielkiej  Brytanii przez  Rzymian .
   W  czwartek 08.09.2011 równo  o  godz.12.00 ogłoszono rozpoczęcie  poszukiwań . Jako  pierwszemu  udało mi  się  trafić  monetę brytyjską z  lat 50-tych XX wieku i  tym  znaleziskiem otworzyłem worek z znaleziskoami . Niektórym  szczęście  sprzyjało i  mieli jakie takie efekty . Ja  do  końca  dnia trafiałem  jakieś części rolnicze i złom . Ziemia okazała  się  bardzo  ciężka do  kopania - twarda glina i  kamienie  skutecznie wypompowywała  z nas siły ,a saperki z  Biedronki po  prostu  powyginały  się  we  wszystkie  strony .cdn.


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 17, 2012, 21:52:22
Na  obozowisku podsumowanie  dnia  , identyfikowanie  znalezisk i  planowanie  dnia  następnego . Drugi  dzień  zlotu przyniósł lekką  zmianę  pogody , zrobiło  się  ciepło i słonecznie . Okazało się  również  że  padły  pierwsze  srebrne monetki w tym  2  rzymskie i  kilka  średniowiecznych angielskich z XIII i XIV wieku , ostrogi i elementy  fibuli  rzymskiej , sporo  brytyjskich  monetek z XVII,XVIII, XIX i XX wieku .
Wieczorem , przy  ognisku popłynęły opowiadania  o  skarbach , o  naszych  najlepszych i największych znaleziskach . W ruch  poszły  katalogi z  monetami      w celu identyfikacji znajdek.
Sobota okazała  się  szczęśliwa  dla  wielu  poszukiwaczy . Większość  przeniosła  się  na  nowe  pola bliżej  wioski  Cockenhorne . Wyszło z  ziemi kilkanaście  sreberek w  tym  przepiękny  denar  Elżbiety I z 1567 roku . I  ja  miałem  szczęście . Przy dokładnym  "czesaniu " skrawka pola  dostałem  silny  sygnał i  pod  cewką trafił  się  piękny , złoty  sygnet masoński z  okresu międzywojennego , lub  jak  twierdzą  niektórzy  z końca XIX wieku . Myślałem  że  zostałem  "królem polowania" ze  swym  sygnetem . Okazało  się  że  jeden z kolegów wykopał złotą  rzymską  monetę i  tym  samym przebił  moje  znalezisko . Zgodnie  z  angielskim prawem , znaleziska od  pewnej wartości  są  katalogowane , wyceniane i  znalazca zobowiązany  jest  zapłacić połowę  wartości  monety właścicielowi  gruntów . Moneta  dostaje  wtedy  tzw. pochodzenie i można legalnie  wwieźć  ją  do  kraju . Sygnet  na  szczęście  nie  przekroczył progu wartości , dlatego  też po  sfotografowaniu i  skatalogowaniu  , mogłem spokojnie zabrać znalezisko do Polski . Prawdę  mówiąc  założyłem  pierścień  na  palec  i  po  prostu  wsiadłem  do  samolotu . Nie  chciałem  ryzykować  zgłaszania  znaleziska . Ostatni  dzień zlotu przyniósł jeszcze  jedno  ciekawe  znalezisko. Jeden  z  poszukiwaczy  odnalazł  bowiem monetę celtycką z około 1800 roku przed Chrystusem . I  tym  razem  procedura katalogowania   była  taka  sama jak przy  "rzymku" .
   Podsumowując  zlot ,mogę  stwierdzić  że  była  to  wspaniała przygoda  . Poznałem  wiele ciekawych osób z pasją , mających  wspaniałe kolekcje , działających w międzynarodowych stowarzyszeniach , współpracujących z wieloma  instytucjami i archeologami . Ci  ludzie pomagają pisać historię , pomagają ocalić wiele  artefaktów przed zniszczeniem .
   Nie obywało  się  także  bez  zabawnych  sytuacji . W drugim  dniu  zlotu , na  skraju pola  dostałem  silny  sygnał na  "kolor" . Zaczynam kopać i wołam kolegę do  pomocy . Z  ziemi  wyłania się  kształt miecza lub  sztyletu  w  stylu  rzymskim . Napięcie  rośnie , widać  już  pełny  kształt , brak  jest  tylko  rękojeści i jelca . Delikatnie  wyciągam  go  z  dołka i  oglądam . Do  ostatniej  chwili  byłem pewny  że  to  biała  broń . Tssss.... To  sporych  rozmiarów  pilnik zdzierak. Śmiechu  było  co  niemiara  , gdyż  połowa  ludzi  z  tego  pola  pędziła  zobaczyć  miecz .
Druga  śmieszna  historia z poprzedniego zlotu. Jeden  z  kolegów  trafił  rzymską  monetę  z  brązu , podczas oglądania podszedł  do  niego  anglik i  wskazując  na  monetę powiedział : " O  Roman  Coins !"( o moneta  rzymska) , na  co  nasz  kolega  wyciągnął  rękę  do  przybysza  i  odpowiedział :" Miło  mi  Rysiek Jestem " .  I  w  ten  sposób  z  Ryśka  przechrzczony  został  na  Romana .

   Mam  nadzieję  że  w  przyszłym  roku uda  mi  się  polecieć  na  kolejny  zlot  do  Wielkiej  Brytanii . Atmosfera , ludzie i  cały  klimat  utrzymujący  się  podczas  zlotu to  naprawdę  nie  zapomniane chwile ( jak  śpiewał  Ryszard  Riedel z  zespołu  Dżem - w życiu  piękne  są  tylko  chwile ) . A  przecież  o  to  właśnie  chodzi . Myślę  że  wraz  z  rodzinką i kolegami   godnie  reprezentowaliśmy  nasze forum   .

  Pavelock


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 19, 2012, 20:12:00
oraz  inne  pomniejszej  wagi  popierdółki z GB.


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: C.K. Dezerter Wrzesień 19, 2012, 22:33:03
Pozazdrościć przygody  [brawo]


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 20, 2012, 16:53:30
Nic straconego . Na  pewno  w  przyszłym  roku  Thesaurus  będzie  organizował  zlot . W tym  roku  odpuściłem  z  2  powodów  , jeden  to  wyjazd  służbowy , a  drugi  to  że  zlot  odbywał  się  w  tym  samym  miejscu .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Październik 09, 2012, 16:24:58
                                                               "Ułan Tereska "

   W tym  roku  mija  70  lat  od  ostatniego potwierdzonego   kontaktu  z  Marianną  Cel pseudonim  " Tereska " , żołnierką  Wydzielonego Oddziału  Wojska  Polskiego  , pod  dowództwem mj-ra  Henryka  Dobrzańskiego " Hubala " .
   Osoba  Marianny  Cel jest  pod  wieloma  względami  interesująca  i  tajemnicza .  Urodzona  w rodzinnym  domu  w  Cisach 18.01.1918 r .(  dzisiaj  część  wioski  Budy ) . Miała  jeszcze troje  rodzeństwa , dwie  siostry  i  brata . Bardzo  wcześnie bo  w  wieku  3  lat  traci  ojca , a  3  lata  później  matkę  . Wraz  z  rodzeństwem  przechodzi  pod  opiekę  ciotki , również  Marianny  Cel i  zamieszkuje  w  wiosce  Budy . Uczęszcza  do  Szkoły  Podstawowej  w  Lipie i  po  ukończeniu  7  klas wyjeżdża  do  Łodzi za  pracą . Jest  rok  1934 . Marianna  znajduje zajęcie  jako  służąca  w  domach  bogatych  przedsiębiorców , związanych  z  branżą  włókniarską . Po  pewnym  czasie  trafia  do  kancelarii prawniczej . Ciekawostką  z  tego  okresu jest  to , że  ukończyła  kurs  spadochronowy  , co  nawet  dziś  nieczęsto  zdarza  się wśród  kobiet .  Oprócz  tych  skąpych  informacji , jeśli  chodzi  o  pobyt  w  Łodzi  wiemy  niewiele .  Przed  wybuchem  wojny  wraca  do  rodzinnych  już  teraz  Bud . Wróciła  inna  Marysia . Ze  wspomnień  rodziny  i  mieszkańców  wsi  Budy  można  wnioskować  że  dziewczyna  zmieniła  się . Stała  się  pewna  siebie , wysportowana , zachowywała  się  zupełnie  inaczej  niż  rówieśniczki  ze  wsi . W  jednej  z  relacji  mieszkanki  wsi  Budy  pojawia  się  opis  pewnego  zdarzenia : " Na  skraju  wsi  , pod  lasem  kilku  chłopców  pasło  krowy . Na  pastwisku  rosły  2  wierzby . Do  jednej  z  nich  chłopcy  rzucali  znalezionym  w  lesie  bagnetem  austriackim . Po  kilkunastu  nieudanych  rzutach gdzie  ostrze  odbijało  się  od  drzewa , chcieli  zakończyć  zabawę . Wszystkiemu  przypatrywała  się  Marianna . Podeszła  do  chłopców , wzięła  bagnet , poważyła  w  dłoni  , spojrzała  na  drzewo i  rzuciła . Ostrze  idealnie  wbiło  się  w  środek  wierzby , a  chłopcy  aż  jęknęli  z  zachwytu . Później tłumaczyła  chłopcom  fachowo  obliczenia i  technikę  rzutu , ale  czy  coś  z  tego  pojęli ? W  każdym  razie  rzucała  jeszcze  kilkakrotnie  bagnetem  i  za  każdym  razem  ostrze  wbijało  się  w  drzewo ."
   Oprócz  tego  zdarzenia  ludzie  zapamiętali  że  Marianna  dość  biegle  posługiwała  się  językiem  niemieckim w  mowie  i  piśmie , a  także  dobrze  radziła  sobie  z  językiem  rosyjskim .Tłumaczyła  i  pisała  kilka listów  do  Rzeszy  w  sprawie  pracy  dla  mieszkańców  okolicznych  wsi .
   Tak  zastaje  Mariannę  wybuch  II  Wojny  Światowej . Już  na  samym  początku września pokazała  się  jako  rasowy  zwiadowca , który  posiada  ponad  przeciętną  wiedzę  na  temat  topografii  terenu  i  terenoznawstwa . Przeprowadza  rozbite  grupy  żołnierzy  Polskich przez  lasy , brody  i  bagna   nie  narażając  ich  na  spotkanie  z  wrogiem . Bezpośrednio  po  wkroczeniu  Niemców  na  te  tereny , kilkakrotnie  dokonała  aktów  sabotażu , przecinając  linie  telefoniczne . Około  10.X.1939 r przejeżdża  w  pobliżu  spory  patrol  " Hubalczyków". Dziewczyna  od  razu  nawiązuje  kontakt  z  żołnierzami  przekazując  im  ważne  informacje  wywiadowcze  na  temat  rozlokowania  posterunków  Niemieckich . Swoimi  sposobami  odnajduje  miejsce  postoju  całego oddziału w  gajówce  Jana  Barana  w  Zychach . W  tym  samym  czasie  do  gajówki  ściągają  ochotnicy  chcący  wstąpić  do  oddziału . Major  rozmawia  z  każdym  przybyłym  ,  ale  nie  każdego  do  wojska  przyjmuje . Nie  było  broni  ani  mundurów , a  większość  przybyłych  była  nie  przeszkolona  wojskowo . Marysia  jednak  w  jakiś  sposób  przekonała  Hubala  o  swoich  umiejętnościach  i  zaletach  przydatnych  dla  oddziału . Została  przyjęta  jako  łączniczka  - sanitariuszka  i  przyjęła  pseudonim  "Tereska" . Jej  pierwsze  zadanie  to  dostarczenie  listu  majora  do  matki  mieszkającej  w  Krakowie . Po  powrocie  z  misji  zastaje  oddział  w  Cisowniku . Jest  28.10.1939 r , oddział  zostaje  zaskoczony  przez  jednostki  policji  i  żandarmerii niemieckiej . Szczęściem dla  naszych ,  niemiecki  dowódca  zlekceważył  doniesienia  o wielkości  oddziału  i  uderzył  frontalnie  na  zabudowania  Cisownika . Polacy  w  czasie  odwrotu  do  lasu  utracili  tabory  z  żywnością  , amunicją  i  zapasową  bronią  . Szczególnie  żal  było  kilku  r-kaemów  typu  WZ 28 . Ponadto  utracono  większość  koni , tylko  Alicki  zajmujący  kwaterę  przy  samym  lesie  zdołał  wyprowadzić  kilka  koni  ze  stodoły , które  stanowiły  teraz cdn..............


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Październik 10, 2012, 05:40:50
 Ciąg  dalszy ....
  główny  transport  oddziału . W  całym  pośpiechu  podczas  ewakuacji  major  zostawił  swoje  rzeczy , mapnik  i  torbę  z  dokumentami . Przytomna  "Tereska" natychmiast  ukryła  wszystkie  te rzeczy    w  śmieciach , prawie  na  oczach  żandarmów . Niemcy  zagonili  wszystkich  mieszkańców na  kraniec  wioski  i  ustawili  karabiny  maszynowe  . Ludzie  myśleli  że  to  koniec. "Tereska" , władająca  niemieckim , wraz  z  sołtysem  zaczęli  tłumaczyć  że  zostali  zmuszeni  siłą  do  przyjęcia  oddziału  na  kwatery . Narzekali  przy  tym  na  żołnierzy  , którzy  niby  to  kradli wszystko  i  " zepsuli"  kilka  dziewcząt . Oficer  nakazał  zwinąć  karabiny  , zabrać  wozy  i  konie  Hubalczyków  , na  odchodnym  nakazali  powiadamiać  policję  o  każdym  polskim  bandycie  z  bronią .  "Tereska" dociera  do  oddziału  dopiero  w  wigilię  Bożego Narodzenia w  Bielawach . Major  wyraźnie  jest  ucieszony  powrotem  ułana "Tereski" , tym  bardziej  że  dziewczyna  przywozi  ze  sobą  uratowane  dokumenty  i  rzeczy  osobiste  Dobrzańskiego .  Oddział  przenosi  się  do  Gałek  w  okolice  Gielniowa . Tam oddział  rozrasta  się  do  około  360 żołnierzy . Kadra  ćwiczy  świeżo  przybyłych . Ma  w  tym  swój  udział  również  "Tereska " . Ćwiczy młodych  rekrutów w  posługiwaniu  się  pistoletem , karabinem  i  granatem . Z  tego  okresu  pochodzi  relacja  od  żołnierzy . Podobno  "Tereska"   zaczepiana  była  często  przez żołnierzy i  podoficerów młodszych  .Były to zaloty na  które  nie  zwracała  uwagi . Jednak  kilkakrotnie zdarzyło  się  że ten  czy  ów śmielej  przystępował  do  amorów kładąc  rękę tam gdzie  nie  trzeba . Reakcja dziewczyny była  natychmiastowa , delikwent  lądował  na  podłodze lub  na  śniegu . Wyczyny  te  wskazywały  na nabyte  umiejętności  walki  wręcz .
    Po  wizycie  Okulickiego  w  Gałkach  13.III.1940 r , i częściowej  demobilizacji  oddziału , zostaje  z  majorem  i  bierze  udział  we  wszystkich  późniejszych potyczkach  . Na  własną  prośbę  udaje  się  na  akcję  do  Chlewisk  , przeciw  nadgorliwemu  komendantowi  policji  granatowej . Wprawdzie  pilnuje  tylko  koni  podczas  akcji  , ale  miejsce  koncentracji  sił  policji  jest  naprawdę  niebezpieczne .  Z akcji  przywieziono  kilka  sztuk  pistoletów  i  zamki  do  karabinów , zabrane  policjantom  w  szkole  w  Chlewiskach .
   30.III.1940 r dochodzi  do  bitwy  oddziału  z  przeważającymi  siłami  pościgowymi . Polacy  są  praktycznie  otoczeni , jedynie  z  kierunku szosy  Końskie  - Przysucha  nadchodzą meldunki  o  wolnym  jeszcze  przejściu . Hubal  zarządził  pełne  pogotowie  bojowe  i  rozesłał  we  wszystkich  kierunkach  silne  patrole  wzmocnione  r-kaem . Obsadzone  zostały  newralgiczne  punkty  obrony. Niemcy  ruszyli  do  frontalnego  ataku . Słychać było z  każdej  strony  odgłosy  walki . To  patrole  natknęły  się  na  oskrzydlające  siły  niemieckie . Nasze  prawe skrzydło  obrony  zaczęło  się  załamywać . Major  rzuca  na  pomoc 10  żołnierzy wsparcia . Uprzedzając  manewr  taktyczny  wroga  wysyła  na  północny-wschód  silny  patrol  z  bronią  maszynową , który  ostrzeliwuje  z  bezpośredniej  odległości   prawe  skrzydło  tyraliery niemieckiej . Powoduje  to  załamanie  natarcia  Niemców w  tym  rejonie , a  tym  samym  chwilę  oddechu  dla  naszych  obrońców . W  tym  czasie  wraca  patrol  z  okolic  drogi na  Skłoby - Hucisko , przywożąc  bardzo  ważną  informację . Otóż  , oprócz  kilkunastu  samochodów  i  około  30  żandarmów , teren  jest  wolny  od  wroga  i  nie zabezpieczony  gniazdami  karabinów  maszynowych . Hubal  wydaje  natychmiast rozkaz  zaatakowania  wszystkimi  dostępnymi  siłami  kolumny  transportowej  . Do  walki  przystąpiło  ze  strony  polskiej  zaledwie  14  żołnierzy . W  tym  samym  czasie  pod  gradem  kul  "Tereska"  przenosi  meldunek  do  Bilskiego  i  Kisielewskiego  o  przejściu  do  kontrataku po  usłyszeniu  odgłosów  walki  z  rejonu szosy . Poleciały  granaty i długie  serie  z  r-km . Na  stłoczonych  Niemców  przy  autach spadł  deszcz  odłamków . Panika  ! po  chwili panika zaczęła  ustępować  systematycznemu  wycofywaniu  się  do  rowu  za  samochodami . Widać  było  że  Niemcy  są zaprawieni  w  boju  . Ułani  nie  bacząc  na  broniących  się  żandarmów  , systematycznie  wybijali  punktu  oporu i  palili  pojazdy . W  tym  samym  czasie  na  prawym  skrzydle  Polacy  przeszli  do  kontrataku  . Niemcy  jakby  na  moment  stanęli  słysząc  odgłosy  palby  za  swoimi  plecami . Hubalczycy  ruszyli  na  bagnety . Tutaj  Tereska odegrała  rolę  oficera  , który  zagrzewa  żołnierzy  do  boju raz  po  raz  podrywając  wojsko  do  ataku . Bitwa  trwała  około  2  godzin . Niemcy  stracili  około  100 zabitych  i  rannych  , 6  samochodów  zniszczonych i  wiele  innych  uszkodzonych . Nie  obyło się  jednak  bez  strat , zginęło  11 Polaków , 10  zostało  rannych , 2 zaginionych  i  1  dezerter . cdn....


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Październik 10, 2012, 19:00:52
dalszy  ciąg ...........
   Po  zwycięskiej  potyczce major  zrozumiał  że  Niemcy  ściągają  większe  siły  aby  położyć  kres  działalności  oddziału , który  przenosi  się  w  okolice  wsi  Szałas Stary . To  tylko  25km  od  miejsca  walki . Agentura  wroga  szybko  donosi  o  miejscu  postoju  Dobrzańskiego i rankiem  01.IV.1940 r Niemcy  otaczają  okolice  Szałasów . Patrole  Polskie  nawiązuję  kontakt  ogniowy  z  każdej  strony .Pozostaje  się  przebić  przez  pierścień  okrążenia . Piechota   pod  dowództwem  ppor."Sępa" Marka  Szymańskiego , miała  za  zadanie  powstrzymać  ewentualny  pościg . Oddział  musi  się  rozdzielić . Ustalono  miejsce  spotkania  i  przystąpiono  do realizacji  planu . Gwałtowne  uderzenie  Polskiej  kawalerii w  miejscu  najmniej  spodziewanym  do  przebicia  się  , powoduje  zamieszanie  w  szeregach  niemieckich . Zdążyli  oddać  tylko  kilka  strzałów  w  stronę  naszej  jazdy , myśląc  że  to  większy  zwiad rozpoznaje  teren  przedarcia przez  okrążenie . Nie  ruszają  w  pogoń  za  oddziałem  , tym  bardziej  że  słychać  jest  już  kanonadę  ze  strony  , z  której  spodziewano  się  Polaków . To  piechota  przywitała  ogniem  zwijające  się  skrzydło  okrążenia , dając  w  ten  sposób  czas  na  oddalenie  się  głównego  oddziału  .
    Nie  mamy  informacji  co  w  czasie  tej  potyczki  robiła  "Tereska" . Kawaleria  wyszła  z  okrążenia  przecinając  szosę  Samsonów  - Odrowąż . Oddział  zapada  na  odpoczynek we  wsi  Węgrzyn , a  major  wysyła  dziewczynę  na  poszukiwanie  piechoty . Ta , nie  nawiązuje  jednak  kontaktu z  piechotą  i  próbuje  wrócić  do  oddziału .  Nie  zastaje  jednak  nikogo  z  naszych  w  Węgrzynie  , nie  ma  też  żadnej  wiadomości  w  którą  stronę  mogli  się  udać . Dodatkowo  przybijają  ją  wiadomości  o  pacyfikacjach  , rzekomo  za  pomoc  udzieloną  oddziałowi . Boi  się  nawet  spytać  o  naszych  żołnierzy  . W  oczach  ludzi  , którzy  przeżyli gehennę , widzi  nienawiść  i  ból . To  Niemiecka  propaganda  wbiła  tym  ludziom  pogląd  o  winie  Hubalczyków.
    Jako  pierwsza  z  oddziału  dowiaduje  się  z gazety niemieckiej  o  śmierci  swojego  dowódcy . Ci  , którzy  zostali  z  nim  do  końca  , chcą  prowadzić  walkę dalej  . Poszukują kogoś na  miejsce  majora . "Tereska " "łapie "  kontakt  i  spotyka  się  z  ocalałymi  żołnierzami  w  gajówce  pod  Kluczewskiem   25.VI.1940 r. Po  nieudanej  propozycji  współpracy  z  umówionym  oficerem  , oddział  zostaje  rozwiązany . Tak  kończy  się  piękna  karta  działalności w  oddziale  Hubala  tej  młodej   kobiety .  Jakie  są  dalsze  losy  Marianny  Cel  " Tereski" ?
   
   Po  rozwiązaniu  oddziału  przez  pewien  czas  mieszkała  w  Rzeczycy  , by  później  przenieść się  do  podwarszawskich Ząbek do  Ludmiły  Żero  , łączniczki  ZSP , ZWZ . Po  jakimś  czasie  przenosi  się  do  Warszawy  na  ul.Dziką  28 , do  siostry  Henryka  Ossowskiego  "Dołęgi", oficera  z  OWWP Hubala . Na  tym  momencie  kończą się  na  100%  potwierdzone  informacje na  temat  losów  Celówny . Istnieje jednak  wiele nie  potwierdzonych  hipotez    dotyczących  jej  działalności  , życia  i  śmierci . Oto  kilka  z  nich :

 Relacja I - ciotka  "Tereski" , również  Marianna Cel .
" Pod  koniec  czerwca  1940 lub 1941 roku mój  mąż  wstał  nad  ranem  celem  codziennego  obrządku . Na  skraju  lasu  zobaczył  Marysię  machającą  do  niego  białą  chustką . Podszedł  do niej  zdziwiony . Nie  chciała  za  nic  wejść  do  domu , obawiając  się  iż  ten  jest  pod  obserwacją .Porozmawiali  chwilę  ( nie  pamiętam  o  czym  rozmawiali (?) po  czym  pożegnała  się  i  odeszła  w  las ".
 Relacja II - Henryk Ossowski  "Dołęga" .
" Kategorycznie  zaprzecza  jakoby  Tereska należała  do  ZWZ i pełniła  funkcję  łączniczki-kurierki .  Mieszkała  przecież  u  nas  jakiś  czas  i  wiedziała  o tym  że  byliśmy  w  organizacji  , a  więc  po  co  miałaby  ukrywać swoją  działalność  w  tej  samej  organizacji ?  W Listopadzie  1940 r. oznajmiła  że  musi  nagle  wyjechać , ale  nie  podała  przyczyny  tej  nagłej  decyzji ani  celu  podróży . Przypuszczaliśmy  nawet  że  może  dziewczyna  spodziewa  się  dziecka  , nie  chcąc  się  z  tym  zdradzać chciała  odbyć  poród  gdzieś  na  prowincji . Nie  wykluczam  jednak  możliwości  związania  się  właśnie  w  tym  okresie  z  jakąś powstającą  organizacją  podziemia . Mogła zostać  wysłana  na  akcję  i  zginąć" . Tak  wyglądał  ostatni  kontakt  Ossowskich  z  Tereską .   cdn....


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Październik 11, 2012, 05:44:30
dalszy ciąg.......
 Relacja III - Stefan  Bomba - pracownik  kolei w 1942 r w  Zagnańsku - relacja  dla p.Dereckiego z 1978 roku .
" Stefan  Bomba  pracował  na  kolei w  Zagnańsku  . Tam  właśnie  poznał  koleżankę  swojej  dziewczyny , która związana  była  z  konspiracją  i  nosiła  pseudonim  "Irka" . Ukrywając  się  w  Zagnańsku  starała  się  mówić jak  najmniej  o  sobie  . Chodziły  słuchy  że  jeździ  do  Lwowa , Wilna  jako  łączniczka  . Posługiwała  się  2  kenkartami  na nazwiska  Irena  Sarek  i  Irena  Pasek. W  Lipcu lub  Sierpniu  1943 r Irka  wybrała  się  w  kolejną  podróż  do  Lwowa . W  pociągu jadącym  przez  Kielce  została  zadenuncjowana . Miała  przy  sobie  broń . Zginęła  podczas  strzelaniny do  której  doszło  przy  próbie  aresztowania . Niemcy  wyrzucili  jej  zwłoki  z  pociągu pomiędzy  Zagnańskiem  a  Łączną  . Kazimiera Mazurówna , dziewczyna  Stefana  Bomby mówiła  później  że  Irka  była  kiedyś  w  oddziale  Hubala . Czyżby  chodziło  tutaj  o  Tereskę ? "

   Relacja IV - Sylwester  Jedynak - lata  70-te .
" Ponad  20  lat  temu  w  Lipie  mówiło  się  wśród  znajomych  Celówny o  domniemanym  porodzie . Miała  urodzić  chłopca którego  wychowywała  w  Łodzi . Kiedyś  przeprawiając  się  z Kraju  Warty do  GG  przez  Tomaszów  Mazowiecki , miała zginąć  zastrzelona  na  moście granicznym  na  Pilicy . Powodem  zatrzymania  w  Tomaszowie  miała  być  zdrada i  posiadanie  przez nią  broni ."
" Otrzymałem  informację  od  pana  Witolda  Sowińskiego  z  Radomia  że  Marianna  Cel " Tereska"  nazywa  się  obecnie  Maria  Szerzputowska  lub  Sierzputowska . We  wrześniu  1982 roku otrzymałem  taką  informację  od  Hubalczyka Franciszka  Kosowskiego z  Radomia . Po  rozwiązaniu  oddziału  pracowała  w  konspiracji warszawskiej  , walczyła  w  Powstaniu , była  więźniem  Brzezinki i Buchenwaldu . Po  wojnie  znalazła  się  w  armii Andersa na  terenie  Wielkiej  Brytanii . Przez  pewien  czas mieszkała  w  Londynie . A  od  kilkunastu  lat  przebywa  w  Kanadzie  ze  swoim  mężem  rotmistrzem  Sierzputowskim ."

 Relacja V -Ludmiła Żero oraz siostra  Marianny  Cel  - Janina - R. Poradowski
" Jest  Wrzesień 1940  roku , Tereska  przenosi się  do  Warszawy gdzie  przebywa kilka  miesięcy . Prawdopodobnie  zostaje  wówczas  kurierką ZWZ na  trasie  Warszawa -Lwów . Tak  twierdzi  Ludmiła  Żero . Kilkakrotnie przekracza granicę  , przewozi  tajne  meldunki . "Ludce " donosi  w  liście  z Przemyśla , że  ma  trudności  z  przekroczeniem  granicy . Do  siostry  Zofii pisze  list w  którym  między  wierszami  daje  do  zrozumienia  że  nadal  działa  w  konspiracji , że  u  niej  wszystko  w  porządku . "   
" Po  raz  ostatni  widziałam  ją  w  Boże  Narodzenie 1940 roku - mówi  Janina Cel . Było  to  w  Warszawie na  ul. Dzikiej 28 . Przyjechałam  do  niej  prosto  z  Cisów . Zjadłyśmy  śniadanie , opowiedziałyśmy  co  się  ostatnio  zdarzyło  a  w  końcu  popłakałyśmy  się  . Mówiła  że  dłużej  w  Warszawie  nie  może  przebywać bo  Niemcy  depczą  jej  po  piętach , że  musi  przedostać  się  na  Wschód . Prawdopodobnie  jeszcze  kilka  miesięcy  pozostała w  stolicy . Tak  przynajmniej  można  sądzić  po  listach  jakie  przychodziły  do  rodziny w  Cisach-Budach . Ostatni  list  nadszedł  na  Wielkanoc  1941 r . Był  to  dziwny  list - wspomina  Janina  Cel - od  niej  , ale  nie  pisany  jej  ręką . Była  to  ostatnia  wiadomość  od  niej . Potem  jeszcze  Ludmiła  Żero  otrzymała  wiadomość że  Tereskę  schwytano  i  osadzono  w  więzieniu  na  Brygidkach we  Lwowie i  tam  też  rozstrzelano . Sam  Rojek  ów  zdrajca  z  Cisów  , doniósł  kiedyś  rodzinie  , iż  Tereska  zginęła  na  moście w  Tomaszowie  Mazowieckim . "

 Relacja VI - Sylwester  Siemieniec - pracownik  Przychodni  Rejonowej  w  Końskich - 1989 r.
" Pracując  w  Przychodni  w  Końskich przy  ul. Zamkowej /Polnej  poznałem  kobietę  , którą  mój  ówczesny  szef  lek.stom. Zbigniew  Godlewski przedstawił  mi  jako  "Tereskę " z  oddziału  majora  Hubala . W  tamtym czasie  ( 1968-1969 ) , historia  oddziału  nie  była  tak  znana  i  rozpowszechniona  jak  po  emisji  filmu  w  1973 r. Także  nie bardzo  wiedziałem  o  historii oddziału  a  tym  bardziej  o  kobiecie  , która  w nim  służyła . W  czasie  rozmowy  z  tą  panią  ( nazwiska nie pamiętam ) wyszło  na  jaw  że  wróciła  w  okolice  Radoszyc , zmieniła  nazwisko i   nie  ujawnia   się  . Utrzymuje  kontakt  tylko  z  kilkoma  osobami  z  czasów  okupacji . Prosi  o  dyskrecję . W  1942  roku  zerwała  wszystkie  kontakty  z  rodziną  ,  znajomymi i  organizacją . Obawiając  się  o  własne i  rodziny  życie  , zmieniła  nie  tylko  miejsce  zamieszkania  ale  również  tożsamość .  Więcej  szczegółów  z  tej  rozmowy  nie  zapamiętałem  . Widziałem  tą  osobę  jeszcze  raz  przy  kolejnej  wizycie  . Po  pewnym  czasie  rejonizacja  znowu  przydzieliła  rejon  Radoszyc  pod  Gminę  Radoszyce i  tam  powstała  przychodnia . Jeszcze  jedno  co  bardzo  utkwiło  mi  w  pamięci  . Otóż  opowiadała  ona  że  przynajmniej  3  razy  próbowano  zamachu  na   jej  życie  , na  przestrzeni  od  Listopada 1940 r do  Kwietnia  1942 r. Podejrzewa  że  zamachowcami  byli  ludzie  z  kręgów  organizacji  ."

   Która  z  relacji  jest  najbliższa  prawdy ?  Nie  wiadomo . Osobiście  odrzuciłbym  relację  Stefana  Bomby i Witolda Sowińskiego . Prawdopodobna  jest  relacja  Ludmiły  Żero i Janiny  Cel .  Relacja  ciotki ( czy  jak  inni  wolą  macochy ) , H.Ossowskiego  potwierdzają  i  uzupełniają historię  Ludmiły  i  Janiny . Sensacyjna  jest  relacja  p.Siemieńca . 

Äąąródła :
J.Alicki - Wspomnienia  żołnierza z oddziału majora  Hubala
M.Szymański - Oddział majora Hubala
B.Kacperski - Końskie  i  Powiat  Konecki
M.Derecki - Tropami majora Hubala , Śladami  Hubalczyków
S.Jedynak - Rogata dusza , Przemiany .
R.Poradowski -Tereska od Hubali , Głos  Poranny .
Z.Kosztyła -Oddział  Wydzielony WP  majora Hubala .

Pavelock 


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: Old tiger Listopad 01, 2012, 19:17:11
Znam personalia  NN z 2 bat  3 dak pochowanego w Ruskim Brodzie...  Pozdrawiam Patriotytcznych Dreptaków.

 Old tiger z Kacprowa


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Listopad 01, 2012, 20:39:59
Janek , jak  możesz  to  prześlij  mi  te  nazwiska .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: Old tiger Listopad 02, 2012, 23:49:50
Czołem !

 Jeszcze nie potwierdzone - Stanisław Siemoniuk ... .
Trzeba odszukać , polegli ,zaginieni , ranni  do 13 IX 1939...
Niektórzy ranni dokonali żywota  w RB i na Kacprowie ,spoczywają jako NN  w  RB.  Blaszki były zdeponowane u ŚP ks Ptaszyńskiego lub u kościelnego :Śieciały"-Sikory....
Paru w tym oficer się wykurowali  ,za metalowy żołd kupili ciuchy  i odmaszerowali....
Koło z okuciami na mojej ścianie  DAKu z miejsca gdzie znajdowaliśmy miedziane resztki pierścieni  ze szwabskich pocisków ...
Gdzieś obok w bagienkach  leżą  zamki....
Będę w RB po 11XI...

Old tiger z Kacprowa
ps.
Jakieś łajzy podszywają się pod nasz pomnik !



Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: rafal81 Listopad 10, 2012, 17:37:00
Zainspirowany artykułami Kolegi Pavelock-a, chcę zamieścić artykuł jaki się ukazał 5 września 2012r. w "Dom na Skale" autorstwa dr. Jerzego Prochwicza. Artykuł opisuje bitwę pod Barakiem koło Szydłowca.
Bitwa pod Barakiem cz. I

36. Dywizja Piechoty Rezerwowej ( DPrez.) była jednostką częściowo powstałą na bazie jednostek KOP , biorącą udział w walkach na zachodnim kierunku operacyjnym kampanii polskiej 1939 r. Dywizja dowodzona przez płk Bolesława Ostrowskiego w planach operacyjnych przeznaczona była do odwodu Naczelnego Wodza - armii "Prusy", od 29 sierpnia częściami kierowana przez Lwów, Kraków, Tunel, Kielce i Skarżysko-Kamienną do rejonu Szydłowca .

W rejon Szydłowca jednak dotarły jedynie: dowództwo dywizji, 163. Pułk piechoty ( pp) w całości oraz 165. pp bez III. batalionu (łącznie 5 batalionów), a także kompania łączności i w nocy z 4 na 5 września kawaleria dywizyjna. Nie dołączyły, więc do 36. DP. rez. w wyniku poważnych zakłóceń w przewozach transportami kolejowymi, wywołanych niszczeniem torów przez lotnictwo nieprzyjaciela I. i III. dyon 40. Pułku artylerii lekkiej (pal) oraz 164. pp i 46. batalion saperów. Nie było też służb ani taborów dywizyjnych . III. batalion 165. pp mobilizowany przez baon KOP "Kopyczyńce", posiadając znaczne braki w wyposażeniu na skutek znalezienia się na trasie odwrotu armii "Kraków" nie dotarł do pułku. Wyładowany w Tarnowie został podporządkowany 24. DP z armii "Karpaty". I. dyon 40. pal, mobilizowany przez dywizjon artylerii lekkiej KOP "Czortków" w trakcie tran¬sportu kolejowego, wyładował się w rejonie Tarnów-Brzesko gdzie został podporządkowany dowódcy 24. DP , po czym skierowany do obrony Dunajca. Dowódca dywizji płk B. Ostrowski ześrodkował przybyłe siły w lesie na południe od Szydłowca. Dywizja w składzie dwóch pułków piechoty pod koniec dnia 1 września stanowiła jedyny większy oddział na Kielecczyźnie . Nocą z 1 na 2 września dywizja rozpoczęła przegrupowanie do rejonu Opoczna. 2 września dywizja ześrodkowała się w rejonie: Bąków, Zawada, Janów, Przysucha, Brogowa. Przed południem, wkrótce po rozwinięciu stanowiska dowodzenia w Chlewiskach, dywizja otrzymała rozkaz wprost ze sztabu Naczelnego Wodza (L. 1/2/III oper. wydany 2 września o godz. 300), podpisany przez zastępcę szefa Sztabu Naczelnego Wodza do spraw operacyjnych, płk dypl. Józefa Jaklicza. Brzmiał on: "36 DP grupuje się w rejonie m. Przysucha wykorzystując lasy do ukrycia się. Rozkaz poprzedni o przemarszu do rejonu Opoczno zostaje anulowany. 36 DP podlega gen.. Dębowi-Biernackiemu, którego m.p. jest w Skierniewicach, a nie jako poprzednio podane w Tomaszowie Mazowieckim "" . Również w południe 2 września dowódca dywizji otrzymał wiadomość o przerwaniu się w rejonie Częstochowy oddziałów niemieckiej 1. Dywizji pancernej (DPanc.) , które wchodzą na kierunek rejonu koncentracji dywizji . Były to oddziały 1. DPanc., która 2 września rano przerwała się na kierunku Kłobuck - Gidle, a następnie weszła w wolną od sił polskich przestrzeń operacyjną i bez walki opanowała mosty na Warcie pod m. Gidle. Opanowanie mostów i utworzenie przyczółka zagroziło koncentrującej się 36. DP rez. W tej sytuacji dowódca armii "Prusy" gen.dyw. Stefan Dąb-Biernacki zmuszony sytuacją operacyjną nakazał zorganizowanie doraźnej obrony najbardziej zagrożonych kierunków na Radom i Kielce siłami znajdującymi się w tym rejonie. Dlatego też przed południem 3 września dywizja została podporządkowana dowódcy zgrupowania południowego armii "Prusy" gen.bryg. Rudolfowi Dreszerowi . Dywizja miała zorganizować obronę wzdłuż północnego brzegu rzeki Czarnej, aby osłonić wyładowanie z transportów kolejowych pozostałych wojsk południowego zgrupowania.W godzinach wieczornych 3 września, dywizja wykonując rozkaz gen. R. Dreszera rozpoczęła przegrupowanie w rejon południowo - zachodni od Końskich, nad rzeką Czarną . Dywizja rozpoczęła marsz, mając na czele 163. pp rez., który po uciążliwym marszu rankiem 4 września osiągnął rejon Końskich. W ciągu dnia dywizja skoncentrowała się w rejonie na zachód od Końskich, przyjmując jednorzutowe ugrupowanie bojowe z odwodem. Przedni skraj obrony dywizji oparty był na rzece Czarnej w 20 km pasie Malenice - Piekło. Na prawym skrzydle zajął pozycje 163. pp rez. (bez III. batalionu), a na lewym 165. pp rez. (bez II. batalionu). Odwód dywizji stanowił III. batalion 163. pp rez. w rejonie Nowego Kazanowa i II. batalion 165 pp rez. w rejonie lasu Wincentów . 163. pp rez. ppłk Przemysława Nakoniecznikoffa zajmujący pozycje na odcinku Malenice - Wiosna przyjął ugrupowanie dwurzutowe: I. batalion (dowódca mjr Stanisław Ruśkiewicz) zajął odcinek na północnym brzegu rzeki Czarnej, od rozwidlenia dróg Ruda Maleniecka - Wiosna z ubezpieczeniem w rejonie Malenic; II. batalion 163. pp rez. (dowódca mjr Jan Andrychowski) ześrodkował się jako drugi rzut pułku przy drodze Ruda Maleniecka - Sierosławice na północny wschód od Dęby. Tam też ześrodkowały się pozostałe pododdziały pułku. 165. pp rez. ppłk Zygmunta Gromadzkiego zajął pozycje na lewym skrzydle dywizji.


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: rafal81 Listopad 10, 2012, 17:40:22
Część II "Bitwa pod Barakiem"
Jego I batalion (dowódca mjr Marian Tinz) zajął pozycje na północnym brzegu Czarnej na wschód od miejscowości Wiosna i Piekło. W nocy z 4 na 5 września przybył w pas obrony dywizji szwadron kawalerii dywizyjnej rtm. Bronisława Riczki, który skierowano do rejonu Żarnowa dla nawiązania łączności z koncentrującą się w Skarżysku Kamiennej 3. DP. 36. DP rez. na zachodnim brzegu Wisły miała więc w swym składzie: dowództwo i sztab dywizji, dywizyjne kompanie łączności i kolarzy, kawalerię dywizyjną, 163. i 165. pp rez. (bez III. batalionu) oraz dwie kolumny taborowe. Ogólny stan osobowy wynosił 213 oficerów i 6388 podoficerów i żołnierzy . Zdolność bojową dywizji poważnie osłabił brak pododdziałów artylerii. Dodatkowo trudną sytuację dywizji pogłębiał fakt istnienia 10-kilometrowej luki między 36. DP rez. a 12. DP od m. Piekło do m. Krasne, którą z powodu braku odwodów dowódca Grupy Operacyjnej (GO) gen.bryg. Stanisław Skwarczyński nie mógł obsadzić. W nocy z 5 na 6 września do dywizji dołączyły oddziały por. Jana Łodzińskiego i por. Michała Chełmickiego (z rozbitego 25. pp 7. DP) z 1. baterią artylerii 1. dywizjonu 7. pal kpt. Stanisława Pruskiego. Dowódca dywizji płk B. Ostrowski po zreorganizowaniu przybyłych oddziałów w zbiorczy batalion 25. pp, ześrodkował go w pobliżu II batalionu 165. pp rez. na południe od Izabelowa. Ostatecznie w skład 36. DP rez. weszło sześć batalionów piechoty i bateria artylerii lekkiej. O świcie 6 września pododdziały niemieckiej 1. Dywizji Lekkiej (DLek.) podeszły do rejonu obrony dywizji, po czym w godzinach popołudniowych nawiązały styczność ogniową z prawoskrzydłowym 163. pp rez. I. batalion 163. pp rez. około godz. 2000 zaatakowany przez Niemców w sile około batalionu piechoty wspartego baterią artylerii, stoczył zaciekłą walkę o utrzymanie rubieży rzeki Czarnej na przeprawie w Rudzie Malenickiej. Batalion odparł atak, odrzucając nacierającego przeciwnika. Walkę tę tak wspomina kpt. Władysław Henzell, "Na karkach uciekającej ludności, jeszcze przed zmrokiem, czołowe oddziały niemieckiej 1 Dlek. chciały z marszu opanować przeprawę przez rzekę Czarną w m. Ruda Maleniecka, bronioną przez 3 kompanię kpt. Stanisława Mroza. Zaskoczenie nie powiodło się. Żołnierze zachęceni osobistym przykładem dowódcy pułku ppłk P. Nakoniecznikoffa i dowódcy baonu mjr S. Ruśkiewicza, stawili Niemcom zacięty opór. Nieprzyjaciel, przywitany ogniem dział ppanc. i broni maszynowej poniósł duże straty" . Mimo utrzymania zajmowanych pozycji przez 163. pp rez. ogólna sytuacja 36. DP rez. stała się krytyczna, wskutek wejścia oddziałów niemieckiej 2. DLek.
w lukę między 36. DP rez. a 12. DP w rejonie na południowy zachód od m. Piekło. Powstała groźba odcięcia dywizji od sił głównych grupy rozwijającej się obronnie pod Skarżyskiem Kamienną. Groźba odcięcia dywizji zmusiła płk B. Ostrowskiego do zarządzenia odwrotu w kierunku wschodnim. "Wobec tego, że już nadchodził dzień i nie chciałem narażać oddziałów na straty ze strony lotnictwa nieprzyjaciel¬skiego, postanowiłem odwrót wykonać dopiero nocą z dnia 7 na 8 września, rano zaś tylko przegrupować oddziały i podciągnąć je bliżej m. Końskie" . Decyzja płk B. Ostrowskiego o pozostaniu w dniu 7 września w rejonie m. Końskie, nie mając właściwego rozpoznania sił przeciwnika i sądząc, że ma przed sobą jedynie siły 1 Dlek. była wielce ryzykowna. Pozostawanie w rejonie m. Końskie stanowiło tym większe zagrożenie, że na południe od pozycji obronnych dywizji powstała 20-kilometrowa luka w wyniku wycofania się oddziałów 3. DP na m. Odrowąż . Tym samym dywizja, która walczyła w znacznie uszczuplonym składzie, pozbawiona praktycznie artylerii została wystawiona na uderzenie przeważających sił przeciwnika. W godzinach przedpołudniowych 7 września dywizja przyjęła dwurzutowe ugrupowanie bojowe w rejonie Końskich. W pierwszym rzucie w rej. Kazanowa zajął pozycje 163. pp rez. Obsadził on odcinek na zachód od Modliszewic i południowy zachód od Nowego Kazanowa. II. batalion mjr J. Andrychowskiego zajął pozycje na prawym skrzydle pułku w rej. Modliszewic, na lewym skrzydle pułku zajął pozycje III. batalion mjr Kazimierza Bielawskiego. I. batalion mjr S. Ruśkiewicza stanowiący odwód pułku ześrodkował się w lesie kazanowskim. W drugim rzucie dywizji, na rubieży Rogów - Piła - Kozia Wola, stanął 165. pp rez. wzmocniony zbiorczym batalionem z 25. pp (7. DP). I. batalion mjr M. Tinza stanął na skraju lasu pod Rogowem, II. batalion mjr Stanisława Inglota zajął pozycje w rejonie Koziej Woli, zbiorczy batalion 25. pp zajął pozycje na skraju lasu pod Piłą. Szwadron kawalerii dywizyjnej rtm. B. Riczki jako ubezpieczenie dywizji z kierunku północnego, rozwinął się pod miejscowością Barycz. Artyleria dywizji w składzie 1. baterii z 7. pal pod dowództwem kpt. S. Pruskiego, została przeznaczona do ogólnego wsparcia oddziałów. Dowództwo dywizji stanęło w lesie pod Nieświńskim Młynkiem. W tym położeniu, dążące na Radom pododdziały 1. DLek. uderzyły o godz. 1400 7 września na pozycję obronną 163. pp pod Kazanowem. Walki o pozycję pod Kazanowem trwały do zmroku, ponieważ 163. pp mimo braku wsparcia artylerii stawił zacięty opór. Jedyna bateria artylerii kpt. S. Pru¬skiego natychmiast po otwarciu ognia została zbombardowana i zaprzestała walki. W trakcie zaciętych walk Kazanów dwukrotnie przechodził z rąk do rąk. Pułk poniósł dotkliwe straty w ludziach i sprzęcie, tracąc wielu zabitych i rannych oraz 5 dział przeciwpancernych. Walki 163. pp pod Kazanowem tak opisuje w swoich wspomnieniach kpt. W. Henzell, dowódca 3. kompanii cekaemów III. batalionu: "Po paru godzinach - walka ponownie przybiera na sile. Artyleria npla strzela bez przerwy ogniem kierowanym przez lotnika. Po nasileniu ognia wnioskuję, że npl przygotowuje się do szturmu. Z głębi lasu nadciąga odwód pułku - I baon 163 pp mjr S. Ruśkiewicza, jak również i d-ca pułku ppłk Przemysław Nakoniecznikoff. Baon zapada na skraj lasu w poszyciu leśnym. Składam d-cy pułku krótki meldunek. D-ca pułku obserwuje przez lornetkę pole walki, dzieli się swymi spostrzeżeniami i podrywa I baon 163 pp do przeciwuderzenia. Poszli jak na defiladę, przez chwilę zaniemówiliśmy, patrząc na nich i podziwiając ich postawę. Nasilenie ognia npla gwałtownie wzmogło się. Niemcy wdzierają się do Kazanowa. Przeciwuderzenie wsparte ogniem broni maszynowej i moździerzy, dochodzi do Kazanowa i niknie w opłotkach. Na czele swoich plutonów idą: por. Józef Bukowski, ppor. rez. Stanisław Mederski, ppor. rez. Jan Adrian Zyśko, nauczyciel z Borszczowa, ppor. rez. Władysław Mikołajewicz, nauczyciel z m. Turylcze i por. rez. Marian Walerian Iluczewski. Ponownie dochodzi do walki wręcz, decyduje granat i bagnet. Niemcy powoli wycofują się. Bronią się jeszcze w opłotkach, zaroślach i wgłębieniach terenowych. Poszczególne grupy Niemców stawiających opór, zostały zlikwidowane przez dzielnych polskich żołnierzy" . Mimo poniesionych strat w ludziach i sprzęcie 163. pp utrzymał pozycje obronne do godzin wieczornych, kiedy to oddziały 1DLek. zerwały styczność ogniową i wycofały się za rzekę Czarną. Jednakże wskutek znacznych postępów Niemców na skrzydłach 36. DP rez. utrzymanie pozycji nad rzeką Czarną, stało się niemożliwe. Odwrót dywizji w tej sytuacji z dotychczas zajmowanej pozycji, stał się koniecznością. W godzinach popołudniowych 7 września dowódca dywizji otrzymał rozkaz od dowódcy GO gen. bryg. S. Skwarczyńskiego, nakazujący mu opuszczenie dotychczasowej pozycji z zadaniem "36 DP (przejść) do lasu na wschód od szosy Szydłowiec - Skarżysko, a na zachód od m. Kierz Niedźwiedzi" . Płk B. Ostrowski wykonując rozkaz, postanowił przegrupować dywizję tak, aby przybliżyć ją do 3. i 12. DP. Organizując odwrót z zajmowanej pozycji, dowódca dywizji podzielił ją na dwa zgrupowania, które poruszając się dwiema drogami, miały osiągnąć rejon ześrodkowania. Pierwsze zgrupowanie w składzie: dowódca i sztab dywizji, kompania łączności, kompania sztabowa, szwadron kawalerii dywizyjnej, kolumna taborów i 163. pp, miało poruszać się drogą na kierunku Piasek - Furmanów - Antoniów do leśniczówki Barak. Zgrupowanie drugie w składzie: 165. pp (bez III. batalionu), zbiorczy batalion 25. pp (7. DP), 1. bateria 7. pal, miało poruszać się drogą na kierunku Piła - Kozia Wola - Niekłań - Majdów - Skarżysko Książęce. O zmroku 7 września dywizja rozpoczęła wycofywanie się w kierunku na wschód. W czasie odchodzenia 36. DP rez. sprzed frontu 1. DLek. na drogach marszu podczas formowania kolumny wystąpiło zamieszanie związane z przemie¬szczaniem się batalionów w poszczególnych pułkach. Przegrupowanie tych pododdziałów zajęło dużo czasu i w rezultacie znacznie opóźniło nocny odwrót dywizji. Rano 8 września płk B. Ostrowski wraz ze sztabem, pododdziałami dywizyjnymi i kawalerią dywizyjną, osiągnął rejon leśniczówki Barak, natomiast gros sił dywizji osiągnęło rejon m. Antoniów, gdzie zatrzymano się na odpoczynek. Stanowiący ubezpieczenie dywizji II. batalion 165. pp mjr S. Inglota w trakcie przegrupowywania się spod Koziej Woli do rejonu Niekłania został zaatakowany przez oddział wydzielony 2. DLek. Batalion w krótkiej walce z użyciem broni pancernej został rozbity, a niedobitki batalionu wraz z 6. kompanią dołączyły do sił głównych dywizji. Dowódca dywizji, płk B. Ostrowski pozostający wraz ze sztabem i podod-działami w rejonie leśniczówki Barak nie nawiązał łączności z siłami głównymi dywizji, pozostającymi w rejonie Antoniów - Huta. Przed południem 8 września czołowe pododdziały oddziału wydzielonego 2. DLek. działające ze Skarżyska na Szydłowiec, zaatakowały m.p. dowódcy dywizji rozbijając kompanię sztabową oraz spychając kawalerię ku północy do m. Barak. Płk B. Ostrowski - w zaistniałej sytuacji sądząc, że został odcięty od głównych sił dywizji nakazał resztkom tych pododdziałów wycofanie się na Iłżę, a sam z kwatermistrzem dywizji mjr dypl. Stanisławem Kramerem wyruszył na poszukiwanie dowódcy GO gen.bryg. S. Skwarczyńskiego Decyzja ta pozbawiła płk B. Ostrowskiego wpływu na dowodzenie siłami dywizji, która znalazła się w trudnej sytuacji. Była ona także wyrazem utraty zdolności dowódczych płk B. Ostrowskiego, którego obowiązkiem było zrobić wszystko, co możliwe dla odzyskania dowodzenia siłami dywizji. Kawaleria dywizyjna rtm. B. Riczki wycofująca się w kierunku Iłży napotykając wszędzie na drodze odwrotu Niemców, zawróciła ku północy na Wierzbicę osiągając o świcie 9 września Skaryszew. Po czym w godzinach wieczornych dotarła do Wisły pod Regowem, tracąc bezpowrotnie łączność z 36. DP rez. Siły główne dywizji dotarły w godzinach południowych 8 września do szosy Skarżysko - Szydłowiec, napotykając wszędzie oddziały niemieckie. W tej trudnej sytuacji, dowódca 163. pp ppłk Przemysław Nakoniecznikoff po uzyskaniu informacji o nieobecności dowódcy dywizji w rejonie Baraku przejął dowodzenie nad całością sił dywizji. Uzyskane informacje pozwoliły ppłk P. Nakoniecznikoffowi podjęcie decyzji o wykonaniu uderzenia na poruszające się szosą Skarżysko - Szydłowiec, pododdziały 2. DLek. w celu otwarcia drogi do sił głównych GO gen.bryg. S. Skwarczyńskiego. Należy podkreślić, że wykonanie uderzenia musiała poprzedzić reorganizacja oddziałów dywizji, która w trakcie przemarszu utraciła około 30% stanu osobowego . Ppłk P. Nakoniecznikoff, ugrupował swe siły do uderzenia z następującymi zadaniami: 163. pp rez. wraz z 1. baterią 7. pal miał nacierać w kierunku na południe od Baraku, na Kierz Niedźwiedzi, Trębowiec i Iłżę; przekroczyć szosę szybko i na szerokim odcinku; wykorzystać 1 baterię artylerii na prawym skrzydle do zwalczania czołgów na wprost; 165. pp rez. - ubezpieczać natarcie 163. pp rez. w kierunku Skarżyska-Kamiennej, a w dalszym natarciu osłaniać go przesuwając się w kierunku na północ od Skarżyska Książęcego i Świerczka, zwracając szczególną uwagę na osłonę z Mirca . Około godziny 1600 8 września ruszył do natarcia 163. pp rez . W jego pierwszym rzucie szedł I. batalion mjr S. Ruśkiewicza i II. batalion mjr J. Andrychowskiego wsparty 1. baterią 7 pal, a w drugim III. batalion mjr K. Bie-lawskiego. Na prawym skrzydle dywizji uderzał 165. pp rez. Uderzające pierwszorzutowe bataliony 163. pp rez., napotkały na swojej drodze zmotoryzo¬waną kolumnę z 2. DLek., którą po uporczywej i ciężkiej walce rozbiły, otwierając sobie drogę do działań odwrotowych w kierunku na Iłżę. Po zapadnięciu zmroku siły główne dywizji przekroczyły szosę i ześrodkowały się w lesie koło Kierza Niedźwieckiego, gdzie dokonano ponownej reorganizacji sił. Sformowano 163. i 165. pp rez. po dwa bataliony każdy. Ze względu na brak amunicji zlikwidowano 1. baterię artylerii 7. pal oraz ciężką broń maszynową. Około godziny 2230 163 pp rez. płk P. Nakoniecznikoffa ruszył przez Zbijów, Trębowiec na Iłżę, a 165. pp rez. ppłk Z. Gromadzkiego przez Skarżysko Książęce. Przed południem 9 września 163. pp rez. ześrodkował się w lesie na północ od Jasienia Górnego. Tymczasem 165. pp rez. osiągnął las na zachód od Trębowca Dużego, skąd zaobserwowano poruszające się drogą z Mirca na Wierzbicę zmotoryzowane kolumny niemieckie. Pułki zostały rozdzielone przez przegrupowujące się siły 2. DLek . 36. DP rez. po osiągnięciu rejonu lasów na zachód i wschód od Trębowca Dużego, miała już tylko cztery słabe bataliony. Pozbawiona sztabu, pododdziałów artylerii nie przedstawiała już siły zwiąĂ‚¬zku taktycznego, praktycznie przestała istnieć. Do 163. pp rez. ześrodkowanego w lesie na północ od Jasieńca Górnego dołączyły rozbite oddziały z 3. DP a także rozbitkowie z 12. DP. O zmierzchu 9 września pułk podjął marsz w kierunku Wisły. W nocy w rejonie Piotrowego Pola do pułku dołączył dowódca 52. pp ppłk dypl. Jan Gabryś z batalionem piechoty. 10 września pułk osiągnął lasy między Antoniowem z Zapustą nad rzeką Kamienna, gdzie stwierdzono że wojska niemieckie znajdują się na zachodnim brzegu Wisły, a mosty na Wiśle są zniszczone. W tej sytuacji dowódca 163. pp ppłk P. Nakoniecznikoff zdając sobie sprawę, że droga do Wisły jest odcięta a pułk nie zdoła się przebić, nakazał na odprawie rozwiązać pułk i przedzierać się grupami na wschodni brzeg Wisły. W decyzji o rozwiązaniu pułku podano także miejsce zbiórki, do którego w razie przedzierania się za Wisłę powinni dążyć żołnierze pułku. Miejscem zbiórki wyznaczono Puławy. Również o zmierzchu 9 września 165. pp wyruszył w kierunku Wisły na Wierzbicę, lecz został w nocy zaatakowany pod tą miejscowością przez pododdział piechoty z czołgami 2. DLek. Pułk odparł natarcie, kontynuując marsz, osiągając o świcie 10 września las na północny wschód od Wierzbicy. Miejsce ześrodkowania pułku zostało jednak zlokalizowane przez lotnictwo niemieckie. Wkrótce też wyszło na miejsce ześrodkowania pułku natarcie piechoty wspartej czołgami, które zostało odparte, jednak w trakcie walki pułk praktycznie zużył całą posiadaną amunicję, pozostając bez środków do walki. W tej sytuacji dowódca pułku, ppłk Z. Gromadzki rozformował pułk. Ppłk Z. Gromadzki podzielił żołnierzy na małe grupy, z zadaniem przedzierania się za Wisłę i dojścia do określonych punktów zbornych. Dowódca pułku z grupą żołnierzy przekroczył Wisłę pod Baranowem . Rozwiązanie obu pułków dywizji zakończyło istnienie 36. DP rez., która mimo braku pełnego ukompletowania etatowego pododdziałów, braku artylerii wzięła udział w walkach toczonych przez armię "Prusy". Podkreślić należy że w całokształcie walk dywizji, największą wartość bojową posiadał 163. pp rez. mobilizowany przez brygadę KOP "Podole". 163 pp rez. wykazał się dużą dzielnością bojową i uporczywością w walce. Również dowódca pułku ppłk P. Nakoniecznikoff sprostał zadaniom jakim podczas walk został poddany. Nie można tego samego powiedzieć o dowódcy dywizji płk B. Ostrowskim, który nie zdał egzaminu w dowodzeniu 36 DP rez., opuszczając dywizję w najtrudniejszym momencie - gdy przebijała się przez siły 2 DLek. zagradzające jej drogę do wojsk GO gen.bryg. S. Skwarczyńskiego.Krótki okres istnienia dywizji jest również wynikiem błędów w dowodzeniu siłami GO gen.bryg. S. Skwarczyńskiego, w wyniku, czego dywizja przez cały okres walk walczyła w osamotnieniu.

dr Jerzy Prochwicz

żródło:http://domnaskale.net.pl/artykul/bitwa-pod-barakiem/


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Grudzień 07, 2012, 19:51:26
Witam !
Myślę  że  czas  już  na  kolejną  ciekawą  historię  , którą  opowiedział  mi  92-letni  Pan  Józef.                                                        " Urodzony  po  raz  drugi "

   Około  połowy  sierpnia  2012 roku  dostałem  telefon  z  Warszawy , w  sprawie  poszukiwania  śladów  poległego  w okolicy Bokowa partyzanta z  25 pp AK . Z  udzielonych informacji miałem  tylko  nazwisko , pseudonim   oraz  to  że  zginął  w listopadzie  1944 roku w lasach  przysuskich .  Sprawa  była  trudna  ale  nie  beznadziejna . W  swoich  zapiskach  dotyczących  tamtych  okolic  i  wydarzeń  z  okresu  okupacji  , znalazłem ślad  zabitego  partyzanta . Ponieważ  jest  to  bardzo  ciekawa  historia  i  wymaga  osobnego  opracowania (  czekam  na  zdjęcia i  dokumenty  z  archiwum ) nie  będę teraz opisywał tej  sprawy . W  trakcie  poszukiwań  spotkałem  się  z  wieloma  ludźmi , zbadałem  wiele  dokumentów , odwiedziłem  cmentarze  i  miejsca  pamięci  w  okolicach  Przysuchy , Końskich  i  Stąporkowa . Jeden  ze śladów  (  pamiętnik  członka  oddziału  25pp AK )  prowadził  do  małej  miejscowości  Nowinki . Nowinki  to  przysiółek  wsi  Kochanów  położony 10 km  na  południe  od  Borkowic . Na  miejscu  znalazłem  pomnik  ku  pamięci  zamordowanych  mieszkańców  Bryzgowa , Długiej  Brzeziny i  Kochanowa w listopadzie  1944 roku .
Niemcy zamordowali w Nowinkach 27 mieszkańców tych  miejscowości . Byli to: Piotr Skuza, Majewski Wacław,
Słoń Władysław, Słoń Stefan, Buchowicz Stanisław , Stachura Władysław , Młodawski Stanisław , Młodawski Jan, Gonciarz Antoni, Stachura Tadeusz, Pietras Jan, Młodawski Wacław , Balcerak Piotr , Chmielewski Kazimierz , Chmielewski Władysław ,  Dąbrowa Józef, Dąbrowa   Adam, Dąbrowa Wacław , Maciejski Marian, Szczepaniak Józef, Matynia Julian , Skuza Stanisław , Stachura Jan (  czterech  nazwisk  nie udało  mi  się  ustalić ) . Zamordowani spoczęli w zbiorowej mogile na cmentarzu w Borkowicach i  w  Nadolnej .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Grudzień 07, 2012, 19:55:20
ciąg  dalszy ......................
Oczywiście  chciałem  porozmawiać  z  najstarszymi  mieszkańcami  Nowinek  ,  czy  pamiętają  może  pochówek  zamordowanych  , czy  może  wśród  zabitych  byli  jacyś  obcy  ludzie . Jedna  z  hipotez  dotycząca  poszukiwania mogiły  partyzanta ,   wskazywała  na  możliwość  pochowanie go razem  z  zamordowanymi  z  Nowinek . Tym  bardziej  było  to  możliwe  że  przedział  czasowy  ( 05.11-06.11 1944 - potyczka  pod  Bokowem  , gdzie  zginęło  10  partyzantów w  tym  wielu rannych spalono  żywcem  na  kwaterze .) zdarzeń  obejmował  zarówno  mord w Bokowie i  mord  w  Nowinkach ( 07.11.1944 , Niemcy  pozwolili  pochować  zabitych  dopiero  10.11.1944 r ) . Chciałem  więc  dopytać  czy  ktokolwiek  z  żyjących  potwierdzi  taką  informację  . Spotkałem  się  ze  starszym  panem , który  stwierdził  że  on  to  tu  się  ożenił  , nie  za  dużo   wie  w  tej  sprawie , o  partyzancie pochowanym  w  tej  okolicy  nie  słyszał . Natomiast  oszołomiła  mnie  informacja  że  do  dziś  żyje  człowiek  , który  przeżył  to  rozstrzelanie  w  Nowinkach z  07.11.1944 r , i  mieszka  w  pobliskim  Bryzgowie .  Natychmiast  pojechałem  do  Bryzgowa  . Pierwszy  dom  po  prawej  stronie  od  tablicy  z  nazwą  miejscowości . Przy  furtce  powitał  mnie  młody  pies  radośnie  machający  ogonem .  Wszedłem  na  podwórko  i  usłyszałem  głosy  przy  zabudowaniach  gospodarskich  .  Pan  Józef Młodawski  i  jego  syn  szykowali  wiązanki  na  zbliżające  się  święto  zmarłych  .  Przedstawiłem  się  i  poprosiłem  o  rozmowę  w  sprawie  "  mojego  partyzanta " . Panowie  bardzo  chętnie  chcieli  udzielić  mi  wszelkich  informacji  ,  ale  nie  w  tym  dniu  . Poprosiłem  o  możliwość  rozmowy  z  seniorem  w  najbliższym  czasie  .  W  trakcie  odprowadzania  mnie  do  furtki  pan  Józef  opowiedział  co  nieco  o  zdarzeniach  i  swoich  przeżyciach  z  okresu  okupacji .  Tak  mnie  to  zafascynowało  że  czekałem  na  nasze spotkanie  z  niecierpliwością  .
   Kolejny  raz  przyjechałem  już  po Wszystkich  Świętych .  W  domu  zastałem  tylko  pana  Józefa . Zaprosił  mnie  do  środka  i  poczęstował  herbatą .  W  trakcie  rozmowy  zadawałem  pytania  a  pan  Józef Młodawski  starał  opisać  jak  najbardziej  rzetelnie  swoje  przeżycia .
   R.N. Gdzie  i  kiedy  pan  się  urodził  panie  Józefie  ?  i  czym  się  pan  zajmował  od  lat  dziecięcych ?
   J.M.- "Urodziłem  się  tutaj , w  Bryzgowie 08.02.1921 roku . Jak  to  na  wsi  pomagało  się  rodzicom  od  najmłodszych  lat . Pasałem  krowy , nosiłem wodę  , drewno  i  czasem  pomagałem  przy  lżejszych  pracach  polowych .Było  biednie i  głodno . Z  tego  okresu  pamiętam  też  że  było  ciemno  . W  domu  była  tylko  lampa  naftowa . Uczęszczałem  do  jednoklasowej  szkoły  , znajdującej  się  w  prywatnym  domu  w  Bryzgowie , a  założonej  przez  Księdza  Wiśniewskiego . Po  roku  szkołę  przeniesiono  do  Rzucowa . Moja  edukacja  na  tym  się  skończyła , mając  12 lat  zacząłem  pracować  w  lesie . Jako  młodociany  chodziłem  na  sadzonki i  gałęzie . Nie  było  źle , choć  czasem  żeby  zarobić  parę  groszy  , trzeba  się  było  napracować ."
   R.N. Jak  pamięta  pan  czas  przed   wybuchem  wojny  ? Jaki był dla pana  ten początek  wojny ?
        J.M.- " Pamiętam  że  na  wiosnę  , chyba  1939 roku  , była  wielka  heca . Polacy  idą  na  wojnę , na  Zaolzie . Wszyscy  mówili  o  tym  jak  to  zwyciężyliśmy  zdobywając  dla  Polski  nowe  ziemie . Na  jesieni , w  początkach  września  o  wybuchu  wojny  z  Niemcami  dowiedziałem  się  z  krzyczących  głośników  w  Szydłowcu . Głos  z  tuby krzyczał " Wojna ! Naszą  granicę  przekroczył  wróg !" .  Zawiozłem  belki  do  szkoły  w  Orońsku  i  wróciłem  do  Bryzgowa . Na  wsi  na  razie  był  spokój  , nie  było  widać  wojny  .
   Około  8-10 września  zostałem  najęty  do  pomocy  sąsiadowi  w  polu . Zaprzągłem  konia  do  wozu  i  ruszyłem  do  pracy  . Z  krzaków  wyszedł  nasz  żołnierz  i  chciał  mi  zabrać  konia . Ale  ja  się  postawiłem  . Na  to  on  że  zamieni  swojego  z  moim  , bo  jego  koń  jest  strasznie  zmęczony . Na  drugi dzień  przyszło  więcej  wojska  i  najęto  mnie  do  przewozu  amunicji  , oraz  owsa do  Zapniowa . Po  drodze  widziałem  masę  naszego  wojska ,sprzętu porzucanego  w  rowach . W  okolicy  Zapniowa usłyszałem  warkot  silnika  , a  potem  rozkaz " Lotnik !  Kryj  się  " . Samolot  z  czarnymi  krzyżami  przeleciał  strzelając  z  karabinów  na  drogę  . Za  chwilę  nadleciał  drugi  i    zrzucił  bomby  . Było  kilku  zabitych  i  rannych  żołnierzy . Kazano  mi  wyrzucić  owies  do  rowu  i  zabrać  rannych  na  wóz . Droga  co  rusz  była  zatarasowana i  do  Bryzgowa  dotarłem  dopiero  nad  ranem . W  domu  polscy  żołnierze  . Proszą  o  ubrania  cywilne i  coś  do  jedzenia  . Co  mieliśmy  to  się  rozdało  . Wyszedłem  za stodołę  i  zobaczyłem  oparte  o  odrzwia  karabiny  , ładownice z  pasami i  wiele  pomniejszego  sprzętu . Wziąłem  kilka  koców i  ukryłem  w  stodole  . Innych  rzeczy  bałem  się  zabierać , co  by  wojsko  po  to  nie  chciało  powrócić . Ludzie  z  Bryzgowa  i  okolic  brali  co  popadnie  i  później handlowali  tym  towarem . W  nocy słychać  było z okolic  Zapniowa  ostrzał  i  warkot  silników  . Niemcy  przejechali  przez  wieś  nie  zatrzymując  się  . W  tym  czasie  rozbite  jednostki  naszego  wojska  przebijały  się  z  okrążenia .
     Gdzieś  w  listopadzie  pojawił się  niewielki  oddział  Hubali . Żołnierze  przyjechali  po  mundury , amunicję  i  broń  schowaną  a  porzuconą  przez  naszych  . Major  krzyczał  że  jak  znajdzie  coś  wojskowego  w  obejściu  a  nie  oddanego  , to  skórę  wygarbuje . Poleciałem  wtedy  po  schowane  koce  i  przekazałem  na  wóz . Zebrano  kilka  furmanek  dobra , widziałem  nawet  trąbkę  wojskową  . Ludzie  wiedzieli  że  oddział  stacjonuje  gdzieś  w  okolicach  Mechlina  i  Gałek , spora  ilość  młodzieży  poszła  zapisać  się  do  wojska i  została  przyjęta . Byli  wśród  nich  moi  znajomi : Fidos , Skorupa , Szlufik , Słoń i Kasprzyk .Kilka  miesięcy  później  wrócili . Po  akcji  pacyfikacyjnej i  mordzie  w  Skłobach , Niemcy  systematycznie i skutecznie  wyszukiwali  dawnych  żołnierzy Hubali . Musieli  uciekać w inne  rejony  Polski .
   R.N. Czym  pan  zajmował  się  w  czasie  okupacji ?
   J.M.- " Trzeba  było  jakoś  żyć . Musiałem  pracować  dla  Niemca . W  pobliskim  Kochanowie  przesiewałem  szlakę  . Do  tej  pracy  zgłosił  się  również  mój  znajomy  , Kasprzyk , były  żołnierz  od  Hubali . Policja  jednak  szybko  go  aresztowała  , gdyż  posługiwał  się  własnymi  dokumentami . Bili  go strasznie . W  drodze  od  hałdy  szlaki  do  samochodu  upadał  kilkakrotnie ,  a  oni  go  kopali  i  bili  kolbami  karabinów . Takiego  skatowanego  przywieźli  do  matki  na  okazanie  czy  to  jej  syn  . Kobiecina  nie  wytrzymała widoku  potwornie  zmasakrowanego  syna  i  zmarła na  miejscu . Nie  wiem  co  dalej  stało  się  z Kasprzykiem . Mówiono  że  zabili  go  w  Końskich .
   W  ciągu  tych  lat  okupacyjnych  pracowałem  na  szlace  lub  w  lesie  . Miałem  wóz z  koniem  , to  czasem  coś  przewiozłem  i  jakoś  życie  szło . Po  1942 r, w okolicy zaczęło  się  mówić  o  partyzantach . Pojawiały  się  niewielkie  oddziały we  wsi  , większość  nocą  i  za  żywnością . W  1943 roku  odwiedziny  partyzanckie  nasiliły  się , widać  było  że  jest  ich  coraz  więcej .Co  to  były  za  oddziały ?  Nie  wiem  . Przy  jakichkolwiek  pytaniach  z  jakiego pochodzą  oddziału , dostawałem  pstryczka  i  odpowiedź  żebym  się  nie  interesował . Bywało  że  przychodziło  kilku  partyzantów  do  chałupy , najpierw  nas  zwymyślali o  szczekającego  psa , później  prosili  o  posiłek  , a  na  koniec  brali mnie  jako  podwodę  i  przewodnika . Od  czerwca  1943 do Listopada 1944 wielokrotnie  przewoziłem  i  przeprowadzałem  oddziały  partyzanckie  przez  okoliczne  lasy . Zdarzyło  się  jednego  wieczora  że  przybyło  do  nas  trzech  umundurowanych  i  uzbrojonych  ludzi . Nie  wiem  z  jakiego  byli  oddziału  . Kazali  sobie  dać  jeść , a  jeden  z  nich  popatrzył  na  moje  niedawno  wyfasowane  u  szewca  buty i  ruchem  głowy  nakazał  mi  je  ściągać . Nie dam  butów , nie  mam  innych . Oficer  powiedział  do  młodego  partyzanta  że  pozyskają  dla  niego  buty  na  Niemcach . Zjedli  resztki  ziemniaków  oraz  mleka  i  kazali  mi  szykować  wóz . " Zawieziesz nas  do  Długiej  Brzeziny  " .
   Była  ciemna i  mokra  listopadowa  noc . Powoli  leśnymi  duktami  dowiozłem  tych  trzech  partyzantów  do wsi . Na  skraju lasu  kazali  mi  czekać  aż  wrócą  . Poszli  w  noc , a  po  jakimś  czasie  usłyszałem  kilka  strzałów  i  ujadanie  psów . Przestraszyłem  się  że  wpadli  w  zasadzkę  i  odwróciłem  konia  aby  odjechać . Wypadli  biegiem z ciemności i  kazali  jechać  . Z  rozmowy  jaką  prowadzili  między  sobą  wywnioskowałem że  wykonali  wyrok  na  zdrajcy . Zawiozłem  ich  w  okolice Huciska ,a  tam  warty partyzanckie . Widać  było  że  jest  to  jakiś  większy  oddział . Usłyszałem  że  partyzanci  przechodzą  w okolice  Nowinek . W  ostatnim  czasie  pojawiło  się  w  okolicy  sporo  kawalerii  Kałmuckiej i  oddziałów  zmotoryzowanych  żandarmerii niemieckiej . Czasem  słychać  było  palbę ogniową  przez  kilka  godzin . W sobotę  wieczorem  pojawiło  się  u  nas  w  domu  kilku  partyzantów  . Szukali  towarzystwa dziewczyn  i  alkoholu . W  pobliskim Kochanowie odbywała  się  sobotnia zabawa w  prywatnym  domu . Pokazałem  im  drogę  i  wróciłem  do  domu . Było  już  prawie  widno  jak  obudziły  mnie  odgłosy  wystrzałów .  Przez  pole od  strony  Kochanowa  biegło  czterech  ludzi  , a  za  nimi  w  kilkusetmetrowej  odległości  pojawiły  się baniaste  hełmy  żandarmów . Partyzanci  pod  ostrzałem  z  kaemów  wpadli  do  Bryzgowa  . Jedna  z  kul  trafiła  uciekającego  w  brzuch  . Koledzy  wciągnęli  wyjącego rannego  w  krzaki  za  stodołą  z  których  po  pewnym  czasie  padł  pojedynczy strzał . Niemcy  już  otaczali wieś . Tamci  trzej  dopadli  do dużego  lasu  i  udało  im  się  uciec . Na  drodze  pojawiły  się  budy  i  motocykle  . Wywlekano  wszystkich  z  chałup  i  ustawiano  na  drodze . Od  strony  Długiej  Brzeziny  nadjechała  Kałmucka  kawaleria na  czele  z  oficerem  w  skórzanym  , czarnym  płaszczu i  na  siwym  koniu . Wydawał  rozkazy  po  rosyjsku i  nie  był  Kałmukiem . Kobiety  i  dzieci  zapędzono  do  stodoły  , skąd  słychać  było  płacz  , modlitwy i  krzyki -" spalą nas  !  spalą  o  Jezu  ratuj ! " . Nas  zaprowadzili  na  koniec  wsi  i  ustawili  wzdłuż  drogi . Na  przeciw  ulokowali  się  żołnierze  z  karabinem  maszynowym  . Podjechał  oficer  na  siwym  koniu  i  zakazał  strzelać . Poprowadzono  nas    w stronę  lasu  . Tam  na  dość  sporej  polanie  ustawiono  nas  w  dwuszeregu . Żandarmów było  kilku  , jeden  z  kałmuków  leżał  za  karabinem  maszynowym  , w którym  włożona  była  taśma  z  nabojami . Grupa  skośnookich żołnierzy  zeszła  z  koni  i  stanęła  na  skraju  polany . "
   R.N.      Czy  pomyślał  pan  wtedy że  to może być   egzekucja , że  to  już  koniec ?
    J.M.-  " Tak , tak  wtedy  myślałem . Trząsłem  się  nie  tylko  z  zimna . Ale  nagle  wszystko  się  zmieniło . Jeden  z  mężczyzn , niejaki  Matynia  podskoczył  do  leżącego  za  karabinem  żołnierza i  z  całej  siły  kopnął  go  w  podbródek , po  czym  wyrwał  z  kaemu taśmę  z  pociskami  i  pobiegł  w  las . Niemcy  osłupieli . Zaczęli  strzelać  z  pm-ów i  karabinów  typu  mauser , ale  Matynia  oraz  Feliks Herka  , który  zachował  się  przytomnie , śmigali  między  drzewami  jak  jelenie  . Zanim  Niemcy zapięli  z  powrotem  taśmę  do  kaemu  , nie  było  już  widać  uciekających . Na  odgłos  strzałów  przyjechał  na  koniu  dowódca  Kałmuków i  po  rozpoznaniu  sytuacji  wydał  nowe  rozkazy . Popędzili  nas  w  stronę  Nowinek .   Był  07.11.1944 r , późne  godziny  popołudniowe  , pędzono  nas  na kraniec  wsi   . Byłem  w  pierwszej  trójce gdy  poprowadzili  nas  za  stodołę , po  rozkazie  w  tył  zwrot  stałem  na  samym  końcu  szeregu . Za  plecami  miałem  stodołę  , z  boku  trochę  krzaków  a  przed  nami  rozciągały  się  pola  i  łąki . Kolejny  raz  zobaczyłem  Skórzany  płaszcz  na  siwym  koniu  . Podjechał  i  wydał  rozkaz  : " wsiech banditów  rozstrielać " !  Padła  długa  seria  z  karabinu  maszynowego  . Usłyszałem  krzyki   , straszny  gwałt , " ratunku ! , Jezu  ratuj ! I  bryzgająca  wokoło  krew  zachlapała  mnie  całego . Zwalił  się  na  mnie  zabity  Maciejewski , a  drugi  wyje  i  wierzga  przytrzymując  wnętrzności  . Leżę  i  jednym  okiem  oceniam  sytuację  . Przede mną  leży z  zamkniętymi  oczami mój  kolega Chmielowski . Nie  słychać  już  strzałów tylko  jęki  rannych  . Niemcy  podchodzą  i  z  bliska  dobijają  z  p-emów  jęczących ludzi . Krótkie  serie  , cisza i  znów  serie . W  tym  momencie  zerwał  się  z  ziemi Chmielowski  i  popędził  w  dolinkę  za  plecy  Niemców . Serie  z  p-emów  nie  trafiały  w  uciekającego  i  dopiero  seria  z  kaemu podcięła  uciekiniera . Kałmucy  dopadli  rannego  na  łące i  bagnetem  przeszyli  mu  szyję  . Ja  leżałem  nieruchomo udając  martwego . Słyszałem  jak  oprawca  podchodzi  , przeładowuje  i  trach.... Poczułem  jakby  piorun  uderzył  mnie  w  łokieć , trach.... i  znowu  szczypiący  ból  w  podudziu  , kolejne  dwa  strzały  i  straciłem  dwa  palce  u  stopy . Krew  spływa  i  kapie  z  przedramienia  , ale  nie  zwracam  na  to  uwagi . Czuję  jak  wyciągają  moją  kenkartę  z  kieszeni a  inni ściągają  mi  buty . Ból mnie  oszałamia  i  chyba  na  chwilę  straciłem  przytomność . Jest  już  całkiem  ciemno  i  pada  deszcz  ze  śniegiem  . Próbuję  powoli  wczołgać  się  pod  zabitego  , bo  trzęsę  się  cały  z  zimna  i  szoku , a  nie  chcę  zdradzić  się  że  żyję . Bezwładne  ciało  i  moja  słabość  nie  pozwala  mi  schować  się  pod  ciało . Bardzo  powoli  przesuwam  się  w  stronę  zarośli  po  lewej  stronie  stodoły . Zajęło  mi  to  około godzinę , a  Kałmucy  wciąż  kręcili  się  w  pobliżu  . Zacząłem  czołgać  się  w  stronę  zabudowań  ,  a  nie  w  stronę  lasu . W  ogrodzie jednego  z  domów  natknąłem  się  na  leżącego  człowieka . To  pan  Buchowicz , który  przyszedł  za  synem . Spytał  mnie  czy nie  wiem  gdzie  leży  jego  zabity  syn  . Widziałem  go  jak  zginął  . Buchowicz  pomógł  mi iść  podtrzymując  na  swoim  ramieniu . Po  jakimś  czasie  starszy  człowiek  nie  ma  już  siły  i  muszę  radzić  sobie  sam . Bólu  dużego  nie  czułem  , gorzej  bo  było  mi  zimno  i  od  wczoraj  nic  nie  jadłem . Tak  człapiąc  podeszliśmy  pod  Bryzgów . Pokazała  się  struga  . Nie  mając  sił  poprosiłem  Buchowicza  aby  przyprowadził  kogoś  żeby  mnie  zabrali .  Struga  prowadziła  do  studni  na  środku  wsi  ,i tą  drogą  poszedł  Buchowicz  po  pomoc . Po  drodze  , przy  stogu  siana  natknął  się  na  śpiącego  żandarma i  tak  się  przestraszył  , że  zaczął  uciekać  z  powrotem  . Rozległy  się  głosy , tupot  butów  i  światła  samochodów  . Jakbym  nic  nie  czuł  , zerwałem  się  i  pobiegłem  wzdłuż  strugi  w  stronę  lasu . W  pewnym  momencie  trafiam  na  przepływającą  rzeczkę  . Chcę  ją  przeskoczyć  i  wpadam do  wody . Nie  mam  siły  wybrnąć  z  torfowego  mułu . Nie  wiem  czy  straciłem  przytomność  , czy  zimna  woda  obudziła   i zmusiła  mnie  do  jeszcze  jednego  wysiłku . Wyczołgałem  się  jakoś  z  płytkiej  rzeczki  i  zaszyłem  w  pozostawiony w  pobliżu  skopek  siana . Do  dzisiaj  nie  wiem  ile  czasu  leżałem  zagrzebany  w  siano . Ciepło  spowodowało  że  zasypiałem  i  budziłem  się  . Głód jednak  tak  mi doskwierał  że  postanowiłem  dojść  do  Nowinek i  nawet  jakby  byli  tam  Niemcy  to  zgłosić  się . Byłem  tak zmęczony  i  wycieńczony  że  było  mi  już  wszystko  jedno . Zapukałem  w  pierwsze  okno  gdzie  blask  lampy  naftowej  odbijał  się  w  szybie . Mieszkańcy wciągnęli  mnie  do  środka  , umyli , nakarmili  i  przebrali  . Podobno  spałem  kilka  dni , po  których  zabrano  mnie  na  wóz  i  wieczorem  zawieziono  do  Bryzgowa  do  domu . Wiedziałem  że  nie  mogę  narażać rodziny  i  sąsiadów , Niemcy mieli  przecież  moją  kenkartę i  nie  znaleźli  mnie  wśród  zabitych . Wykopano  dla  mnie  bunkier  w  pobliżu  wsi , wyściełano  słomą  i  dbano  o to  bym  nie  był  głodny   . Tak  ukrywałem  się  do  18.01.1945 roku . Rozpoczęła  się  bitwa  w  Ruskim  Brodzie  a  w  terenie  zaczęli  pojawiać  się  Sowieci ."
   R.N. To  wszystko  jest  niesamowite . Historia  pańskiego  rozstrzelania  i to  jak  było  ciężko   żyć ,   jak  trzeba  było  walczyć  żeby  przeżyć  .  Panu  się  to  udało .
   J.M.  - " Tak  , wtedy  nie  zdawałem  sobie  ze  wszystkiego  sprawy  ,  ale  po  latach  zrozumiałem  , że  wtedy urodziłem  się  po  raz  drugi " .
   R.N.  Cieszę  się  że  pana  poznałem  , dziękuję  za  rozmowę  i  życzę  zdrowia .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Grudzień 10, 2012, 06:57:27
W  uzupełnieniu  relacji  pana  Józefa  Młodawskiego  wklejam  opracowanie  pana  Mariana  Głucha  na  temat  wydarzeń  z  tego  okresu .

  " Bitwa  Pod Nowinkami "
Od połowy lipca 1944 roku w ramach Planu "Burza" w lasach położonych na zachód od Przysuchy stacjonował partyzancki obóz warowny - zgrupowanie "Lasy Przysuskie". W skład zgrupowania wchodziły 25 pułk piechoty Armii Krajowej pod dowództwem majora Rudolfa Majewskiego, pseudonim "Roman Leśniak", w sile ok. 850 ludzi oraz 72 pułk piechoty Armii Krajowej, którym dowodził Wacław Niziński "Stefan" liczący 250 partyzantów.

Zgrupowanie w lasach przysuskich było najliczniejszym, liczącym ok. 1100 żołnierzy zgrupowaniem partyzantów, w tym okresie na ziemi radomskiej. Niemcy nie mogli pozwolić, by na zapleczu frontu (Armia Sowiecka dotarła już do Wisły) działało duże zgrupowanie partyzanckie, które napadałoby na niemieckie posterunki, niszczyło szlaki komunikacyjne, którymi dowożono zaopatrzenie dla armii III Rzeszy i likwidowało małe oddziały wroga.

Zgrupowanie AK "Lasy Przysuskie" w okresie prawie czteromiesięcznego istnienia stoczyło dziesiątki, a może setki bitew i potyczek, ja chcę przytoczyć jedną z nich - bitwę, czy jak niektórzy nazywają owe starcie, potyczkę pod Nowinkami. W listopadzie 1944 roku Niemcy przeprowadzili obławę przeciwko omawianemu zgrupowaniu AK. Doszło do walki z Niemcami pod wsią Huta, leżącą na zachód od Przysuchy. Partyzanci zostali otoczeni przez oddział Wehrmachtu, które zablokowały wszystkie drogi. Dowódca zgrupowania partyzanckiego postanowił wyrwać się z okrążenia i skierował oddział w kierunku południowym. Nocny marsz kolumny ubezpieczała licząca 80 żołnierzy grupa porucznika "Sędziwoja".

Rankiem 5 listopada główna kolumna zgrupowania dotarła do wsi Boków, obstawionej przez Niemców. Doszło do walki, w której partyzanci ponieśli znaczne straty, a wieś została spalona.

W nocnych ciemnościach kolumna ubezpieczeniowa porucznika "Sędziwoja" utraciła kontakt z kolumną marszową głównego zgrupowania i do Bokowa nie dotarła. Porucznik "Sędziwoj" postanowił przeczekać dzień 5 listopada w lesie. Nocą z 5 na 6 listopada dotarł z oddziałem do wsi Nowinki i tu postanowił zatrzymać się, by poszukać kontaktu z głównym zgrupowaniem partyzanckim.

Oto jeden z opisów Eugeniusza Wawrzyniaka zawarty w pracy: "O Panie, skrusz ten miecz": "Wstał zaszroniony świt 7 listopada 1944 roku. Wieś budziła się porykiwaniem głodnego bydła. Dzień ten miał na zawsze pozostać w pamięci tych, którzy go przeżyli. Zbliżało się południe. Drogą biegnącą od Bryzgowa na Kochanów sunęła konna kolumna około 300 ludzi stanowiąca dywizjon renegackiej formacji Kalmuken Verband nazywaną przez miejscową ludność "kałmucką kawalerią", która cieszyła się bardzo złą sławę wśród okolicznych społeczności. Dowódcą dywizjonu był Szandzi Mukiebanow, kruczowłosy krępy mężczyzna, znany sadysta wyżywający się na schwytanych jeńcach i w akcjach odwetowych na cywilnej ludności. Tego dnia po przeczesaniu lasów borkowickich zdążał do wsi Skłoby. Towarzyszył mu Indrzyjew Bodma vel Chodrzigarow, równie słynny z okrucieństwa oraz Normajew Mandrzi - specjalista od "dobijania rannych". Około godziny 13.30 czoło kolumny osiągnęło Kochanów. Napotkanego tam przypadkowo szmuglera zapytali o najkrótszą drogę na Skłoby. Ten wska zał trakt prowadzący przez Nowinki, nie wiedząc, że kwaterują tam partyzanci. Oddział Mukiebanowa ostro skręcił we wskazanym kierunku. Dochodziła godzina 14-ta, gdy partyzanckie posterunki spostrzegły podchodzące pod wieś ubezpieczenie wroga. Padły pierwsze strzały, kilka domostw stanęło w płomieniach. W całej wsi wśród mieszkańców zapanowała atmosfera ogólnej trwogi. Sznur kolumny nieprzyjaciela rozciągniętej od Kochanowa aż po Rusinów długości około kilometra, natychmiast rozsypał się w tyralierę i szeroką ławą, wprost z marszu atakował wieś."

Grupa Sędziwoja - około 80 ludzi - miała stawić czoło świetnie uzbrojonemu dywizjonowi liczącemu ponad 300 rozbestwionych żołdaków. Porucznik Sędziwoj rozdzielił swój oddział na dwie grupy i nakazał przebijać się w dwu przeciwnych kierunkach. Nad jedną z nich sam objął osobiste dowodzenie. Drugą zaś powierzył podporucznikowi "Gardzie".

Gdy grupa podporucznika "Gardy" przebijała się przez pierścień obławy, ludzie porucznika "Sędziwoja", ubezpieczając się od czoła bronią maszynową, ruszyła ostrożnie w kierunku południowo-zachodnim czołgając się na skraj zagajnika przy drodze biegnącej do Niekłania w pobliżu zabudowań gajowego Stopy. Nagle wpadli w morderczy ogień ukrytego w zagajniku wroga. W starciu z Mongołami poległ porucznik "Sędziwoj" i kilku jego żołnierzy, między innymi Stefan Białowiejski "Jeremi", Adam Oko "Jeleń", Hubert Słupek "Wir" i nieznany z nazwiska "Pchełka". Po stronie przeciwnej zginęło około 20 Mongołów, wielu zaś zostało rannych .
W odwecie za śmierć swoich żołnierzy Mukiebanow zamordował 27 mężczyzn - mieszkańców Bryzgowa i okolic. Miejscem mordu był plac na skraju wsi Nowinki, gdzie obecnie stoi pomnik pomordowanych. Na dzień 7 listopada 1944 roku przepadała 27 rocznica rewolucji październikowej - stąd moim zdaniem - nie przypadkiem, lecz dla uczczenia tego jubileuszu Mukiebanow wybrał właśnie taką liczbę osób do zamordowania. Ponadto zatrzymanyc zostało 20 mieszkańców Nowinek, którzy mieli być zamordowani, lecz w ostatniej chwili przybył goniec z rozkazem przerwania egzekucji. Grupę tych mężczyzn z Nowinek przeprowadzono na plebanię w Nadolnej. Następnego dnia cześć z nich została zwolniona, pozostali zaś zostali wywiezieni na roboty do Rzeszy.

Chcę przytoczyć wspomnienia mojego imiennika - Mariana Głucha, mieszkańca Stefankowa, które zawarł w niezwykle cennej książce, którą współtworzył, zatytułowanej "Stefanków - nasza mała ojczyzna": "Latem i jesienią 1944 roku Niemcy robili umocnienia obronne wzdłuż drogi między Chlewiskami a Rzucowem. Do prac przy kopaniu okopów zmuszali miejscową ludność. Każdego dnia sołtysi wyznaczali osoby, które miały iść do kopania. Uchylanie się od tego nakazu mogło skutkować wywiezieniem do obozu koncentracyjnego. 7 listopada wielu mieszkańców pobliskich wsi było przy pracach na okopach. Przed wieczorem powracali oni do swoich domów. Kałmucy zatrzymywali młode kobiety, które następnie gwałcili. Jedną z nich była Anna Młodawska z domu Madej, mieszkanka Kochanowa, która gwałcona wielokrotnie zmarła. W prowadzonej do Ruskiego Brodu grupie mieszkańców Nowinek był Wincenty Moczek, który z powodu przepukliny nie mógł iść. Kałmucy posadzili go na konia, a gdy spadł z niego, Mongoł zastrzelił go. Stało się to na drodze Nadolna-Stefanków, tu gdzie obecnie jest przystanek autobusowy".

W kilka lat po wojnie (na początku lat pięćdziesiątych) do gminy Chlewiska przybyli przedstawiciele okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich z Kielc celem zebrania dowodów ludobójstwa dokonanego na ludności przez Kałmucki Korpus Kawaleryjski". Okazało się, że Szandzi Mukiebanow przeżył wojnę i jest obywatelem Związku Radzieckiego pod zmienionym nazwiskiem. Myślę, że spotkała go zasłużona kara, tak jak i jego żołnierzy, którzy dostali się do niewoli.

Poległych w dniu 7 listopada żołnierzy 25 Pułk Piechoty Armii Krajowej, z inicjatywy księdza Czesława Dąbrowskiego - ówczesnego proboszcza parafii Nadolana - wiosną roku 1945 ekshumowano na podległy mu cmentarz parafialny. Ich prochy spoczywają we wspólnej kwaterze z poległymi 8 września 1939 roku w lesie rzucowskim żołnierzami południowego zgrupowania Armii "Prusy". Tam również leży pochowany hubalczyk Stanisław Dziedzic, który poległ w boju z Niemcami pod Huciskiem.

W miesiąc po bitwie zgrupowania partyzanckiego z Kałmukami - 8 grudnia 1944 roku - Niemcy przeprowadzili ostatnią obławę na Stefanków, Skłoby i Nadolną, szukając do pracy w Rzeszy młodych mężczyzn.

Zbliżał się styczeń 1945 roku, który przyniósł wyzwolenie naszych ziem spod okupacji. Na naszym terenie rozegrało się wówczas jedno z większych starć - bitwa pod Ruskim Brodem.


Marian Głuch

[zacytowałem obszerne fragmenty opracowania Mariana Głucha zawarte w biuletynie informacyjnym Urzędu Gminy w Borkowicach: Wieści Spod Krakowej Góry, nr 21 i 23, 2010. Fotografie pochodzą również z tego opracowania]



Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: kudłaty Grudzień 21, 2012, 09:05:50
Razem  z  Pavelockiem , jesteśmy  w  trakcie  poszukiwania na  zlecenie rodziny ,  miejsca  pochówku  dwóch  partyzantów , którzy   zginęli podczas  tej  akcji . Wiadomo  że  ciała zostały  przewiezione  przez  okolicznych  chłopów z  miejsca  bitwy i  ukryte  na  jednym  z  okolicznych  cmentarzy . Jest  już  ślad , kilka  relacji  świadków i  być  może  jeszcze  do  końca  roku  uda  się  nam  zlokalizować  groby .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Luty 15, 2013, 17:26:56
W  końcu  udało  się  ustalić  miejsce  spoczynku  partyzanta . W  obecnej  chwili  opracowuję  artykuł  z  tej  sprawy . Mam  nadzieję  że  niedługo  tu  zagości


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Luty 24, 2013, 15:02:40
Część  I.
                                            "Poszukiwanie  Brzozowego  Krzyża"

   Charakter  mojej  pracy  polega  na  częstych  wyjazdach w  teren oraz na  bezpośrednim kontakcie  z  mieszkańcami  miasteczek , osiedli  i  wiosek . Czasem po  wygranym  kontrakcie przebywam  w  takich  miejscach przez   wiele  miesięcy . Poznaję  wiele  osób  , zyskuję  wielu przyjaciół   a  przyjaźnie te trwają      długie  lata . Oczywiście  przy  takich  okazjach  wypytuję  miejscowych  o  historię , zdarzenia , legendy i  ciekawostki związane  z  tym  rejonem . Opowieści  jest  wiele  , dużo  ciekawych , więcej  kolorowych , ale  zdarzają  się  naprawdę  perełki . Spisuję  prawie  wszystkie  relacje , ale  najbardziej  lubię  te , opowiedziane  przez  bezpośrednich  uczestników  zdarzeń  . Zbieram  te  materiały  i  przechowuję  na  wypadek  sięgnięcia  do  nich  kiedy  zajdzie  potrzeba . W większości ,  świadkowie historycznych  relacji  spisanych  przeze mnie  w  latach  80-tych  i  90-tych , już  odeszli . To  co  pozostało  spisane  jest  w  tym  wypadku  bardziej  cenne .
   Moje  małe  archiwum  okazało się  przydatne  w  połowie  roku  2012 . Koordynator programu "Korzenie" przy  Fundacji  Kronenbergów pan  Łukasz  Wiliński  z  Gdańska  zadzwonił  do  mnie z  pytaniem  czy  nie  podjąłbym  się  odszukania  miejsca  pochówku  pewnego partyzanta ? Z  ważnych  wiadomości  na  temat  tego  człowieka  wiadomo  było  tylko  że  nazywał  się  Wojciech  Leopold  Kronenberg , zginął  w  okolicach  lasów  przysuskich  w  listopadzie  1944 r. jako  żołnierz  partyzantki  o  pseudonimie  "Kicki" . Pomimo  niewielu  szczegółów  podanych  mi  przez  pana Wilińskiego , zdecydowałem  się   że  spróbuję .  Z  informacji  , które  otrzymałem  od  pana  Wilińskiego  wynikało  również  , że  w  miejscu  śmierci  "Kickiego" i jego przyjaciela "Zeusa" stoją  dwa  brzozowe  krzyże . Informacje  takie  uzyskał  kilkanaście  lat  temu  od  jednego  z  weteranów  . Krzyże  miały  stać  w  okolicach  Bokowa i  miały  być  w  nienajlepszym  stanie .Wówczas  nikt  się  tym  nie  interesował . Postanowiłem  odszukać  te  brzozowe   krzyże .
   Zacząłem  jak  zawsze  od  sprawdzenia  swojego archiwum . Data  śmierci i okolice zdarzenia  nasunęły  przypuszczenia  że "Kicki"  zginął w  "Wielkiej  Obławie  Kałmuckiej " lub  późniejszej  operacji  "Leśny  Kocur ". Obie  niemieckie  akcje  przeprowadzone  zostały  jedna  po  drugiej  i  dotyczyła  terenów  lasów  przysuskich . Podczas tych  operacji  w  miejscu  zdarzeń działało kilka  jednostek  partyzanckich . 72 pp AK Ziemi  Radomskiej  pod  dowództwem  mjr-a Wacława Wyzińskiego  " Stefan" , 25 pp AK Ziemi  Piotrkowskiej  pod  dowództwem  mjr-a Rudolfa  Majewskiego  " Leśniak" , 3 pp leg.AK pod  dowództwem  kapitana  Antoniego Hedy " Szary" . Przeglądając  składy  osobowe  tych  oddziałów  odnalazłem  strzelca Wojciecha Kronenberga ps."Kicki" w  25 pp AK  . W  międzyczasie  próbowałem  ustalić  coś  więcej  na  temat  " mojego "  partyzanta . Przeglądałem  strony  internetowe , książki  i rozpytywałem  ludzi  zajmujących  się  zagadnieniami  historycznymi  regionu . Pan Robert Fidos - wójt Gminy Borkowice , Lech Madej z Ruskiego Brodu , Marian Głuch - regionalista , to  ludzie  z którymi  współpracowałem  podczas  tej  sprawy .
    Okazało  się  że  Wojciech  Kronenberg to  potomek  sławnego  rodu  Kronenbergów , finansistów i  wielkich  patriotów Polskich .
 Pradziadek  Wojciecha ,  Leopold   Stanisław  Kronenberg  był  pochodzenia  żydowskiego  , przechrzcił  się  na  wiarę  protestancką wyznania  ewangelicko-reformowanego w  połowie  XIX  wieku . Był  wielkim  finansistą i bankierem  został wpisany na listę kupców warszawskich. Zakres jego działalności gospodarczej obejmował wiele dziedzin. Doprowadził  do inwestowania w  Polsce   kapitału francuskiego . Założył Bank Handlowy  z  siedzibą  w  Warszawie i  jako firma kredytował inwestycje w  przemyśle  i rolnictwie. Otworzył w Warszawie wielką fabrykę tytoniu, zatrudniającą 700 robotników , otworzył Szkołę  Handlową , inwestował w transport kolejowy finansując budowę Kolei Nadwiślańskiej .
Był członkiem Komisji Umorzenia Długu Krajowego, Rady Przemysłowej Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych i Duchownych Królestwa Polskiego. Wydawał  również  Gazetę Codzienną  z zatrudnionym  redaktorem  naczelnym Józefem Ignacym Kraszewskim . Leopold Kronenberg zbudował w latach 1868-1871 w Warszawie przy pl. Ewangelickim (obecny pl. Małachowskiego) Pałac Kronenbergów , który spłonął we wrześniu 1939 i został rozebrany w latach sześćdziesiątych XX wieku. Działalność polityczna Leopolda  Kronenberga nie  kończyła  się  na  obserwacji  i  przytakiwaniu  ówczesnemu  okupantowi  carskiemu . Był  zwolennikiem  mediacji , a  gdy  te  zawiodły  i  wybuchło  Powstanie  Styczniowe   , nie  odwrócił  się  od  Polski  , finansując   działania  Powstańców .  Po upadku  powstania zrezygnował z aktywniejszych form działalności politycznej.( z  wiadomości Wikipedii).


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Luty 24, 2013, 21:32:21
cz.II
   Czy  mając  takiego  przodka  w  rodzie  młody  Kronenberg  mógł  czekać na  rozwój  wypadków ?  Nie  czekał  , wstąpił  do  organizacji  podziemnej  , prawdopodobnie  do  Armii Krajowej . Nie  znany  jest  przebieg  służby  ani  w  jaki  sposób  dostał  się  do  25 pp AK Ziemi  Piotrkowskiej . Pomimo  moich  usilnych  zabiegów  , nie  udało  mi  się  ustalić  za  wiele  z  życia Wojciecha . Urodził  się  w 1920 roku . W czasie  okupacji  ukończył  Wyższą  Szkołę  Agrarną na  Tajnych  kompletach . Przed  wojną  brał  udział  w  zawodach  hippicznych ( fotografia z Ciechocinka z 1938 r , nie  dostępna  do  publikacji ) . W  partyzantce  walczył  jako  amunicyjny-taśmowy w kompanii c-km p.por. "Bohuna" -Bolesława Turkiewicza . W  pamiętnikach  Eugeniusza  Wawrzyniaka " O  Panie  skrusz  ten  miecz " znajduje się informacja  że "Kicki" walczył  w  kompanii nr.2 Wichury . Nie  ma  to  potwierdzenia  w  innych  przekazach . W  książce Andrzeja Żora " Kronenberg-Dzieje Fortuny , autor  podaje  że  młody Kronenberg walczył  pod pseudonimem  "Lotek" - ta  informacja  również  nie  ma  potwierdzenia w  innych  publikacjach .
   Ojciec  Wojciecha ,  Leopold Jan Kronenberg - rotmistrz rezerwy  kawalerii , pracował  w konspiracji w Delegaturze Rządu  na  kraj  - Państwowy Korpus Bezpieczeństwa miasta stołecznego Warszawy , Okręg Warszawski Armii Krajowej - Kwatermistrzostwo - Centralny  Zapas  Koni .  Matka  , Wanda de Montalto  zginęła  w pierwszych  dniach  wojny po  zbombardowaniu  kamienicy  przy ul.Moniuszki 2 .
    Siostra  , również  Wanda  ur.1922 roku  została  zatrzymana  przez  oddział  powstańców  z  dokumentami  Gestapo  Warszawskiego i  po  wyroku  sądu  wojennego  rozstrzelana . Okoliczności  jej  zatrzymania  i  śmierci  nie  końca  są  jasne . W  pamiętnikach  partyzanta Konrada Leśniewskiego st.strz. " Orlika " ,znalazłem  uwagę  iż Wanda  pracowała  dla  kontrwywiadu  AK  i  mogła  mieć  przy  sobie  dokumenty  z  Gestapo . Niestety  w  warunkach  Powstania  nie było możliwe    ustalenie  takich  faktów  i  dziewczyna  zginęła  z  rąk  "swoich" . Agnieszka Rybak w artykule  z 27.02.2010 w Rzeczpospolitej pt." Trzeźwy bankier , pijany rechot historii" cytuje stwierdzenie  Kazimierza Leskiego z  książki " Życie  niewłaściwie urozmaicone" - " Współpraca  Wandy Kronenberg z Niemcami w  Warszawie była wtedy  tajemnicą  poliszynela . AK wydała na  dziewczynę  wyrok śmierci . Pierwsza próba  była  nieudana . Wanda  zorientowała się  co  jej  grozi , i  uniknęła  zasadzki . Żyła jeszcze  kilka  miesięcy . Wyrok  wykonano  w  pierwszych  dniach Powstania  Warszawskiego . Młoda kobieta  pomagająca przy  wynoszeniu  rannych  z  budynku  komendy  straży  ogniowej wzbudziła  podejrzenie , bo  na  pytanie z  jakiego  jest  oddziału , wymigiwała  się  od  odpowiedzi . W  jej  torebce  znaleziono legitymację agenta  Gestapo na  nazwisko  " Wanda von  Kronenberg " . Zastrzelił  ją  Władysław Abramowicz , dowódca  II rejonu  Obwodu Śródmieście AK.  Autor  udowadnia  swoją  tezę  publikując relacje Adama Steinborna , podwójnego agenta , pracującego  dla  Polskiego  kontrwywiadu . Nawiązał  on  kontakt  z  oficerem  SS dr.Ernestem Kahem w  celu  zdobycia  ważnych  informacji  wywiadowczych dla  AK  . Podczas  jednego  ze  spotkań  , Kah  zwrócił  się  do  Steinborna  z  dziwną  prośbą o  zabranie  z  jego  mieszkania  koperty  zawierającej  informacje , które  nie  powinny  znaleźć  się  w  nie  powołanych  rękach . Steinborn  przejął  i  sfotografował  te  dokumenty . W  kopercie  znajdowała  się  korespondencja  z  wiedeńską  hrabiną , oraz  meldunki  Wandy  Kronenberg dla  doktora  Kaha . W  meldunkach  Kronenbergówny  znajdowały  się  bardzo  ogólnikowe  informacje  na temat  zgrupowań  partyzanckich , miejscach  ukrycia  broni , itd. Po  sprawdzeniu  tych  wiadomości  przez  wywiad  AK  stwierdzono  że  nie  pokrywały  się  z  rzeczywistością . W  kopercie  znajdowały  się  również  potwierdzenia  korzyści  majątkowych jakie  uzyskiwał  doktor  Kah od  " wiedeńskiej  Hrabiny " . Według  Leskiego  cała  ta  historia  pachniała  prowokacją i  była  mocno  podejrzana . Coś  za  ładnie  wszystko  się  układało,   a   współpraca  Wandy  z  Niemcami , nie  wiadomo  na  czym  polegała  i  jaki  miała  sens .
fot:Na  zdjęciu ojciec  Wojciecha Leopold Jan Kronenberg .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Luty 25, 2013, 18:10:36
cz.III .

Nigdy  nie  ustalono  szczegółów  tej  współpracy . Może  była  to  zorganizowana  przez  Niemców  akcja drążenia  podziemia Polskiego . Niemcy  mieli  rozbudowaną  siatkę  agenturalną  w  różnych  kręgach AK , byli  to  ludzie  świadomi  i  nieświadomi  współpracy  z  wrogiem . Przez  prowokację  z  Wandą  chcieli  przekonać  się  gdzie  odezwie  się  echo  całej  sprawy . Steinborn  dostał  polecenie sondowania  sprawy  Wandy , równocześnie  prowadzić  dalej  grę  wywiadowczą  z  Kahem . W  pewnym  momencie  Steiborn  zagrał  w  otwarte  karty  z  dr.Kahem . Spytał  w  jakiej  roli  występuje  tutaj  Wanda  ?  I  dlaczego  Kah  przyjmuje  spreparowane  przez  Podziemie Polskie  materiały  . Nie  udało  się  uzyskać odpowiedzi  na  te  pytania  gdyż  dr.Kah  został  przeniesiony  służbowo  do  Wrocławia . Wszelkie  kontakty  z dr. Kanem zostały przerwane.
    W  innej  relacji pani  Heleny  Kowalik w  publikacji  " Dorobkiewicz  fortuny i  uznania "  można  znaleźć informacje : " Dramatyczny , jak  z  greckiej  tragedii los dotknął 21-letnią  Wandę , córkę  Leopolda Jana . Podczas  okupacji  pracowała  jako  urzędniczka w Gestapo w Alei Szucha , jednocześnie będąc zaprzysiężoną  łączniczką  AK. W siedzibie Gestapo zobaczył Wandę  jeden z więźniów i zapamiętał  tę  ładną  twarz . Gdy  ponownie  natknął  się  na  Wandę  w  Powstaniu , był  przekonany że  ma  przed  sobą  wroga  w przebraniu . Bez  chwili  zastanowienia  zastrzelił  ją  . " W  relacji  autorka  nie  podaje  pseudonimu  i  nazwiska  tego  człowieka .
   Czy  była  agentką  ?   Dla  kogo  tak  naprawdę  pracowała ?  . Do  końca  nie  wiadomo . W  Documents from  the  State Archive of  New Records regarding the  Warsaw Ghetto - Wanda określona  została  jednoznacznie  jako  agent  Gestapo .
   A  Wojciech  ?  Kiedy  wstąpił  do  AK ?  Jak  dostał  się  do  partyzantki ?  Nie  mam  na  ten  temat  żadnych  wiadomości . Mogę  przypuszczać  tylko  że  wydostał  się  z  płonącej  Warszawy  i  dotarł  do Kampinosu do   oddziału por. Adolfa Pilcha "Góra ", "Dolina".  Z  Puszczy  Kampinoskiej dotarł  do  Górek  Niemojewskich . Mógł  również  dotrzeć  do  oddziału  z  grupą  wachmistrza "Wira" , lub  podchorążego "Kłosa" , którym  udało  się  przedostać  w  ten  rejon  pod  koniec  października 1944 roku i  dołączyć  do  25 pp AK .
   Wracając  do  poszukiwań , trafiłem  na  pamiętnik  st.strzelca  "Orlika " , Konrada Leśniewskiego ( którego  przytaczałem  wcześniej ) , w którym to  pamiętniku znalazłem  kilka  słów  wzmianki  o  Wojciechu  Kronenbergu - cytat  z  pamiętnika :
   "  W bitwie, którą opisuję brało też udział trzech jego kolegów żydów. Jeden z nich miał pseudonim "Zeus", drugi "Znicz" a trzeci "Kicki". Ten trzeci był wnukiem przechrzty, barona Leopolda Kronenberga, wielkiego polskiego patrioty . Dlaczego o tym piszę? Z ostatniej mojej rozmowy z panem Libermanem, wynika, że wyznaje on pogląd, iż Polacy na Kresach żydów wspierali zaś w centralnej Polsce byli źle do nich nastawieni i w czasie wojny zdarzało się , że ich zabijali. Wspomniał mi o przypadkach zabijania żydów nawet podczas powstania warszawskiego. Odpowiem na to słowami Konrada Leśniewskiego, który twierdzi, że po wojnie dowiedział się, iż siostra Kronenberga "Kickiego", która rzekomo w czasie wojny miała uciec przez Szwajcarię do USA (tak im mówił sam Wojciech Kronenberg) została złapana podczas powstania warszawskiego z papierami agentki niemieckiej i na podstawie wyroku Sądu polowego rozstrzelana. Dla Konrada i jego kolegów była to wieść straszliwa, przygnębiająca. Część chłopaków, jak mówi Konrad, przyjęła ją z niedowierzaniem. A jak tam naprawdę było po co ona miała te papiery i czy to w ogóle jest prawda - Konrad do dziś nie wie. Pan Konrad Leśniewski, mówi, że gdy po wielu latach odwiedził wieś Nowinki koło Końskich ze zdziwieniem zauważył na cmentarzu katolickim grób Wojciecha Kronenberga i "Zeusa" - Polacy jakoś zorientowali się, że byli oni przyjaciółmi i uznali, że należy pochować  ich razem. Zginęli w akcji pod Bokowem. Chociaż Wojciech Kronenberg był wnukiem przechrzty i miał dwie ojczyzny, to jednak bardziej uważał się za żyda niż Polaka."
Foto: Leopold Jan Kronenberg - ostatni  z  rodu - zdjęcie z lat  60-tych w USA.( foto z publikacji Dzieje fortuny )
Foto: Kaplica  grobowa  rodziny  Kronenbergów ( album  rodzinny -publikacja Citi bank)


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: xexe Luty 25, 2013, 23:01:53
^^

Nic tylko  <szacun> ^^


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Luty 26, 2013, 06:45:45
cz.IV
   Pan  Leśniewski  nie  do  końca  wyciągnął  słuszne  wnioski z  zasłyszanych  wiadomości . Wojciech  nie  miał  dwóch  ojczyzn , nie  uważał  się  bardziej  za  żyda  niż  Polaka . Mylne  wnioski  mogli  wyciągnąć  ci  którzy  wiedzieli  o  jego  wyznaniu  - ewangelicko-reformowanym.
Pewnie  ciężko  mu  było  składać  przysięgę  skonstruowaną  dla  Katolików wyznania  Rzymskokatolickiego . Uznawany  za  innowiercę  zaprzyjaźnił  się  z  pchor. "Zeusem" ( H.Wojarski  ) , pochodzenia  żydowskiego -zginął  pod  Bokowem 05.11.1944, oraz  z  kpr. "Zniczem" (   nie  ustalono  nazwiska ) , pochodzenia  żydowskiego - zginął 26.09.1944 r pod Stefanowem.
   Wracam  do  poszukiwań  mogiły . " Orlik " w  swoich  pamiętnikach  pisze  o  cmentarzu  w  Nowinkach  i  zdziwieniu  że  partyzanci  żydowskiego  pochodzenia  leżą  na  katolickim  cmentarzu . Otóż  sprawdziłem  osobiście  wszystkie  miejsca  , wydarzenia  , księgi  parafialne w  Borkowicach  , Nadolnej , Ruskim Brodzie . Żadnego  śladu . Cmentarz  w  Nowinkach  nigdy  nie  istniał  i  nie  ma  tam  żadnej  mogiły . Owszem  jest  pomnik  zamordowanych  podczas  akcji  pacyfikacyjnej 27 mieszkańców okolicznych  wsi . Ale  zostali  oni  pochowani  w Borkowicach  i  Nadolnej . Ludzie  ci  zginęli  07.11.1944 r, a  więc  2  dni  po  tragedii  Bokowskiej . Pierwsza  myśl to  taka  iż  chłopi  przewieźli  wozem  ciała  dwóch  zabitych  partyzantów  i  pochowali  ich  w  zbiorowej  mogile  z  zamordowanymi  w  Nowinkach . Niestety  to  był  fałszywy  ślad . I  znowu  wszystko  od  początku  .
 Wiedziałem  już  że  zginął  pod  Bokowem 05.11.1944 r , według  relacji  mieszkanki  wsi  Zychy pani Marianny Pałki : "  W  gajówce  proszę  pana  leżały  ciężej  ranne partyzanty , jak  Niemce zaczęły  strzelać  to  widziałam  jak  jedna  dziewczyna  pomaga  rannemu  w  głowę  ( opatrunek )  uciekać  do  lasu . Za  nimi  wlókł  się  jeszcze  jeden  też  z  białą  chustą  na  głowie .  Ale  nie  zdążyły  do  tego  lasu  , ino ten  z  tyłu  przewrócił  się  do  przodu , a  dziewczyna i  ten  pierwszy  upadły  na  skraju  lasu . Gajówka  już  się  paliła , a  oni  tam  w  środku  spalone  panie  żywcem ".  Czy  mógł  to  być  " Kicki "  i  " Zeus " ?
   Według  innej  relacji  świadka  zdarzenia ( z  książki  Dzieje 25 pp AK ) : " Niebawem  we  wsi  pozostała  tylko  kompania  "Bohuna" . Trzeba  przyznać  , że  dowódca  nie  stracił  głowy i  nadzwyczaj  zręcznie  wycofał  się  ze  wsi , mimo  że  jego  kompania  miała  co  dźwigać i  ostrzeliwując  się  dotarła  do  lasu . Przypłaciła  to  jednak  dwoma  zabitymi -"Kicki" Wojciech  Kronenberg i  jeden  żołnierz  NN. Kilku  rannymi  jak  "Zeus" -Henryk  Wojarski, "Piast" J.Marzecki . "  "Zeus  "  prawdopodobnie  zmarł  od  ran  .
   Kolejny fragment  relacji  - Henryk  Woźniak  "Bystry" 4 komp."Groma" .
"Po  pewnym  czasie  znowu  zapadłem  w  sen - omdlenie . Gdy  odzyskałem  przytomność stwierdziłem  , że  jestem  w  dość  obszernej  piwnicy z kilkoma  ciężko rannymi  kolegami . Nad  nami  czuwały  dwie  sanitariuszki "Roma " i  moja  sympatia  "Maryla" , która  zmieniła  mi  opatrunek , a  przede  wszystkim  zmyła  zakrzepłą  krew . Poczułem  się  lepiej . Niedługo  potem  usłyszeliśmy  dobiegające  wystrzały . Stawały  się  one  coraz  bliższe . Wtedy  "Maryla"  przykucnęła przy  mnie  i  cicho  powiedziała :
Niemcy  zaatakowali  Boków , zaczynają  nas  otaczać , musimy  stąd  natychmiast  uciekać .
A  inni ?  - pytam .
Ich  nie  zdążymy  już  ewakuować  , oni  nie  mogą  chodzić  , a  ty  możesz . Zresztą  zostaje  przy  nich  "Roma".
Poszeptała z nią  jeszcze  i  dźwignęła  mnie  pod  ramiona , a potem  wytaszczyła  przed  gajówkę  , która  usytuowana  była  w  pobliżu  lasu  za  wsią  Boków . Tuż  przed  skrajem  lasu  , za  którym  przegrupowywały  się  nasze  plutony , poczułem  w  łydce  piekący  ból . Zostałem  znowu  ranny . "Maryla" jęknęła  : - O  Boże ! Jeszcze  tego  brakowało ! Wyciągnęła  prowizoryczny  opatrunek , zatamowała  krew i  opatrzyła  ranę . Ruszyliśmy  dalej  , czołgając  się  do  swoich  ." Prawdopodobnie  to  uciekającego  "Bystrego" i  "Marylę"  widziała  pani  Marianna .
 fot.przedstawia 14 -letniego Wojciecha Kronenberga - ( z ksiażki dzieje Fortuny ) cdn....


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Luty 26, 2013, 21:50:20
cz.V
   Wracam  do  poszukiwań  mogiły  .  Dotychczasowe  badania , wysłuchanie  wielu  hipotez  dotyczących  miejsca  pochowania  "mojego"  partyzanta , nie  przyniosły  rezultatów . Przy  okazji  służbowej  wizyty  w  Urzędzie  Gminy  Borkowice  , spotkałem  się  z  Wójtem panem  Robertem  Fidosem . Okazało  się  że  łączy  nas  wspólna  pasja  - historia . Przedstawiłem  mu  obraz  sytuacji  dotyczący  poszukiwań  grobu  Kronenberga  . Podczas  dyskusji  narodził  się  pewien  pomysł  , aby  rozszerzyć  teren  poszukiwań  o  inne  parafie  w  których  znajdują  się  cmentarze .
Kilka  prób  spełzło  na  niczym , sprawdziłem  Parafie w  Gielniowie , Mroczkowie Gościnnym , Smogorzowie , Gowarczowie i  trafiłem  ".. w  parafii pod wezwaniem  Św.Wawrzyńca w  Niekłaniu  Wielkim .
   Jeszcze  jedna  relacja  świadka  z  Bokowa  z  05.11.1944 - Jerzy Marzecki "Piast" 1 kompania  ckm "Bohuna" .
"Nie  zdążyliśmy nawet  opuścić   swoich  stanowisk , gdy  od  strony lasu z  kierunku  wschodniego  runęła  lawina  ognia . Nacierały  duże  niemieckie  siły  rażąc  nas  ogniem  ukrytych  w  zaroślach i krzakach  karabinów  maszynowych , granatników itp. W chwilę potem  zobaczyliśmy  rozwijającą  się  tyralierę  niemiecką . Dostaliśmy  rozkaz  otworzenia  ognia. Amunicji  mieliśmy  dość  , ale  mimo  wszystko  strzelaliśmy  z  umiarem . Wkrótce  dotarła  do  nas  wiadomość po  linii  od  ppor."Bohuna" , że  prawie cały  pułk  wycofał  się  ze  wsi  do  lasu ,  a  z  tej  strony wsi pozostaliśmy  tylko  my , z nacierającymi  teraz  na  nas  z  dwóch  stron  Niemcami - od strony  północnej i  południowej . Ppor" Bohun" podjął  szybko  dość  ryzykowną  , ale  jedynie  możliwą  decyzję , żebyśmy skokami  wycofywali  się  ze  wsi  w  kierunku  zachodnim do  oddalonego  o  kilkadziesiąt  metrów  lasu . Przebycie  tego  odcinka  wolnej  przestrzeni  , skokami z  ckm-mami , których  waga  z  podstawą  wynosiła  49 kg i jednocześnie  utrzymywaniem ognia  osłonowego , było  bardzo  trudne , wydawało  się wręcz niemożliwe . Przebywając tę drogę  mieliśmy  wrażenie , że czas  stanął  , że  nigdy nie  osiągniemy  skraju  lasu .W  połowie  drogi , w czasie  wykonywania  skoku , padł  zabity ( jak  byliśmy  przekonani )  mój  taśmowy " Kicki" ( Wojciech Kronenberg ) , ja  zaś  zostałem  ranny  w głowę , ale jakoś grupa dobrnęła  do  lasu . Jeszcze  było  trochę  strzelania  w  kierunku Niemców i  dostaliśmy  rozkaz  do  wycofania  się  z linii na  tyły . Zostałem  wraz  innymi  chłopakami  opatrzony i następnie  ruszyliśmy  w  drogę  do  wsi  Jan  Dziadek ( dziś wieś  nosi  nazwę Modrzewina) . Jak  się  później  okazało  , choć  głęboko byliśmy  przekonani , że  Wojtek zginął  na  miejscu , on był  tylko ciężko  ranny i  zginął  dobity  przez  Kałmuków .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Luty 26, 2013, 21:54:02
cz.VI ostatnia

   Wracając  do  poszukiwań , zgłosiłem  się  do  proboszcza ks. kan. Józefa Wodzinowskiego
o  pomoc  w  odnalezieniu  mogiły , na  tutejszym  cmentarzu . Niestety  nie  dane  nam  było  spotkać  się  osobiście z  księdzem  ( rozmowy  telefoniczne ) , coś  ciągle  wypadało  albo  jemu  albo  mnie .
W końcu  listopada  2012 roku  , przejeżdżając  w  okolicy  Niekłania  postanowiłem  zajrzeć  na  cmentarz i  poszukać  we  własnym  zakresie  grobu . Nie  spodziewałem  się  że  cmentarz  w  Niekłaniu  jest  taki  duży . Przy  wejściu  spotkałem  3  starsze  panie  i  spytałem  czy  wiedzą  gdzie  znajduje  się  mogiła  Partyzancka . Jedna  z  pań  po  chwili  wahania  oznajmiła  że  mnie  zaprowadzi na  miejsce  . Przy  okazji pani  opowiedziała  o  dziejach  mogiły . Otóż  do  końca lat  60 - tych na mogile  znajdowały  się  2  brzozowe  krzyże  na  których  zawieszone były  Polskie  hełmy  WZ Salamandra , obok  stał  krzyż  metalowy z przytwierdzoną  tabliczką  z wypisanymi  danymi poległych  partyzantów . Potem  wymieniono  krzyże  na  dwa  metalowe z Chrystusem Ukrzyżowanym i  dwoma  tabliczkami . A  jakieś  20  lat  temu  z czyjejś  ( nie wiadomo ) inicjatywy postawiono  w  tym  miejscu kamień-tablicę  z  obecnymi  napisami . Ze starych  krzyży  zostały dwie  figury  Jezusa . Mogiła  2 żołnierzy  wrześniowych  posłużyła
jako  miejsce  spoczynku  poległych  pod  Bokowem .

   W  taki  to  sposób  udało  się  odnaleźć  miejsce  spoczynku  młodego  żołnierza , potomka sławnego  rodu  Kronenbergów . Przy  okazji  poszukiwań  wyszły  na  jaw  niezwykle  ciekawe  historie  członków  jego  rodziny , a  także  mroczna  strona  życia  i  śmierci  jego  siostry  Wandy .
Brzozowych  krzyży  nie  zastałem  , jest  teraz  kamienna  tablica . Najważniejsze   , że ktoś pamięta ,  co  jakiś  czas  zapala  znicz  i  kładzie  kwiaty .



Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Marzec 10, 2013, 10:23:35
Pozwalam  sobie  wstawić  niezwykle  ciekawy  artykuł  dotyczący  Powstania  Styczniowego . Miejsce  działań wojennych  to  rejony  w  których  działam  od  lat .
http://www.konskie.org.pl/2013/03/ze-wspomnien-powstanca-1863.html#more


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: rafal81 Marzec 10, 2013, 13:13:37
Ciekawa strona z indeksem miejscowości związanych z Powstaniem Styczniowym.
Tutaj pomnik D. Czachowskiego ufundowany przez Ks. J. Wiśniewskiego
http://powstanie1863.zsi.kielce.pl/index.php?id=g16


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: cpt. Nemo Marzec 10, 2013, 23:28:53
Pozwalam  sobie  wstawić  niezwykle  ciekawy  artykuł  dotyczący  Powstania  Styczniowego . Miejsce  działań wojennych  to  rejony  w  których  działam  od  lat .
http://www.konskie.org.pl/2013/03/ze-wspomnien-powstanca-1863.html#more

Z tym ze akurat juz na wstepie sa bzdury :)

" Ostro z nami car poczynał: dzieciom po polsku mówić w szkole zabronił, za polską książkę i naukę starszych do więzienia czy na Sybir skazywał, w wojsku carskim długo, bo aż 25 lat Polacy ciężko służyć musieli. Ucisk i prześladowanie biednego narodu było straszne. Wreszcie ... Dość tego! - powiedzieli najlepsi synowie ojczyzny - organizujemy przeciw caratowi powstanie, Polsce wolność wrócimy!"

To co powyzej to i owszem prawda ale byla to nie przyczyna a "nagroda" za Powstanie 1863r. To powstanie spowodowalo praktyczna likwidacje autonomii ziem polskich.

http://www.studentprawa.com.pl/represje-ustrojowo-polityczne-wobec-krolestwa-polskiego-po-upadku-powstania-styczniowego.html

http://www.instytuthistoryczny.pl/m0120-zabor-rosyjski/zr-represje-po-powstaniu-styczniowym/52-dalsze-dzialania-represyjne


http://www.historia.azv.pl/represje-carskie-po-upadku-powstania-styczniowego.html


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Marzec 11, 2013, 06:43:24
Zgadzam  się  Nemo , ale  to  tylko  wspomnienia  i   punkt  widzenia  człowieka  .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Marzec 12, 2013, 15:57:49

Nazywali ją "Feluś"
Urodzona 20 września 1925 roku w Końskich, podczas okupacji niemieckiej służyła w oddziale Narodowych Sił Zbrojnych Armii Krajowej kapitana Józefa Wyrwy "Starego", który wchodził w skład 25 Pułku Piechoty Armii Krajowej, była łączniczką dowódcy 25 pułku majora Rudolfa Majewskiego "Leśniaka". Po zakończeniu wojny pozostała w konspiracji. Tuż przed Wielkanocą 1946 roku została uprowadzona w Skotnikach i zamordowana przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa w Końskich.

Stefania Firkowska, 29.10.1944, Końskie - okolice. Ze zdjęcia pozowanego z m.p. widać, że była osobą o dużej energii, odwadze i sprycie. Józef Wyrwa "Stary" w Pamiętnikach partyzanta wydanych w Londynie w 1991 roku tak ją charakteryzuje: "Młoda szatynka z zadartym noskiem i trochę łobuzerskim wyrazem twarzy. Można ją było zaliczyć do tego rodzaju kobiet, o których się mówi, że gdzie diabeł nie może, tam babę wyśle - właśnie taką babę jak Felek. Można ją było posłać naprawdę wszędzie czy dać udział w akcji. Potrafiła przemawiać takim tonem, że jej się nikt nie sprzeciwił. Choć była ubrana po kobiecemu, polecenia jej były zawsze wykonywane, mimo że nie posługiwała się "spluwą", którą zawsze ukrytą nosiła".
fot. udostępnił Ireneusz Górski i Ryszard Cichoński


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Marzec 12, 2013, 16:07:20
ciąg  dalszy ....
        Zatrzymało go jej spojrzenie, bezczelne, trochę zalotne. Pasowało do pseudonimu wziętego z przedwojennego szlagieru o Felusiu Zdankiewiczu, chłopaku morowym, kozaku z warszawskiej Pragi. Ona też wyglądała na niezłego kozaka - w wojskowych spodniach wpuszczonych w oficerki, bluzie ściągniętej pasem i czapce nasuniętej zawadiacko na czoło. Przez ramię przewiesiła bojowo pistolet maszynowy, za pas zatknęła granat. Ktoś, pewnie dla draki przytroczył jej do paska niemiecki oficerski sztylet. Jeszcze bardziej zaintrygował go podpis pod zdjęciem: starszy strzelec Stefania Józefa Firkowska, pseudonim "Felek", żołnierz Armii Krajowej kapitana Józefa Wyrwy "Starego". Przecież to mój pułk przemknęło Darkowi Kunderze, żołnierzowi VI Brygady Powietrzno-Desantowej, prywatnie pasjonatowi historii II wojny światowej i instruktorowi w kieleckim Stowarzyszeniu Orląt Armii Krajowej. Dziwne, bo nikt z żyjących jeszcze partyzantów z 25 Pułku Piechoty Armii Krajowej nie wspominał mu o dziewczynie w stopniu starszego strzelca, a przecież takie nieprzeciętne postaci się pamięta. W oddziałach partyzanckich stopnie wojskowe nadawano kobietom prowadzącym komórki konspiracyjne, łączniczki zazwyczaj pełniły funkcje cywilne. Nie spodziewał się, że dotknął historii, która czeka na zakończenie od ponad 60 lat.

                U Wyrwy
          Niespełna 11-letni Irek Górski sadził za ciotką wielkimi krokami. Miała sprężysty, wytrenowany chód piechura, mocno ściskała w dłoni jego drobną rękę. Zmierzali do "pryjutu" - tak warszawiacy nazywali budynek w pobliżu dworca Wschodniego, gdzie w klitkach oddzielonych od siebie przepierzeniami z desek i szmat mieszkała cała "wojenna nędza" - wysiedleńcy, ludzie którzy w jednej chwili stracili dach nad głową. Ilekroć ciotka przyjeżdżała do Warszawy brała mnie ze sobą na przykrywkę, bo kobieta z dzieckiem budziła mniej podejrzeń. Chodziłem z nią na meliny, gdzie dostarczała meldunki. Miała kontakty z kwaterą główną Armii Krajowej, ale mnie zabierała tylko w takie miejsca, gdzie diabeł mówi dobranoc - opowiada Ireneusz Górski, dziś emerytowany budowlaniec.

fot:Partyzanci Narodowych Sił Zbrojnych oddziału Józefa Wyrwy ps. "Stary" - na zdjęciu stoi w środku nad żołnierzem w hełmie, obok niego z prawej - Stefania Firkowska ps. "Felek", "Feluś", za nią podporucznik Tadeusz Bartosiak ps. "Tadeusz" (po wyzwoleniu "Wilk"). fot. udostępnił Ireneusz Górski i Ryszard Cichoński
Partyzanci Narodowych Sił Zbrojnych oddziału Józefa Wyrwy ps. "Stary" - na zdjęciu stoi w środku nad żołnierzem w hełmie, obok niego z prawej - Stefania Firkowska ps. "Felek", "Feluś", za nią podporucznik Tadeusz Bartosiak ps. "Tadeusz" (po wyzwoleniu "Wilk").
fot. udostępnił Ireneusz Górski i Ryszard Cichoński



Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Marzec 12, 2013, 19:46:16
ciąg  dalszy....
               Najdłużej w oddziale przebywała "Felek", gdzie diabeł nie może, tam babę pośle. Łączniczka, ...również w akcji nigdy nie nawaliła, umiała przemawiać takim tonem, że nie sposób był sprzeciwić się jej, kiedy pełniła podoficerską służbę, wysyłana do sołtysa po podwody, dogadywała się nie używając pistoletu, choć broń zawsze nosiła ze sobą... pisał o niej kapitan Józef Wyrwa "Stary", hubalczyk, dowódca oddziału wchodzącego w skład 25 Pułku Piechoty Armii Krajowej, działającego w okręgu kielecko-radomskim, w wydanych w 1991 roku w Londynie Pamiętnikach partyzanta. Wyrwa wspominał też o akcji na komendanta junaków w Opocznie, w której brała udział "Feluś". Mieli zdobyć broń i ubrania niemieckie. Nie wszystko poszło jak należy, wywiązała się strzelanina. "Felek" nie straciła zimnej krwi, wpadła do mieszkania, zapakowała niemieckie ciuchy do walizki, pistolet okręciła w koc i jak zwykła wiejska baba w zapasce, chustce na głowie, wymknęła się i przeszła z tobołem przez posterunki żandarmerii.

fot:Partyzanci Narodowych Sił Zbrojnych oddziału Józefa Wyrwy ps. "Stary", omawianie meldunku przy szałasie, stoją od lewej: podporucznik Tadeusz Bartosiak ps. "Tadeusz" (po wyzwoleniu "Wilk"), Stefania Firkowska ps. "Felek", "Feluś" i osoba nieznana. 1944, Końskie - okolice fot. udostępnił Ireneusz Górski i Ryszard Cichoński

Do oddziału Wyrwy trafiła za braćmi. Najstarszy z dziewięciorga rodzeństwa Firkowskich, Stefan był komendantem straży pożarnej w Rudzie Malenieckiej koło Końskich, skąd pochodziła cała rodzina. Założona przez niego jednostka miała swoje drugie życie - jako oddział stacjonarny Armii Ludowej. Niemcy aresztowali Stefana jesienią 1943 roku, zakatowali na posterunku gestapo w Radoszycach, jeszcze żywego zakopali w lesie za wsią. Stefania widziała to wszystko. Kilkanaście miesięcy później najęła furmankę, wykopała ciało brata i przeniosła do rodzinnego grobu. Drugi z braci - Jan - wstąpił do oddziału Narodowych Sił Zbrojnych, był w grupie likwidacyjnej, wykonującej wyroki na konfidentach niemieckich, zginął w zasadzce w lesie pod Fałkowem. Najmłodszy, Józef, został zamordowany w Sztuthoffie.


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Marzec 12, 2013, 20:59:57
Ciąg dalszy.........
fot 1: Partyzanci Narodowych Sił Zbrojnych oddziału Józefa Wyrwy ps. "Stary", na zdjęciu wykonanym w miejscu postoju oddziału klęczy po środku Stefania Firkowska ps. "Felek", "Feluś".
fot. udostępnił Ireneusz Górski i Ryszard Cichoński

            Stenia zostaw te partyzantkę, wszystkich mi was pozabijają - płakała nieraz mama. Stefa się tylko śmiała: Mamo, mnie nic nie będzie, ja mam szczęście - zapamiętała jej starsza siostra Kazimierz Cieślak, jedyna żyjąca dziś z rodzeństwa Firkowskich. Była niesamowicie odważna. Nie wiem, czy to się nie brało z brawury, czy naprawdę wierzyła, że nic się jej nie stanie - zastanawia się Ireneusz Górski, który całe życie bada historię ciotki, w swoim warszawskim mieszkaniu zgromadził już pokaźne archiwum. Jego matkę Lucynę uratowała z łapanki. Jechały pociągiem do Warszawy. Stefa wiozła dokumenty. Lucyna, jej siostra - szmugiel - pięciokilowy blok z masła z rozbitej przez partyzantów mleczarni. W nocy pod Skierniewicami Niemcy zatrzymali pociąg, wygarnęli wszystkich z wagonów na peron. Stój w cieniu, koło mnie, rób co każę - przykazała Stefa Lucynie. Kiedy pociąg ruszał, wepchnęła siostrę do wagonu i wskoczyła za nią. Tylko one dwie z całego składu dojechały do Warszawy.

fot 2: Partyzanci Narodowych Sił Zbrojnych oddziału Józefa Wyrwy ps. "Stary", zdjęcie pozowane w miejscu postoju, siedzi Stefania Firkowska ps. "Felek", "Feluś". 1944, Końskie - okolice. fot. udostępnił Ireneusz Górski i Ryszard Cichoński
fot. udostępnił Ireneusz Górski i Ryszard Cichoński


         Ireneusz Górski pamięta też, że ciotka dostarczała broń do oddziału: Potrafiła przewieźć ze Skarżyska na furze karabin maszynowy, przykryty derką. Ostatni raz widział ją zaraz po zakończeniu wojny. Przyjechała do Warszawy za swoim narzeczonym z oddziału - podporucznikiem Tadeuszem Bartosiakiem "Wilkiem" na zjazd byłych oficerów partyzanckich. Była u nas na obiedzie, mama mówiła, że by pryskali z Tadeuszem, bo zaczyna się czystka...

Fot 3 : Nazwiska Stefanii Firkowskiej i Tadeusza Bartosiaka zapisane w księdze zapowiedzi ślubnych z kościoła w Końskich. Odszukanie tego dokumentu w kancelarii parafialnej na początku marca 2011 roku zajęło Ryszardowi Cichońskiemu około 4 godzin. Bliski rezygnacji, jako ostatnią wziął do ręki poszukiwaną księgę zapowiedzi z 1946 roku. Wcześniej, kilkanaście lat temu, oglądał zapis wraz z ks. Józefem Barańskim. Księga zapowiedzi ślubnych z 1946 r., Kolegiata pw. św. Mikołaja w Końskich, fot. KW



Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Marzec 13, 2013, 06:47:55
      Ciąg  dalszy .....
          Umarła wieś
            Dlaczego nikt jej nie szukał po wojnie, przecież byli żołnierzami Armii Krajowej, odgrzebywali dawne kontakty - zastanawiał się Darek Kundera "Orlik". Trop pojawił się w Stefanowie. Nie znajdzie się dziś tej wioski na mapie. Kiedy stały tu domy na porządnej podmurówce, była brukowana ulica, stawiane z kamienia piwnice, sady owocowe. We wrześniu 1944 roku kwaterował w Stefanowie 25 Pułk Piechoty Armii Krajowej z okręgu "Jodła", była strefa zrzutów alianckich. 26 września Niemcy przystąpili do operacji. Mimo, że dysponowali ponad 1200 żołnierzami obława skończyła się fiaskiem, stracili blisko 140 ludzi, tyle samo było rannych, po stronie polskiej poległo 15 partyzantów. Wieś została jednak częściowo spalona, mieszkańcy wycofali się z partyzantami do lasów przysuskich. Wrócili kilka miesięcy później, w 1945 roku odbudowali wieś. Władze komunistyczne nie darowały im niewłaściwych sympatii politycznych - w 1950 roku teren Stefanowa został włączony do poligonu Barycz. "Przyjechało wojsko i przez kilka dni wysiedlano wioski puszczańskie: Stefanów, Budy, Zapniów, Eugeniów. Ludzie rozpaczali, płakali, musiano ich siłą wyciągać z domów i ładować do samochodów. Przesiedleni zostali na "ziemie odzyskane" i zupełnie rozrzuceni, głównie po Pomorzu. Traktorami i czołgami rozwalano świeżo odbudowane domostwa, a teren zrównano - wspominał zmarły 10 listopada w Kielcach generał Kazimierz Załęski "Bończa", jeden z dowódców w 25 Pułku Armii Krajowej podczas bitwy Stefanowskiej. W stanie wojennym nazwa Stefanów ostatecznie znikła z map. W 1999 roku w umarłej wsi pojawili się młodzi ludzie ze Stowarzyszenia Orląt Armii Krajowej, zarośniętą drogę w lesie pokazał im generał Załęski "Bończa", honorowy prezes i opiekun stowarzyszenia. We wrześniu 2000 roku zorganizowali pierwszą uroczystość w rocznicę powstania Państwa Podziemnego, postawili tabliczkę: W tym miejscu była wieś Stefanów, zaprosili byłych żołnierzy 25 pułku i mieszkańców okolicznych wsi. Od tamtej pory spotykaliśmy się co rok. Któregoś razu, przy ognisku jeden z partyzantów przypomniał sobie o "Felusiu", padła nazwa Skotniki - opowiada Andrzej Karyś "Pomian" komendant Orląt.

Fot : Stefania Firkowska, 29.10.1944, Końskie. Urodzona 20.09.1925 r. w Końskich, córka Jana i Marianny. Żołnierz oddziału Narodowych Sił Zbrojnych - AK Kpt. Józefa Wyrwy ps. "Stary" oraz łączniczka z dowództwem NSZ w Warszawie. Zamordowana przez Urząd Bezpieczeństwa przed Wielkanocą 1946 roku w okolicy Paradyża. Według zeznań naocznego świadka wyprowadzona z mieszkania sołtysa w Skotnikach przez grupę operacyjną UB z Końskich, kierowaną przez Stanisława Stonogę, i zgładzona w okolicach Wielkiej Wsi. Fot. Zakład Fotograficzny “Musielak", Końskie ul. Małachowskich 32. fot. udostępnił Ireneusz Górski i Ryszard Cichoński

Porwanie
Otwierać, bo wyłamiemy drzwi - w środku nocy ktoś załomotał pięściami do leśniczówki Bronisława Przymusa w Skotnikach. Czego chcecie, męża nie ma w domu, jestem sama z dziećmi - przerażona leśniczyna rozglądała się po izbie. Kilka tygodni wcześniej Przymusa i kwaterującego u nich Tadeusza Bartosiaka "Wilka" aresztował Urząd Bezpieczeństwa. Wtedy w leśniczówce zamelinowała się "Feluś".

                W styczniu 1945 roku jej oddział został rozbrojony w okolicach Radoszyc przez Armię Czerwoną. Kapitan Józef Wyrwa został aresztowany przez Rosjan, siedział w więzieniu kieleckim. "Feluś", którą ominęła konfrontacja z bolszewikami, pozostała w konspiracji. Prawdopodobnie dołączyła do organizacji Wolność i Niezawisłość. Po aresztowaniu Przymusa i "Wilka" przygotowywała ucieczkę narzeczonego z więzienia w Opocznie. W Wielkim tygodniu przed Wielkanocą 1946 roku wytropił ją Urząd Bezpieczeństwa. Mama otworzyła drzwi, do środka weszło dwóch mężczyzn po cywilnemu z pistoletami maszynowymi, trzech uzbrojonych zostało na zewnątrz. Złapali Stefę za ręce, stawiała opór, ale obezwładnili ją i wyprowadzili z domu. Poprowadzili w stronę drogi na Sulejów - zeznała później w śledztwie prowadzonym przez Instytut Pamięci Narodowej Teresa Nowak, córka Bronisława Przymusa, która była świadkiem uprowadzenia "Felusia". Wśród napastników rozpoznała funkcjonariusza Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Końskich. Ty wiesz, Stefa mi się dzisiaj śniła - przybiegła z samego rana do Kazimiery Cieślak jej siostra Marianna Cichońska. - No, mówię ci, śniła mi się jak tu stoję, powiedziała, że ją zabili i leży w ziemi za komórką i ustępem.

Marianna pojechała do Końskich do Urzędu Bezpieczeństwa. Skierowano ją do rozpoznanego funkcjonariusza, ten powiedział jej o zabójstwie, którego dokonali... nieznani sprawcy. Marysia z mężem wsiedli na rowery i pojechali do Skotnik, rozpytywali ludzi, ale nikt nic nie wiedział. W końcu ktoś im powiedział za plecami, żeby lepiej wracali do domu, bo jeszcze i oni będą leżeć w ziemi jak Stefa - opowiada Kazimiera Cieślak. Próbowali załatwić sprawę urzędowo, matka "Felusia" pisała do Kancelarii Premiera. Dostała odpowiedź: Obywatel Firkowska, 17.09.1946. Proszę o powiadomienie jak została załatwiona sprawa ekshumacji zwłok córki w Ministerstwie Bezpieczeństwa. Jeżeli sprawy nie załatwiono i są trudności, proszę o nadesłanie jeszcze raz podania na imię Premiera - podpisał Michał Pankiewicz, szef sekretariatu premiera. Rok później z biura Prezydium Rady Ministrów przyszło pismo, w którym obywatelce Marii Firkowskiej zakomunikowano, że "jej córka Stefania, według otrzymanych z Naczelnej Prokuratury Wojskowej wyjaśnień, nie była aresztowana przez organa Bezpieczeństwa Publicznego, lecz około Wielkanocy 1946 roku zabrana została przez niewykrytych czterech uzbrojonych osobników z mieszkania obywatela Przymusa w Skotnikach i odtąd ślad po niej zaginął. Przeprowadzone dochodzenie nie dostarczyło dowodów, aby podejrzany funkcjonariusz z Końskich brał udział w uprowadzeniu Firkowskiej Stefanii".

- A tam nie brał, przecież ludzie widzieli go w nocy, przed leśniczówką. Mamusia chodziła, prosiła, panie, my nie chcemy zemsty, niech nam pan tylko odda ciało Stefy. Obraził się - Ja nic nie zrobiłem, ja jestem uczciwy człowiek. - O, żebyś ty był taki uczciwy - zaciska poskręcane reumatyzmem palce Kazimiera Cieślak.


Śledztwo
W 2002 roku Ireneusz Górski zwrócił się do Instytutu Pamięci narodowej z wnioskiem o przeprowadzenie dochodzenia w sprawie zamordowania Stefanii Firkowskiej. Prokuratorzy Instytutu Pamięci Narodowej nie zdążyli już do podejrzanego funkcjonariusza "bezpieki", zmarł przed rozpoczęciem śledztwa. Jego syn zeznał, że ojciec dowiedział się od żony o uprowadzeniu "Felusia". Ponoć napad miał tło rabunkowe, bo Firkowska mogła mieć pieniądze przekazywane przez rząd londyński na działalność podziemia. Podał też wersję, że "Feluś" przekupiła kogoś w "bezpiece" w Opocznie, żeby załatwić ucieczkę więźniów, a ten bojąc się zdemaskowania, zabił ją - ucieczka z opoczyńskiego więzienia udała się następnego dnia.

Prokuratorzy przekopali wszystkie dostępne archiwa w Łodzi, Kielcach, Warszawie, Krakowie. Nigdzie nie znaleziono żadnych akt w sprawie Stefanii Firkowskiej. Gdyby nie pisma z Kancelarii Premiera, nie mielibyśmy żadnego dowodu, że zbrodnia w ogóle się wydarzyła - mówi Ireneusz Górski.

Bywają takie historie. Ta była szczególnie ciekawa i tajemnicza. No i ta dziewczyna, bardzo ładna - prokurator Jacek Kozłowski z oddziałowej Komisji Badania zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu przy Instytucie Pamięci Narodowej w Łodzi dobrze pamięta sprawę "Felusia". W toku śledztwa pojawiło się wiele wątków, między innymi, że Firkowska doniosła komuś wysoko postawionemu w Warszawie o metodach przesłuchań stosowanych wobec więzionych w opoczyńskim areszcie. Ubecy mieli mieć przez to kłopoty i w odwecie zemścili się na niej. Niestety, nie zachowały się żadne akta, zresztą, jeśli to był odwet, nie mogło być żadnych dokumentów. Ludzie, którzy mogliby mieć związek z tą sprawą już nie żyją. Uznałem, że była to zbrodnia komunistyczna, choć pewnie nigdy nie ustalimy, jaką rolę odegrał w niej podejrzany funkcjonariusz z Końskich i z kim działał.

Górski niezależnie od śledztwa, szukał na własną rękę, jeździł do Skotnik, zostawił u proboszcza ogłoszenie z prośbą o pomoc w ustaleniu miejsca, gdzie zakopano ciało Stefanii, wypytywał ludzi w okolicznych wsiach. Nic, kamień w wodę. Udało mi się ustalić, że prawdopodobnie zastrzelono ją gdzieś pod Wielką Wolą w okolicach Paradyża. Ale kto ją tam znajdzie... mówi zrezygnowany. Dał zdjęcia "Felusia" z jej krótkim biogramem do Ośrodka KARTA. Niech chociaż będzie w książce - pocieszał się. Znalazły się wydanym w 2002 roku albumie Żołnierze wyklęci. Tam wypatrzył je "Orlik" Darek Kundera.



Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Marzec 13, 2013, 12:40:58
Ciąg dalszy .....
      Rozpoznanie
     Pojechaliśmy do Skotnik na rozpoznanie - opowiada Andrzej Karyś "Pomian". Podczas letnich obozów "Orlęta" prowadzą kwerendę historyczną, pytają mieszkańców o wojnę, partyzantkę. Pracujemy w mundurach, żeby uniknąć anonimowości. Zresztą mundur i naszywka Armia Krajowa działa na starszych ludzi jak klucz do wspomnień zagrzebanych głęboko w pamięci.

Idźcie do babci Lewinówki, jej ojciec był "narodowcem" - pokierował ich miejscowy kościelny. Władysława Kowalska, z domu Lewin, z początku bardzo ostrożnie opowiadała o wojnie, w pewnym momencie wyrwał się jej "Feluś". No była taka dziewczyna, miała narzeczonego "narodowca" - przypomniało się babci. Umówili się, że wrócą za parę dni. Starszym ludziom trzeba dać czas na odświeżenie wspomnień - tłumaczy "Pomian". Do wielu przeżyć nie wracali od kilkudziesięciu lat, my rzucamy hasło, a oni próbują w sobie odnaleźć odpowiedź.

Za drugim razem babcia pamiętała lepiej: "Feluś" i ten jej narzeczony "Wilk" nie ujawnili się po wyzwoleniu, walczyli z komuną. Ją zabrali w nocy UB-owcy z leśniczówki w Skotnikach, wywieźli czarnym samochodem w stronę Dąbrowy nad Czarną. Sprzedała ją jedna rodzina. On też zginął kilka tygodni po niej. "Bezpieka" osaczyła go w okolicach Przedborza.

Fot1: Skotniki nad Pilicą, 27.09.2009. Część rodziny Stefanii Firkowskiej przy odsłoniętej tablicy ku jej czci w 70 rocznicę powstania Podziemnego Państwa Polskiego. Jest to jedyne miejsce upamiętniające osobę "Felusia", żołnierza podziemia, której ciała nigdy nie odnaleziono. fot. udostępnił Ireneusz Firkowski


          Andrzej Karyś odszukał rodzinę "Felusia", poprosił o zgodę na dopisanie zakończenia jej historii. 21 września [2010 roku] w centrum Skotnik stanął pod okazałą lipą kamień podarowany przez jednego z mieszkańców wsi, gmina Aleksandrów dała samochód do transportu głazu, dyrektor miejscowej szkoły udostępnił salę na spotkanie. "Orlęta" ufundowały tablicę z marmuru. Z Końskich, Warszawy i Skarżyska-Kamiennej przyjechała rodzina Stefanii Firkowskiej. Kazimiera Cieślak, jedyna żyjąca siostra "Felusia", chwiejnym krokiem podeszła do kamienia. Łzy płynęły jej po twarzy.

Ja nawet na czworakach bym poszła do grobu Stefy - mówi. Nie ma dla niej znaczenia, że grób siostry jest symboliczny. Teraz na Wszystkich Świętych będę miała gdzie postawić świeczkę, Stefa już będzie wiedziała, że to ode mnie. Ireneusz Górski wreszcie ma poczucie spokoju. Więcej chyba nie da się zrobić. "Orlęta" bardzo nam pomogły, sami nie bylibyśmy w stanie zorganizować takiego miejsca pamięci - przyznaje. Dopóki będę żył, będę przyjeżdżał do Skotnik na rocznicę Państwa Podziemnego.

Czy pomnik "Felusia" nie przeszkadza nikomu w Skotnikach? A dlaczego miałby przeszkadzać? - dziwi się Andrzej Wołoszyn, dyrektor tutejszej szkoły. Przecież to dla ludzi lekcja historii. Takie sprawy trzeba pokazywać. My też palimy tam lampki.

Fot 2: Skotniki nad Pilicą, 27.09.2009. W 70 rocznicę powstania Podziemnego Państwa Polskiego została odsłonięta tablica pamiątkowa poświęcona pamięci Stefanii Firkowskiej. Grupa inicjatywna: Stowarzyszenie Orląt Armii Krajowej z Kielc, kierowane przez pułkownika Andrzeja Karysia ps. "Pomian", Urząd Gminy w Aleksandrowie, społeczność, dyrekcja szkoły i młodzież ze Skotnik. fot. udostępnił Ireneusz Firkowski


Kiedyś ludzie tłukli na tym kamieniu orzechy. Teraz mają kawałek prawdziwej historii o niezwykłej dziewczynie - Andrzej Karyś "Pomian" ma powód do satysfakcji. Dla "Orlika" Darka Kundery, który zagrzebał się w historii "Felusia", to niezwykła walka z czasem. Każdy ma w życiu coś do zrobienia. Po co szukać papierowych autorytetów, kiedy są prawdziwi ludzie, tylko trzeba ich pokazać. Kiedyś przeczytałem takie zdanie, że naród, który nie szanuje swojej historii nie różni się niczym od zwierząt.

Koniec .

Iza Bednarz
[tekst ukazał się w Echo Dnia, Kielce]
Temat: Hubalowym szlakiem





   


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Marzec 22, 2013, 20:07:14
Znalazłem  dzisiaj  w  szpargałach  pracę  córki  z  lat  szkolnych ..........

                Znaczenie archeologii w badaniach nad dziejami i kulturą Celtów.


         Archeologia jest to stosunkowo młoda nauka,  jej  rozwój przypada na połowę XVIII w. (wykopaliska w Pompejach, Herkulanum). Jednym z pierwszych znanych archeologów nowożytnego świata  był Johan, Joachim Winckelmann, który na podstawie własnych badań wydał dzieło '' O sztuce dawnych''. Drugim z bardziej znanych badaczy przeszłości był archeolog - amator  Heinrich Schliemann (odkrywca Troi).
Opierając się na wynikach  badań  archeologicznych możemy ustalić dzieje człowieka, który nas poprzedzał, jego działalność , środowisko w którym żył , jego myśli , określony sposób życia, podejście do problemu wiary,sztuki, architektury i śmierci. Możemy zadać sobie pytanie czy nauka ta nie pozwala nam tak naprawdę poznać siebie samych?
Wiele jeszcze jest nieodkrytych zagadek, nierozwiązanych tajemnic i pytań bez odpowiedzi. Dlatego też archeologia jest tak fascynująca.
         
        Trudno powiedzieć  w którym momencie i skąd pojawili się Celtowie. Można przyjąć, że źródłem ich ekspansji był obszar górnego Renu i Dunaju skąd lud ten rozprzestrzenił się po całej Europie.
Celtowie zajęli dzisiejsze Niemcy, Francję , Belgię , Holandię, Luksemburg, Szwajcarię, Hiszpanię, Irlandię, Austrię , Czechy, Słowację, Węgry, Rumunię, Polskę, a nawet pewne obszary Rosji.
   Badania nad dziejami Celtów pozwalają nam twierdzić iż lud ten zajmował się nie tylko prowadzeniem wojen i poszerzaniem własnych terytoriów, lecz byli to też zdolni kupcy. Potwierdzają to znaleziska z rejonów zamieszkałych przez Celtów np. cyna, żelazo, złoto ,srebro , broń oraz wiele innych przedmiotów pochodzących z cywilizacji śródziemnomorskich, które musiały być importowane. Około 250r.p.n.e potęga tego ludu doszła do szczytu,ale już wkrótce Rzym złamał potęgę Gallów ( jeden z ludów Celtyckich). Powoli ,ale systematycznie rozpoczyna się romanizacja Celtów, tracą oni własny język przejmują od Rzymian łacinę , ich kulturę i obyczaje. Do dziś tylko na Wyspach Brytyjskich można usłyszeć ludzi mówiących  odmianą języka celtyckiego . Dlatego też , tak wielkie  znaczenie mają badania nad dziejami  i  kulturą  Celtów , szczególnie w  Europie Środkowej  . Wyniki można  porównać z  poznawaną  kulturą tego  ludu  na   Wyspach  Brytyjskich .
   Kolejnym ważnym aspektem w badaniach jest odnajdywanie śladów sztuki , architektury, rzemiosła. Podstawową umiejętnością Celtów był wytop żelaza i wydobycie soli. Wiedza metalurgiczna dawała olbrzymie możliwości w produkcji np. broni , narzędzi, ozdób , a tym samym możliwość handlu wymiennego. Wydobycie soli również miała duże znaczenie , gdyż sól w tam tym okresie uznawana była jako środek płatniczy. Możemy przypuszczać ,że kontakty handlowe pozwalały na rozwijanie się , kultury Celtów , zajmowanie nowych obszarów Europy, a także mieszanie z innymi grupami etnicznymi.
Badania wykopaliskowe mówią nam o tym jak mieszkali Celtowie. O możliwościach ich technik budowlanych , architekturze i wiedzy jaką musieli posiadać do budowania swoich domostw. Najczęściej zamieszkiwali otwarte osady usytuowane na wzgórzach. W późniejszym okresie były to rozległe , umocnione warownie chronione wałami ziemno - drewnianymi lub kamienno- drewnianymi. Kilka takich warowi zostało odkrytych  w Niemczech i w Czechach, w Szkocji i Irlandii ich nie odkryto. Celtyckie domy zazwyczaj budowano z drewna i były w kształcie prostokąta. Natomiast w Wielkiej Brytanii na wyspach Brytyjskich  większość była budowana na planie koła. Świątynie budowano z kamienia wokół których budowany był wał ziemny na planie czworoboku. Przedmioty odnajdywane podczas badań związane ze sztuką i rzemiosłem to najczęściej rzeźby, naczynia gliniane , okucia tarcz mieczy i pochew,hełmy, uprząż,ozdoby. Rzeźby to najczęściej wyobrażenia ludzi o wyraźnie zarysowanej głowie. Odnaleziono też wiele form  przedstawiające zwierzęta np. dziki, jelenie, byki i niedźwiedzie, występujące w mitologii celtyckiej. Wykonane rzeźby były najczęściej  z drewna i z kamienia. Jeżeli chodzi o naczynia były one wielobarwnie dekorowane inkrustracją z koralu lub czerwonej emaili o motywach kół, spiral i wolut. Znajdywano również biżuterię, zapinki ( tzw fibule) pasy, naszyjniki, bransolety  wykonane z pozłacanego brązu, złota lub z żelaza.
Trzeba więc odpowiedzieć sobie na takie pytanie: Czy kultura Celtów i ich działalność polityczna miała wpływ na obraz dzisiejszej Europy ?
Na to pytanie można odpowiedzieć częściowo poprzez badania archeologiczne . Na pewno Celtowie dali przykład późniejszym ludom germańskim , słowiańskim .
Chciałabym przybliżyć trochę temat historii Celtów w Polsce i badań związanych z ich życiem na obecnym terenie naszego kraju.
W Polsce podobnie jak i na świecie zaobserwować  możemy coraz większe zainteresowanie owym ludem. Wynika to z pojawiających się od czasu do czasu informacji w mediach o odkryciach wykopaliskowych dotyczących Celtów. Wyniki badań zaowocowały stwierdzeniem  wielu znanych archeologów stwierdza ,że  Celtowie zainteresowani byli kontrolowaniem bursztynowych szlaków, dlatego też skolonizowali pewne obszary między Sudetami i Karpatami , a wybrzeżem Bałtyku. Przeniknęli z południa na obszar dzisiejszej Polski. Wpływ wysoko rozwiniętej cywilizacji Celtów na naszych ziemiach jest bardzo wyraźny w materiałach archeologicznych. Miejscowe plemiona starały się sąsiadować z przybyszami , wykazują chęć naśladowania wyrobów ( możemy zaobserwować to w naczyniach i ozdobach). To Celtowie przynieśli na ziemie polskie umiejętność pozyskiwania i obróbki żelaza, stosowali koło garncarskie, produkowali szkło, mieli własną monetę. Jednym z najbardziej znanych miejsc na terenie Polski, gdzie odkryto pracownie obróbki bursztynu to Wrocław - Partynice. Odkryto tam podczas wykopalisk półtorej tony bursztynu z okresu I w. p. n. e. Widać więc jak byli zorganizowani i jak korzystali ze szlaków komunikacyjnych. Szlaki tych wędrówek można zrekonstruować na podstawie badań archeologicznych miejsc i znalezisk , które pozostawili Celtowie na tych szlakach. Najczęściej są to ozdoby, złote i srebrne monety. Początki metalurgii żelaza na naszych ziemiach to II -I w .p. n. e. i należy go wiązać z oddziaływaniem Celtów . Przyczynili się oni do powstania dużego ośrodka hutniczego w Górach Świętokrzyskich i Brwiniowie. Na tych terenach znajdywano niekiedy elementy uzbrojenia. Jednym z ważniejszych znalezisk  był hełm wojownika celtyckiego, żelazny nuż , miecz, grot włóczni , okucie tarczy , zapinkę i ceramikę znalezionych podczas badań wykopaliskowych w Siemiechowie w województwie Sieradzkim. Pozostałości osadnictwa potwierdzają też wykopaliska w rejonie Góry Ślęży -szczyt tej Góry otoczony jest kamiennym wałem, tworzącym nieregularny okrąg. Na zboczach Góry odnaleźć można szereg wykutych w skale ukośnych krzyży - Celtycki symbol słoneczny. Największymi pozostałościami sanktuarium na Ślęży są  kamienne rzeźby przedstawiające dziki oraz tzw. panna z rybą , mnich i grzyb. Innymi miejscami jest Płaskowyż Głubczycki ,  Małopolska ( okolice Krakowa) ,  Kalisz  i  niektóre tereny Kujaw. Dzięki wykopaliskom na tych terenach możemy poznać nie tylko kulturę i sztukę dawnych Celtów ,ale także różne umiejętności którymi posługiwali się w codziennym życiu. Wytwarzanie i obróbka metali przyczyniła się do ich sukcesów  militarnych , a także na zreformowanie rolnictwa ( używanie żelaznych radeł, żarna obrotowe),używane przez Celtów narzędzia kowalskie pozostały w niezmienionej formie po dziś dzień. Po za tym na Śląsku odnaleziono pozostałości osady rzemieślniczej  i  dużą liczbę grobów celtyckich w Nowej Cerekwii. I tu ciekawostka ponieważ w tym miejscu były prowadzone kilka razy wykopaliska. Najpierw Niemcy przed II wojną światową , a później Polacy między 1957, a 1973 rokiem prowadzili tam badania. Podczas tych wcześniejszych badań odnaleziono w sumie 3 monety oraz liczne przedmioty codziennego użytku, biżuterię i pozostałości półziemianek. Myślano ,że osada celtycka w Nowej Cerekwii nie ma już żadnych tajemnic. Niewiarygodne było więc odkrycie skarbu monet celtyckich. Odkryto 69 monet w tym 17 złotych. To największy odkryty do tej pory zbiór monet na terenie naszego kraju. Na terenie Małopolski również znajdowano ślady osad celtyckich. Niektórzy archeolodzy wskazują na istnienie oppidów celtyckich na tych terenach , np. grodzisko w Tyńcu, dwa grodziska w Podegrodziu, w Poznachowicach Wielkich i Maszkowicach. Jednak są to tylko hipotezy nie poparte dowodami.
Po za tym ślady bytności Celtów na ziemiach polskich można dostrzec w folklorze , w legendach i podaniach historycznych. Dziedzictwo archeologiczne jest nieodnawialnym bogactwem kulturowym pozostawionym nam przez ludy zamieszkujące niegdyś naszą ziemię. Jednym z głównych zadań archeologii jest odszukiwanie, badanie  i zabezpieczanie stanowisk archeologicznych przed zniszczeniem .
Jednym z zagrożeń dla  stanowisk są amatorzy skarbów , rabusie, którzy z chęci zysku rozkopują te stanowiska i niszczą bezpowrotnie ważne odcinki badań. Najgorszym jest to ,że niszczą oni kontekst kulturowy wybierając z ziemi jedynie cenne w ich mniemaniu,  pozbawiając nas wielu cennych informacji o życiu ludzi przed tysiącami lat. Ogólnie można nazwać to już plagą i naprawdę trzeba zacząć przeciwdziałać takiemu postępowaniu wprowadzając zmiany w prawodawstwie polskim.
 
        Podsumowując tę pracę chce podkreślić ,że znaczenie badań nad dziejami Celtów jest bardzo ważne szczególnie w naszym kraju. Osobiście interesuje się tymi zagadnieniami i miałam zaszczyt brać w zabezpieczaniu wczesnośredniowiecznego stanowiska archeologicznego jako pomocnik - amator. Być może nie ujęłam wielu ważnych aspektów dotyczących życia dawnych Celtów , ale chodziło mi głównie o odpowiedź na najważniejsze pytanie. Czy te badania mają sens , czy warto je wspierać i co należy zrobić , aby chronić nasze dziedzictwo kulturowe.
    Kiedyś  chciałabym  pracować  jako  archeolog . Dziś  patrząc  na  to  co się  dzieje  w  tym  środowisku  , pozostanę  przy  mojej  pasji .
   


 Joana20






Bibliografia:
Bahn Paul - Archeologia
Corradini Nathalie - Encyklopedia Odkrycia Młodych . Zeszyt numer 12.
Cunliffe Barry - Starożytni Celtowie
Gąssowski Jerzy - Mitologia Celtów
Hensel Witold - Archeologia żywa
Kobielska Barbara - Cenne, bezcenne, utracone , numer 2,kwiecień 2002.
Kozłowski Januszu i Stefan - Człowiek i środowisko w pradziejach.
Magazyn historyczny mówią wieki.
          Schlette Friedrich - Celtowie


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Kwiecień 05, 2013, 06:17:39
Bardzo  fajny  artykuł  pana  Nawrockiego , wspominający  ślady  Napoleona  w  moich  najbliższych  stronach...

                                                                  Adamów k. Żarnowa, "kapliczka napoleońska"

Tuż obok południowej granicy powiatu opoczyńskiego i gminy Żarnów, w lesie znajdującym się niedaleko wsi Adamów i rzeki Czarnej - znajduje się taka oryginalna kapliczka, wykonana z polnych kamieni, które wieńczy krzyż. Według miejscowej tradycji, została ona wzniesiona na początku XIX wieku w miejscu pochówku żołnierzy napoleońskich. Według lokalnych przekazów, francuscy żołnierze wracający wycieńczeni z przegranej kampanii rosyjskiej, postanowili tutaj odpocząć i usnęli. W nocy chwycił siarczysty mróz, który spowodował zamarznięcie śpiących żołnierzy i doprowadził wszystkich do śmierci.

Na pamiątkę tego wydarzenia, wzniesiono ową kapliczkę, którą przed laty opiekował się miejscowy nauczyciel i społecznik Tadeusz Niemira. Od tamtego czasu miejsce określane jest przez miejscowych nazwą "Francuzy".

fot:1-Adamów koło Żarnowa "kapliczka napoleońska". Według miejscowej tradycji,
została ona wzniesiona na początku XIX wieku w miejscu pochówku żołnierzy napoleońskich.

Informację o kapliczce odszukałem w listopadowym (2008 r.) numerze Nicolausa - kwartalnika parafii św. Mikołaja w Żarnowie. Sama kapliczka jest dość trudna do odnalezienia. Spotkałem ją na szlaku z Marcinkowa do Adamowa - leśnej utwardzonej drodze, tuż przed Adamowem, po prawej stronie drogi.

...Powszechnie znany związek Napoleona z Marią Walewską spowodował, że na tutejszych ziemiach głośno było o rzekomych, regularnych przyjazdach cesarza Napoleona Bonaparte do pałacu [sic! dworu w Trojanowicach]. Mało tego, nawet zabytkowa kamienna ławka stojąca w zdewastowanym (niestety) choć bardzo urokliwym parku podworskim, przez miejscowych określana jest mianem "ławki Napoleona". Mimo upływu prawie dwóch wieków, zachowany został układ "romantycznych alejek", stawów oraz fragmenty zabytkowego drzewostanu. W parku podziwiać jeszcze można aleję wysadzaną bukami i grabami.

Mimo iż prawdopodobnie pogłoski o pobycie Napoleona stanowiły czystą fantazję, jednak budzą one pozytywne emocje w lokalnej społeczności żarnowskiej. Związane jest to również z zapomnianymi, a obecnie trudnymi do zlokalizowania mogiłami żołnierzy francuskich, znajdującymi się w okolicach Marcinkowa. Francuzów pochowano w 1813 roku podczas odwrotu przegranej wojny przeciwko Rosji. W 1963 roku w 150. lat owych wydarzeń żołnierskie groby odwiedził ambasador francuski w Polsce. Ponadto w okolicach Żarnowa (miedzy innymi w Adamowie) znajduje się kilka kapliczek przydrożnych, których powstanie datuje się na I połowę XIX wieku. Noszą one nazwę napoleońskich. Prawdpodobnie powstały jako wyraz nadziei włościan na odzyskanie niepodległości (między innymi przy pomocy wojsk Napoleona) i uwolnienia Polski spod okupacji państw zaborczych...

Krzysztof Nawrocki,
Żarnów wczoraj i dziś, Końskie 1999

fot:1-Adamów koło Żarnowa "kapliczka napoleońska". Według miejscowej tradycji,
została ona wzniesiona na początku XIX wieku w miejscu pochówku żołnierzy napoleońskich.

fot:2-Adamów koło Żarnowa - na szlaku z Marcinkowa do Adamowa - leśnej utwardzonej drodze, tuż przed Adamowem, po prawej stronie drogi znajduje się kamienny słup zwieńczony niegdyś krzyżem z 1918 roku. Dużo więcej winni wiedzieć “leśni ludzie" - jak spotkam ich na szlaku zapewne dowiem się więcej.

fot:3-4-Trojanowice koło Żarnowa. Park z I połowy XIX wieku - zachowane fragmenty ścian dawnych zabudowań (dworu lub oficyny)
   



Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Kwiecień 21, 2013, 19:37:43

                                                      Nasze muzeum w Końskich. Drejdel z ulicy Krakowskiej

      W związku z charakterem mojej pracy, często mam do czynienia z różnymi pracami ziemnymi, wykopami, przewiertami i rozbiórkami. Zdarza się, że podczas wykonywania np. przyłącza wody lub kanalizacji, pod łyżką koparki czy łopatą ukaże się kawałek historii. Często są to rzeczy zardzewiałe i zniszczone, ale z duszą. Przecież ktoś kiedyś używał tego sprzętu, nosił kurtkę z tym guzikiem. Po odkryciu takich starych przedmiotów, dotykam prawdziwej historii. Czasem zdarzy się odnaleźć naprawdę ciekawe przedmioty. Wszystkie zgromadzone rzeczy zostały częściowo przekazane już do Muzeum w Markach, Muzeum Orła Białego w Skarżysku, sporo przedmiotów czeka na skatalogowanie i przekazanie do Muzeum Koneckiego, które obecnie znajduje się w piwnicach, garażach i domach pasjonatów. Tak, nie ma naszego muzeum, nie ma na razie miejsca. Pamiątki by się znalazły, myślę że i chętnych do obejrzenia zbiorów było by wiele. Musimy jeszcze poczekać.

      W ostatnim czasie wykonywałem prace przy budowie kanalizacji w okolicy ul. Krakowskiej przy budowanym rondzie Gimnazjalna - Kielecka - Krakowska. Podczas prac ziemnych zostało odnalezione kilka przedmiotów z minionych okresów, a związanych z naszym miastem. Założyciel i twórca strony www.konskie.org.pl poprosił o pokazanie na stronie fotografii z opisem znalezionych przedmiotów.

      Pogoda była okropna , padał deszcz ze śniegiem i wiał zimny wiatr. Opatulony w ciepłą kurtkę obserwowałem ruchy koparki, grzebiącej na ponad cztery metry głębokości. Po wykonaniu wykopu chodziłem wokół hałdy ziemi i wypatrywałem nienaturalnych przebarwień gruntu. Znalazłem kilka grudek ziemi a w nich przedmioty metalowe. Fotografia przedstawia znaleziony bączek żydowski - drejdel.

     Drejdel (w jidysz, po hebrajsku: sewiwon), to czteroboczny bączek z pojedynczą literą hebrajską po każdej stronie. Gra w drejdel jest tradycyjną rozrywką w święto Chanuka w kręgu rodziny i znajomych.

     Przed powstaniem państwa Izrael w roku 1948 na wszystkich drejdlach znajdowały się litery: nun, gimel, hej i szin, które są pierwszymi literami słów w zdaniu: nes gadol haja szam (wielki cud stał się tam). Dziś w Izraelu na drejdlu znajdują się litery: nun, gimel, hej, pej, które są pierwszymi literami słów w zdaniu: nes gadol haja po (wielki cud stał się tu).

Drejdel jest słowem języka jidysz pochodzącym od niemieckiego słowa: drehen (wymawianego: drejen), które oznacza obracać.\
fo.1:Końskie, ul. Krakowska (okolice budowanego ronda ul. Kielecka - Krakowska - Spacerowa - Gimnazjalna) Taka piękna chałupa (pochodząca zapewne z początku XX w.) ujawniła się przy ul. Krakowskiej podczas budowy ronda.
Proszę zwrócić uwagę na konstrukcję wieńcową (na zrąb - tu bez ostatków). Fot KW.
fot2:Drejdel znaleziony w Końskich, ul. Krakowska, 2013 rok.
Wykonany z białego, miękkiego metalu, wysokość całkowita ok. 31 mm. Fot KW.
Radosław Nowek


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: kudłaty Kwiecień 22, 2013, 05:49:11
Szkoda tylko  że  władze powiatowe i gminne  nie  myślą  o  lokalu  na  Muzeum  Koneckie . Jakieś  trzy  lata  temu  dali  pozwolenie  na  wyburzenie  XVIII wiecznej kamienicy  , gdzie  znajdowało  się  część  eksponatów . Teraz  te  eksponaty  popakowane  są  w  worki  i  leżą  po  garażach  i  piwnicach .
Oj  nie  ma  gospodarza .......... 


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: xexe Kwiecień 22, 2013, 20:33:49
Nie czuć pieniądza to i gospodarza nie ma... :/
Taki kraj  [skrzynia]


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Kwiecień 25, 2013, 06:42:21

   ' Carska  Górka "


   W  2007 roku  w  okolicach  Fałkowa  , dokładnie  między  Zbójnem  a Wyszyną  Fałkowską prowadziłem  prace  związane  z  przyłączeniem
wody do  mieszkania .  Jak  zwykle  porozmawiałem  z  właścicielami  na tematy  związane  z  historią  okolicy . Okazało  się  że  dziadek
pana  Wiesława ( pan  Wiesław lat 72 ) opowiadał  o  obozie  i  małym szpitaliku  polowym  na  pobliskiej  "górce" w którym
stacjonowali  żołnierze  Rosyjscy . Podobno  było  tam  trochę Polaków . Od  lutego  1915 r do  lipca  tego  samego  roku  szpitalik  i
zaplecze  medyczne  funkcjonowały  w  spokoju . Patrole  konne  i  piesze , a  także  stanowiska  ogniowe  przypominały  o  wojnie  ,  poza  tym
panował  spokój . Niektórzy  ranni  umierali  i  chowani  byli  na cmentarzu  w  Fałkowie . Podobno  przez  ten  mały  obóz  na  tyłach
frontu  przewinęło  się  wiele  wojska . Zaopatrywano  się  tu  w amunicję , żywność i  doraźnie  leczono  .
Po  tych  rewelacyjnych  wiadomościach  , poszedłem  obejrzeć  miejsce zwane  "carską górką " . Ukształtowanie i ślady w  terenie
rzeczywiście  wskazywało  na możliwość  istnienia   tutaj  obozu wojskowego . Użyłem  detektora  metalu  z  nadzieją  że  znajdę
jakiś  guzik  pułkowy . I  rzeczywiście  , po  kilku  łuskach  typu mosin  z  biciami 1905 rok , trafiłem  na  guzik  grenadierski , bez
oznaczenia  pułku . Po  kolejnym  sygnale  spod  saperki  wyjrzało  coś żółtego  . Była  to  metalowa  taśma  do  obszywania  pagonów  w
zadziwiająco  dobrym  stanie  . Ale  to  nie  wszystko , obok  wyszły resztki  całego  pagonu  z  pięknym  monogramem  i  koroną  . Dalej
pokazał  się  tak  zwany  " licznyj  znak " , czyli nieśmiertelnik  wojskowy  oznaczający  numer żołnierza i  jednostkę .
Ponieważ  znam  kilku  naprawdę  dobrych  specjalistów  w  dziedzinie armii carskiej  , szybko  przesłałem  zdjęcia  w  celu  identyfikacji
jednostki  wojskowej .
         Odpowiedź  dostałem  bardzo  szybko  i  co  mnie  zdziwiło  z Białorusi .
"Monogram z pagonu wskazuje  na   6 Taurydzki Pułk Grenadierów Generała-Feldmarszałka Wielkiego Księcia Michaiła Mikołajewicza "
 . Licznyj  znak  potwierdza  że  to  ten  sam  pułk  6  rota ( kompania) Taurydzkiego  Pułku  Grenadierów .
Najdziwniejsze  jednak  było  to  że  kolega  z  Białorusi  żywcem chciał  pozyskać  ode mnie  te  pamiątki  . O  żadnej  sprzedaży  nie
mogło  być  mowy  , gdyż  wszystkie  znaleziska  trafiają  do  depozytu muzealnego . Jednak  ten  człowiek  nie  odpuszczał  .  Zaciekawiony
tym  spytałem  wprost  dlaczego  tak  mu  zależy na  zdobyciu  tych kilku  rzeczy ?  Napisał  że  jego  przodek  walczył  w  tymże  pułku
w  bitwie  Łódzkiej  na  przełomie  1914-1915 roku , a  z  tej jednostki  przeżyło  tylko  15  ludzi i  wszyscy  byli  ranni . Nie
wiadomo  czy  te  drobiazgi  należały  do  niego  , ale  to  byłaby jedyna  pamiątka  po  przodku . Okazało  się  że  pan  Igor  jest
lekarzem , zajmuje  się  hobbystycznie  historią  armii carskiej .
        Przemyślałem  temat  i  postanowiłem  przekazać  te  rzeczy Białorusinowi . Chciałem  wysłać  pocztą  , ale  Igor  kategorycznie
zaprzeczył  i  zapowiedział  przyjazd .  Rzeczywiście  po  jakimś tygodniu  pojawił  się  i  odebrał  znaleziska . Spotkaliśmy  się
tylko  w  przelocie  w  Kielcach  . Pan  Igor  przybył  tu  służbowo  ,a ja  po  prostu  podjechałem . Szkoda  że  nie  było  okazji  dłużej
porozmawiać . W  zamian  za  drobiazgi  dostałem  prezent i  po kilkunastu  minutach  musieliśmy  się  pożegnać . Ciekawy  wiedzy  tego
 człowieka  i  historii  opowiedzianej  o  przodku  , napisałem  do Igora  wiadomość .  Napisałem  jedną  , drugą  i  jeszcze  kilka .
Niestety  nie  otrzymałem  odpowiedzi  .  Nazwiska nie  znałem  gdyż posługiwaliśmy  się  nickami  z  sieci . Zadawałem  sobie  pytanie ,
czy  zostałem  oszukany ?  czy  te  drobny  rzeczy  miały  jakąś wartość ?  A  może  Igor  po  prostu  nie  chciał  się  kontaktować
.  Żałuję  tylko  jednego , że  nie  zrobiłem  lepszych  zdjęć tych znalezisk  . Dysponuję  tylko  kilkoma  fotkami  z  telefonu .
Mimo  wszystko  dość  ciekawa  i  tajemnicza  historia .
Pavelock


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: kudłaty Maj 09, 2013, 10:00:52
Wczoraj  dowiedziałem  się  że  bohater  artykułu  " urodziłem  się  drugi  raz  " , pan Józef  Młodawski zmarł  miesiąc  po  naszej  rozmowie .
Zdałem  sobie  sprawę  że  coraz  więcej  ludzi  pamiętających  czasy  II WŚ , odchodzi  . Cieszę  się  że  z  Pavelockiem  zdążyliśmy  jeszcze  porozmawiać  z  tym  ciekawym  człowiekiem .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Czerwiec 02, 2013, 13:20:12

                                              Produkcja orzełków 1943, 1944. Kornica k. Końskich
Fot1.
            Orzełek do czapki żołnierza Batalionów Chłopskich z kieleckiego. Orzełek został wykonany w czerwcu 1943 r. w warsztacie kowalskim Ludwika Piwowarczyka w Korytnicy [sic! - Kornicy] pow. konecki, woj. kieleckie przez Ignacego Grochulskiego- członka plutonu BCh w Korytnicy [sic! - Kornicy]. Ignacy Grochulski wykonał około 400 tych orzełków, które rozprowadzono wśród członków Batalionów Chłopskich. Orzełek wykonany z blachy aluminiowej przedstawia orła pod korona z rozpostartymi skrzydłami umieszczonego na zwieńczeniu tarczy obronnej. Orzełek wykonany według wzoru orzełków używanych w WP wg wzoru 1927 roku. Opis z karty katalogowej Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.

           Nietypową formą działalności podziemnej była w późniejszych latach okupacji, produkcja orzełków do czapek dla oddziałów AK i BCh. Prowizoryczna odlewnia znajdowała się w kuźni u Ludwika Piwowarczyka ps. "Oracz". Produkcją zajmowali się: Stanisław Piwowarczyk ps. "Muchomor", Józef Słowiński ps. "Błysk" i Ignacy Grochulski. Produkcja orzełków trwała od marca do sierpnia 1944r. W sumie wykonano kilkaset odlewów. Niezbędny sprzęt odlewniczy i odpowiednie materiały z fabryki Herzfeld-Victorius, dostarczył Mieczysław Szczygieł ps. "Klon", mieszkaniec Końskich. Złom cynkowy jako materiał odlewniczy był pozyskiwany ze składowisk niemieckich naczyń. Jeden z nielicznych zachowanych egzemplarzy znajduje się obecnie w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.


Fot 2
Stanisław Piwowarczyk. ps. "Muchomor". Józef Słowiński ps. "Błysk". Ludwik Piwowarczyk (rozstrzelany w Baryczy 23 września 1943). Fot. zamieszczone w książce Marka Piwowarczyka, Kornica.
Fotografie zamieszczone w książce Marka Piwowarczyka, Kornica.
Również w tej samej kuźni i w tym samym czasie, uruchomiono produkcję tzw. kolczatek, które rozrzucane na drogach powodowały przebicie opon samochodowych. Wyprodukowano także kilkaset butelek zapalających z benzyną.
Marek Piwowarczyk
[w: Marek Piwowarczyk, Kornica, Końskie 2000]


Fot.3- Kornica k. Końskich. Zabudowania gospodarcze kowala Ludwika Piwowarczyka. Po prawej stronie znajdowało się zadaszenie kuźni. Fot. KW

                Poszedłem tropem informacji, którą podał Marek Piwowarczyk. Zapytałem pracowników w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie o fotografię przekazanego orzełka. Odwiedziłem miejsce, w którym orzełki wykonywano. Rozmawiałem z paniami: Teresą Nowak córką Ludwika Piwowarczyka i Józefą Słowińską z domu Piwowarczyk (95 lat). Staruszka pomimo wieku ma dobrą pamięć; nie jest natomiast możliwe doprecyzowanie szczegółów wykonywania orzełków. [Pani Józefa wspomniała nazwisko kowala Łabędzkiego, który orzełki odlewał].

Fot.4- Zaświadczenie o przekazaniu do MWP w Warszawie orzełka wyprodukowanego na terenie Kornicy. Fot. zamieszczona w książce Marka Piwowarczyka, Kornica.


Fot 5-. Karta katalogowa znajdująca się w Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.
Informacje z muzealnej karty katalogowej różnią się nieco od przekazanych w książce. Zakładam, że produkowano orzełki do czapek aluminiowe i cynkowe, w zależności od posiadanego materiału. A może czytelnicy strony podadzą więcej szczegółów, może odnajdą orzełki cynkowe?
KW


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 03, 2013, 17:42:11
                                                          „Werlasowa  Opowieść „

   W  Bieszczady  trafiłem  pierwszy  raz  w  początku  lat  80-tych z  wycieczką  szkolną . Mało  tak naprawdę  pamiętam  z  tamtej  wizyty  , gdyż  był  to  czas  popijania  piwka  czy  innego  napitku , oraz  podrywanie  dziewcząt . Wtedy  tak  przeżywało  się  wycieczki .  Po  wielu  latach , w roku 2009 ,  zjawiłem się  w Bieszczadach  już  ze  swoją  rodziną . Zamieszkaliśmy  w  Wołkowyi , skąd  można  było  wyruszyć  w  każdy  ciekawy  rejon  Bieszczad  .  Wykrywacz  oczywiście  miałem  ze  sobą  , ale  pomimo  pewnych  wiadomości  , map  i  prób  rozeznania    w  terenie  , Bieszczady  zdawały  się  niedostępne . Przy  końcu  urlopu  dogadałem  się  z  moim  gospodarzem  w  sprawie  wyjazdu  na  poranne  safari  fotograficzne  i  od  słowa  do  słowa weszliśmy  na  tematy  historyczne  .  Popytałem  o  miejsca  potyczek  i bitew  .  Okazało  się  że  pan  Hubert  jest  myśliwym i  przewodnikiem  turystycznym  przy  wypadach  autami  terenowymi  w  trudne  rejony   gór .  Opowiedział  mi  o  kilku  miejscach  gdzie  kiedyś  były  wsie  , po  wojnie  wysiedlone  lub  spalone  w  walkach  z  UPA . Opowiedział  mi  również  o  miejscu  niedaleko  Bukowca  , w trudno  dostępnym  terenie  , gdzie  tropiąc  zwierzę  natrafił  na  porzucony  sprzęt  wojskowy . Było  tego  bardzo  dużo . Oprócz  amunicji  karabinowej  i  łusek  większego  kalibru  , widział  sporo  długiej  broni  , austriackiej  i  rosyjskiej    , a  także  kilka  bagnetów  . Część  sprzętu  leżała  w  potoku  , część  wystawała  spod  ściółki  i  liści  . To  co  wystawało  na  wierzch   porośnięte  było  grubą  warstwą  mchu . Spytałem  , jak  dawno  temu  odkrył  to  zrzutowisko ?  Okazało  się  że  jakieś  trzy  lata  temu  . Była  więc  spora  szansa  że  nikt  nie  trafił  na  to  miejsce  , tym  bardziej  że  leżało  to  tam ponad  90  lat . Pomimo  kończącego  się  urlopu  postanowiłem  dotrzeć  do  tego  miejsca  . Umówiłem  się  z  p.Hubertem  i  czekałem  niecierpliwie  na  wyjazd  .  Pech  chciał  że  zaczął  padać  deszcz  ,  i  to  deszcz  tak  rzęsisty  , iż  nie  pozwalał  na  eskapadę  w  góry . Czas  pobytu  dobiegł  końca  . Umówiłem  się  z  gospodarzem  na  wyprawę  za  rok  i  pożegnałem  Bieszczady  z  nadzieją  na  spore  odkrycia  w  kolejnym  sezonie .
   Minęła  zima  2009/2010 . Zadzwoniłem do  p. Huberta  i   telefonicznie  zarezerwowałem   pokój  na  drugą połowę czerwca . Po  drodze  , w  długi  majowy  wekend   wyskoczyłem  na  kilkudniowy  zlot  poszukiwaczy  do  Gorlic . Bardzo  fajna  impreza  , ludzie  z  całej  Polski  i  wieczory  pełne  opowieści o  odkrytych  i  nieodkrytych  skarbach .  Po  którejś  tam  kiełbasce  z  ogniska  i  piwku  , z  moich  ust  popłynęła opowieść  o  przyszłym  odkryciu  zrzutowiska  w  Bieszczadach .
   Przyszedł  czas  i  znów  zawitałem  w  Wołkowyi  . Po  serdecznym  przywitaniu  z  gospodarzem  , od  razu  chciałem  umówić  się  na  wyprawę  w  góry . Pan  Hubert  zmroził  mnie  jednak  stwierdzeniem  , że  nie  ma  już  po  co  tam  jechać  -” Przecież  pańscy  koledzy  przyjechali  tu  pod  koniec  maja  , trafili  do  mnie  i  poprosili  o  pokazanie  miejsca  . Nie  umawialiśmy  się  że  ma  to  być  tajemnica  .  Kilka  dni  tam  jeździli  wypożyczonym  samochodem  terenowym  .  Byli  bardzo  zadowoleni  . Ja  się  tym  zbytnio  nie  interesowałem  , gdyż  przygotowywałem  pokoje  do  zbliżającego  się  sezonu  . Wiem  tylko  że  znaleźli  sporo  bagnetów  , odznaczeń  i  klamer  , bo  o  tym  mówili  cały  czas  . „
   Tak  to  właśnie  długi  język  pozbawił  mnie  przeżycia  silnych  emocji  . Szkoda  ,  ale  życie  idzie  dalej    , postanowiłem  nie  odpuszczać  i  szukać  dalej  .  Pan  Hubert  zajęty  był  organizowaniem  safari  dla  turystów  , dlatego  też  postanowiłem  sam  pogmerać  w różnych  rejonach  Bieszczad  . W  jednej  z  knajpek  zagadując  miejscowego  typka  o  jakieś  okopy  czy  inne  informacje  dotyczące  I Wojny Światowej  , dowiedziałem  się  od  ludzi  lasu , że  w  pobliskiej miejscowości  Rajskie  , podczas  pracy  spychacza  trafiono  na  nieoznakowaną  mogiłę  . Wyrwano  z  ziemi  szczątki  rosyjskich  żołnierzy  .  Jeden  z  pracowników  wziął  sobie  na  pamiątkę klamrę  i  orła  . Po  kilku  dniach  i  nieprzespanych  podobno  nocach  przywiózł  te  pamiątki  z  powrotem  i  zakopał  w  miejscu  nowej  mogiły  . Reszta  oczywiście  śmiała  się  z  delikwenta  i  z faktu  że  go  straszyło  . Droga  dla  leśnictwa  robiona  była  w  2008 roku . Miałem  jednak  nadzieję  , że  w  pobliżu  odnalezionej  mogiły  była  jakaś  potyczka  i  będę  mógł  pochodzić  z  wykrywaczem  . Na  drugi  dzień  pojechałem  do  Rajskiego  i  próbowałem c.d.n......................

Fot.1. Wołkowyja  z  gospodarzem  p.Hubertem ( z lewej )
Fot.2 . Miejsce  w  okolicy  Bukowca  , przeszukane  przez  kolegów  z  Gorlic
Fot.3. Okolice  Rajskiego


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 04, 2013, 17:53:00
ciąg dalszy .....

      znaleźć  miejsce  według  narysowanej  mapki  w  knajpce . Nie  mogłem  znaleźć  tego  miejsca  , dlatego  postanowiłem  poszukać  leśniczego  .  W  biurach  leśnictwa  Rajskie  zastałem  podleśniczego  , z  którym  zamieniłem  kilka  zdań  na  interesujący  mnie  temat  .  Oczywiście  potwierdził  opowieść  z  knajpki  i  pokierował  mnie  dokładnie  na  miejsce  .  Na  moje  pytania  dotyczące  możliwości  poszukiwania  z  detektorem  w  okolicy  , stwierdził  , że  w  razie  czego  to  on  nic  nie  wie  , nie  może  mi  wydać  żadnego  pozwolenia  , a  leśniczy  obecnie  jest  na  urlopie . 
   Zaopatrzony  w  takie  decyzje  i  wiadomości  ruszyłem  w  kierunku  wyznaczonego  miejsca  .  Duży  grab  , po  lewej  stronie  krzyż  otoczony  metrowym  płotkiem  z  oskurowanych balików  . Chwila  zadumy  przy  mogile  . Rozejrzałem  się  wokół  i zacząłem  szukać  miejsca  gdzie  ewentualnie  mogła  rozegrać  się  potyczka  .  Dookoła  las , gęste  krzewy  i  wysokie  trawy  . Po  drugiej  stronie  leśnego  duktu  niewielka  polana  i  ostro  wychodzące  ku  górze  zarośnięte drzewami  zbocze . Słyszę  auto  , więc  pomny  na  słowa  podleśniczego  chowam  sprzęt  w  trawie  i  przyglądam  się  na  mogiłę . Samochód  zatrzymuje  się  przy  mnie  i  wysiada  z  niego  czterech  gości . „  Pan  Podleśniczy  dzwonił  co  jakby  my  wracali  to  mamy  zajrzeć  żeby  panu  pokazać  to  miejsce . Ale  panie  ,  jak  my  te  trupy  tu  wyorali  , to  się  naokoło  rozeszło  . Przyjechały  z  Sanoka  i  Przemyśla  z  wyszukiwaczami ( używam  oryginalnych  słów)  i  łazili  tu  tydzień  a  może  i  dłużej . Po  prostu  kopali  wszystko  , ale  było  tylko  trochę  łusek  i  guzików . Podobno  ktoś  znalazł  szablę  i  trochę  monet .”
   Rozczarowany  świeżymi  wiadomościami  o  przerytym  stanowisku  , postanowiłem  nie  odpalać  sprzętu  i  wróciłem  do  pokoju . Okazało  się  że  dobrze  zrobiłem  , gdyż  leśniczy  dość  wrogo  nastawiony  był  do  poszukiwaczy  . Podobno  ktoś  w  nocy  chciał  rozkopać  oznaczoną  mogiłę  i  to  przeważyło  szalę  niechęci . I  tak  kolejny  urlop  dobiegł  końca , a  ja  znów  na  „czysto” . Jednak  w  trakcie mojej  eskapady   po  Bieszczadach  , trafiłem  do  miejscowości  Werlas  .   Niewielka  wioska  położona  na  półwyspie  rozdzielającym  dwie  główne  odnogi  Zalewu  Solińskiego  , licząca  obecnie  około  100 mieszkańców  . Miejscowość  jest  trochę  rozwleczona , ale  widoki  rozciągające  się  z  najwyższych  wzniesień , lasy  obfitujące  w  grzyby  i  plaże  jeziora  odcisnęły  na  mnie  niezapomniane  wrażenia . Postanowiłem  kolejny  urlop  spędzić  właśnie  na  cyplu  Werlas . Aby  zorientować  się   w  możliwościach  wynajmu  domku  jak  najbliżej  wody  , pojechałem  do  jedynego  sklepu  w  wiosce  .  Okazało  się  że  dobrze  trafiłem  . Pani  Alina  , właścicielka  sklepu  okazała  się  bardzo  sympatyczną  i  kontaktową  osobą .  Dała  mi  sporo  kontaktów  , poinformowała  kiedy  ,  gdzie i  na  co    najlepiej  połowić ryby  w  jeziorze  .  Tak  nam  się  miło  gawędziło  że  rozmowa  zeszła  na  interesujące  mnie  tematy  historyczne  .  I  tu  zaskoczenie  , bowiem  pani  Alina  sporo  wiedziała  na  temat  historii Werlasu  . Okazało  się  że  to  osoba  zaangażowana  w  życie  wioski  , jest  radną  i  naprawdę  działa  w  interesie  ludzi  z  okolicy  . Obiecała  mi  spotkanie  z  najstarszym  mieszkańcem  Werlasu  , panem  Mieczysławem  , który  w  2010 roku miał  102  lata  .  Na  drugi  dzień  pojawiłem  się  w  sklepie  zaraz  po  otwarciu  . Starszy  człowiek  siedział  na  ławeczce  pod  parasolem  .  Niewysoki , schludnie  ubrany  nie  wyglądał  na  ponad  stulatka  . Przedstawiłem  się  i  poprosiłem  o  informacje  dotyczące  zdarzeń  z  czasów  I  Wojny  Światowej .
   Pan  Mieczysław lekko  drżącym  głosem  zaczął  opowiadać  o  tym  jaka  była  straszna  bieda , z  lat  dziecinnych pamiętał  jedynie  głód    . Pamiętał  jednak  ciepło  rodzinnego  domu  , opiekę  matki  nad  nim  i  jego  rodzeństwem  , pamiętał  również  swoją  babcię  , która  mieszkała  razem  z  nimi . Z  rodzeństwa  przeżył  tylko  on  . Były  to  ciężkie  czasy  , cokolwiek  udało  się  wydrzeć  ziemi  , lasom i  wodom  , często  zabierane  było  przez  przechodzące  wojska  .  Raz  było  to  wojsko  Austriackie  , innym  razem  Rosyjskie  , ale  najgorzej  było  jak  wpadli  Madziarzy . Mieli  obsesje  na  punkcie  szpiegów i  szukali  dowodów  na  pomoc  Rosjanom  . Wielu  chłopów  zginęło  w  ten  sposób  , rozstrzelanych  lub  powieszonych  za  to  iż  posiadali  jakieś  rzeczy  pochodzenia  rosyjskiego . Pan  Mieczysław  osobiście  nie  pamięta  tych  czasów  , ale  babcia  która  opiekowała  się  nim  , kiedy  rodzice  pracowali  w  polu  , opowiadała  mu  o  tych  ciężkich  czasach  . Opowiedziała  mu  również  o  wielkiej  bitwie  w  pobliżu  ich  domu  ,  o  tym  jak  w  śniegu  uciekała  z  nim  , małym  dzieckiem  do  kaplicy . Kule  świszczały  nad ..........c.d.n....
Fotografie  z  okolic  Rajskiego  , cmentarz  I wojenny  w  okolicy Paloty


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 04, 2013, 18:39:11
ciąg dalszy.

     ....głowami  , ale  nie  oglądała  się  za  siebie  , przez  las  , w  śniegu  po  pas  przedarła  się  do  sąsiadów  i  razem  z  nimi  schronili  się  w  kaplicy . Zainteresowany  tą  bitwą  spytałem  czy  zna  jakieś  szczegóły  tej  sprawy  .
   â€ž  Tak  ,  widzi  pan  ,  tam  jest  mogiła  .  Nie  ma  krzyża  ani  tablicy  , ale  jest  taki  wzgórek  gdzie  te  ruskie  zostały  pochowane  , a  ja  i  moja  rodzina  zawsze  na  wszystkich  świętych  palimy  tam  świeczki . Mnie  babcia  tak  nakazała  , żeby  pamiętać  i  nie  dawać  tam  nic  budować  , bo  przecie  rodzina  nie  wie  gdzie  zginęli i  leżą  pochowani . A  w zeszłym  roku  chcieli  zrobić  w  tym  miejscu  zawracanie  dla  aut  , ale  się  nie  zgodziłem  , bo  jak  to  tak  żeby  po  grobie  jeździć . A  co  do  bitwy  , to  Madziary schowały  się  na  wzgórzach  i  szczycie  jaru  , kiedy  drogą  w  dolinie  przejeżdżali  Kozacy  , zaczęli  do  nich  strzelać  . Nikt  nie  przeżył  , rannych  podobno  dobijali  bagnetami  . Konie  i  broń  zabrali  a  zabitych  miejscowi  chłopi  musieli  zakopać  na  pobliskiej  łące .”
    Poprosiłem  o  pokazanie  tego  miejsca .  Rzeczywiście  droga  na  miejsce  była  bardzo  wąska  i  po  kilkuset  metrach  kończył  się  asfalt  , a  zaczynała droga  polna . Wrażenie  było  niesamowite  .  Droga  w  dolinie  , z  lewej  strony  wzniesienia  , z  prawej  niewielka  łąka  i  za  nią  kolejne  wzniesienia  . Wszystko  to  wyglądało  jak  z  opowiadania  o  zasadzce  Węgrów  .  Za  ostatnią  chałupą  rozciągała  się  spora  łąka  a  przy  jej  skraju    znajdował  się  wspomniany  wzgórek  , z  kilkoma   wypalonymi   zniczami . Podziękowałem  za  rozmowę  i  wróciłem  do  Wołkowyi . Postanowiłem  odszukać  jakiekolwiek  informacje na  temat  potyczki  pod  Werlasem , przewertowałem  internet , dotarłem  do  księgarni  w  Baligrodzie  , przeszukałem  w  różnych  pozycjach  książkowych  cokolwiek  na  temat  Werlasu . Jedyne  co  udało  mi  się  znaleźć  to  niewielka  notatka  w  Przewodniku dla  prawdziwego  turysty „ Bieszczady” , Werlas strona  385 „ Zimą  1914/15 r . pod  Werlasem  wpadł  w  austriacką  zasadzkę  i  został  rozbity  pułk  kawalerii  rosyjskiej  . Poległych  pogrzebano  we  wspólnej  mogile w  lesie . „   Tyle  z  informacji  ogólnie  dostępnych  .  Postanowiłem  pobadać  trochę  tę  sprawę  i  wróciłem  do  domku  pana  Mieczysława .  Chciałem  poprosić  o  możliwość  pochodzenia  z  Wykrywaczem  na  terenach  należących  do  rodziny  starszego  pana . Na  miejscu  było  jakoś  sporo  osób  , wyglądało  że  co  najmniej  połowa  wsi  stoi  pod  domem  tej  rodziny . Okazało  się  że  prawnuk  pana  Mieczysława  utopił  się  rano  na  rybach . Wypadł  z  łódki  i  do  tej  pory  ratownicy  szukają  ciała . Pan  Mieczysław  stał  ze  swoją  wnuczką , matką  chłopaka  i  łkał  bezgłośnie  .  Poczułem  że  jestem  nie  na  miejscu  i  wycofałem  się  z  tego  terenu . Tak  ciekawie  się  zapowiadało  a  tu  takie  nieszczęście  tych  ludzi  . Wróciłem  z  urlopu  planując  już  na kolejny  rok  wypad  do  Werlasu . Los  jednak  tak  wszystkim  pokręcił  , że  w  Bieszczady  wróciłem  dopiero  w  2013 r. Tym  razem  wynajęliśmy  z  rodzinką  domek  na  cyplu  Werlaskim . Zaraz  po  przybyciu  zajrzałem  do  sklepu  pani  Aliny  , przypomniałem  się  i  poprosiłem  o  pomoc  w  odnowieniu  kontaktu  z  panem  Mieczysławem  . Okazało  się  że  zmarł  kilka  miesięcy  po  swoim  prawnuku  ,a w  domku  została  tylko  jego  wnuczka  i  jej  drugi  syn  Marek . Ta  wiadomość  mnie zasmuciła    , ale  postanowiłem  spotkać  się  z  obecną  właścicielką  pola  i  łąki  na  której  miała  miejsce  walka  . Spotkałem  się  z  tą  panią  następnego  dnia  , złożyłem  wyrazy  współczucia  z  powodu  śmierci  syna  i  dziadka  , opowiedziałem  jej  o  naszym  spotkaniu  dwa  lata  wcześniej i  o  planach  poszukiwawczych  na  jej  terenach  . Pani  w niezbyt  przyjemny  sposób  dała  mi  do  zrozumienia  , że  nie  ma  możliwości  prowadzenia jakichkolwiek  badań  na  jej  prywatnym  terenie  . Nie  życzy  sobie  żadnego  kopania  , bo  zacznie  ją  straszyć  .  No  cóż  ,  odpuściłem  , grzecznie  dziękując  za  rozmowę  i  poświęcony  mi  czas  , nie  zamykając sobie  drogi na  przyszłość  .  W  sklepie  opowiedziałem  pani  Alince  o  całej  sprawie  . Załatwiła  mi  za  to  możliwość  poszukiwań  na  wyższych  łąkach  , na  przeciwko  terenów  wnuczki  pana  Mieczysława . Silne  upały  w  drugiej  połowie  czerwca  uniemożliwiały wyjście  w  teren , dopiero  22 czerwca  o  poranku  pojawiłem  się  z  wykrywaczem na  łące  .  Było  dosyć  stromo  , zastanawiałem  się  jak  ludzie  uprawiają  tu  ziemię  .  Włączyłem  wykrywacz  , szybkie  ustawienie  do  gruntu  , potencjometr  dyskryminacji  ustawiłem  najniżej  , na  iron , mając  w  głowie  wizje  znajdywanych  guzików  , klamer  czy  odznak  pułkowych .  Po  przejściu  kilkudziesięciu  metrów  moje  wizje  zaczęły  się  rozjeżdżać  i  zaczynała  mi  świtać  myśl  o  c.d.n..
Fot .1 2010 rok Okolice  Bukowca ( droga  do  Pustelnika )
Fot.2  2010 rok  drogowskazy w  górach
fot .3 . 2013 okolice  Werlasu 



Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 04, 2013, 21:03:14
Ciąg dalszy
.......znalezieniu  dokładnie  niczego  .  Pierwszy  sygnał  zadźwięczał  w  słuchawkach  , wzrok  skupiłem  na  wyświetlaczu gdzie  pojawiła  się  cyfra  56 .  To  coś  z  mosiądzu .  Odkopuję  , jest  łuska  ,  to  manlicher z  datą  na  kryzie  1908 .  Idąc  dalej  tym  torem  mam  sygnał  za  sygnałem  . To  znowu  łuski  i  wszystkie   austriackie , zaczynam  mieć  ich  po  trochu  dosyć  , tym  bardziej  że  słońce  znów  dopieka  jak  diabli .  Łuski  są  w  słabym  stanie  , pozieleniałe  i  rozkawałkowane  . Kolejny  sygnał  jest  inny  , numer  to  89-95 , jest  moneta  ,  to  grosz  SAP  w   fatalnym  stanie  .     Po  czterech  godzinach  kopania  łusek  , dałem  za  wygraną  i  zszedłem  na  skraj  pola  przy  drodze .  Odnalezione  setki  łusek  potwierdzały  wersję  o  zasadzce  na  przejeżdżających  Kozaków  . Węgrzy  ukrycie  na  szczycie  wąwozu  mogli  skutecznie  razić  przeciwnika  na  drodze  , sami  nie  będąc  narażeni  na  ostrzał  .  Postanowiłem  zakończyć   tę  mękę  z  łuskami  i  wrócić  do  domku  ,  a  potem  na  rybki  , przeskakując  przez  rów  zauważyłem  coś  błyszczącego  .  Schyliłem  się  i  podniosłem  kolejną  łuskę  , tym  razem  od  Werndla , ale  była  to  jakaś  dziwna  łuska , błyszcząca  jak  ze  stali  nierdzewnej  i  dziwnie  powycinana  . Nie  wiem  czy  miał  to  być  gwizdek  czy  jakaś  inna  forma  twórczości  żołnierskiej  . Podsumowując  tę  przygodę   Bieszczadzką  ,  potwierdzam  że  jest  tam  potencjał  , trzeba  tylko  mieć  szczęście  trafić  na   niezbadaną  miejscówkę  .  Nie  znalazłem  nic  szczególnego  uwagi  , ale  spotkania  z  ludźmi  , ich  relacje  , przyroda  i  emocje  zostawiły  we  mnie  silny  ślad  . Będę  wracał  w  Bieszczady  jak  tylko  będę  miał  możliwości . 
    
   Pavelock

Na  fotografiach pola na Werlasie . oraz  dziwna  łuska  od  Werndla   


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: motylanoga Lipiec 05, 2013, 16:05:44
Bardzo lubie czytać ten wątek. Nie ukrywam, że ostatnia opowieść czytałem z zapartym tchem gdyż dotyczy Bieszczad, które kocham i które są od jakiegoś czasu moim kompleksem…
Zastanawiałem się nawet przez chwilę, czy panu Hubertowi nie chodziło o nas (koledzy z Gorlic…) bo przecież podczas ostatniego pobytu (przełom września i października 2011) zwróciliśmy się do niego powołując na znajomość z Tobą. Natomiast naszym zdaniem jego pomoc w namierzeniu jakiegokolwiek miejsca związanego z historią Wielkiej Wojny była, że tak powiem – mocno wątpliwa. Pan Hubert przewiózł nas po bliskiej okolicy, inkasując stawkę rynkową i… tyle. W wskazanych miejscach nie było zupełnie nic i wróciliśmy jak niepyszni na kwatery do Cisnej…
Auto ma fajne, nie powiem. Trudno mi się natomiast oprzeć wrażeniu, że fantazję ma jeszcze bujniejszą i tak naprawdę każdy, kto do niego trafia poznaje podobną opowieść.
A o samych Bieszczadach i ich pierwszowojennej legendzie można by książki pisać. Dla nas okazały się zupełnie niełaskawe. W ciągu 4-dniowej wyprawy prócz łusek i amunicji, jednego bączka AW oraz 4 „cip” nie znaleźliśmy nic. Pozostałości po wojnie jest dużo, na każdym kroku. Pozostałości po poszukiwaczach niestety też. Szklanki, czasem zapalniki to norma. Odwiedziliśmy zarówno bardziej znane tereny (Chryszczata, Maguryczne) jak i te mniej rozpoznane. Z podobnymi efektami. Opowieści o walających się pod każdym krzakiem klamrach i manierkach niestety zdeaktualizowały się ze 20 lat temu…
Natomiast sama eksploracja wymaga nie lada kondycji. Ale piękno przyrody, widoki i świadomość pożogi, jaka przetoczyła się przez te tereny będzie jeszcze długo gnała w te tereny poszukiwaczy przygód.
Jestem pewny, że ja też tam wrócę…


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 05, 2013, 17:04:23
Myślę  Grzesiu  że  było  coś  w  tym  z  prawdy  .  Chłopcy  z  Gorlic  trafili  tam  pod  koniec  maja  , a  wy  z  Emesem  jak  kojarzę  byliście  we  wrześniu  . Nawet  nie  pomyślałem  o  was . Zresztą  i  tak  dałem  wam  namiar  na  tego  gościa . Podejrzewam  że  Hubert zaczął  wykorzystywać  zainteresowanie  poszukiwaniami  po  tych  sytuacjach  z  Bukowca  . Krótko  mówiąc  dodał  sobie  legendę  do  swojej  działalności  aby  mieć  więcej  klientów .  Wierzę  że  zrzutowisko  pod  Bukowcem  istniało  , tym  bardziej  że  byłem  w  tym  miejscu  i  znać  było  że  chłopcy  działali  . Na  marginesie  , nawiązałem  kontakt  z  jeszcze  jednym  leśnym  człowiekiem  , który  obiecał  zaprowadzić  mnie  do  miejsc  -cytat "  jeszcze  dziś  w  tych  miejscach  włosy  stają  na  głowie " .
W  tym  roku  w  związku  z  dużą  ilością  pracy  nie  dam  rady  , ale  za  rok  spróbuję  dostać  się  w  te  miejsca .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: emes Lipiec 08, 2013, 17:45:26
Oj tak, Biesy uczą pokory...ale klimat jest super, teren rozległy i myślę, że jeszcze niejedno da się tam trafić...


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 21, 2013, 14:16:17
                           „ W  ludzkiej  Pamięci  pozostali  , choć  bezimienni „


   Z   panem  Markiem  Lesiakiem  poznałem  się  kilka  lat  temu  przy  okazji  zakupu  karpi . Stawy znajdują  się  w  Jeżowie  i  muszę  przyznać  , że  ryba  z  jego  stawów  smakuje mi  wyśmienicie  .  Los  zetknął  nas  znowu  w  lipcu  2013  roku  , podczas  wykonywania  usług  instalacyjnych  w  domu  pana  Marka . Na  podwórku  pod  wiatą  zauważyłem  stare  żelazka  , koła  od  wozów  , narzędzia  i  sprzęt  używany  w  dawnych  czasach  na  wsi  . Zaczęliśmy rozmawiać  na  ten  temat  a  dyskusja  nasza  zahaczała  o  coraz  to  dawniejsze  czasy  i  historie  związane  z  Jeżowem  .  Po  pewnym  czasie  dołączył  do  nas  ojciec  pana  Marka  , Zdzisław  Lesiak  , dziś  84  - letni  człowiek .  Okazało  się  że  pan  Zdzisław  ma  fenomenalną  pamięć  i  zna   wiele   ciekawych   epizodów   związanych   z   wioską   ,  w   szczególności   z   II   Wojną  Światową .   
   Kiedy  wybucha  wojna  ma  10  lat  , ale  to  właśnie  w  tym  wieku  zapamiętuje  się  najbardziej  sytuacje  , które  przeżywa  w  swoim  umyśle  .  Już  pod  koniec  1939 roku jest  świadkiem  pobicia  kolbą  i  lufą  karabinu , niedosłyszącego  sąsiada , który  nie  zrozumiał  nakazu  oddania  zapasów  Niemcom  . Człowiek  ten  zmarł  po  kilku  tygodniach  .  Jednak  najbardziej  wstrząsające  zdarzenie  miało  miejsce  w  1942  roku  , tuż  przed  Świętami  Wielkanocnymi  . Kiedy  pan  Zdzisław  opowiadał  mi  tą  historię  kilka  razy  musiał  przerywać  , gdyż  łzy  wzruszenia  , nie  pozwoliły  mu  mówić .
   Relacja  pana  Zdzisława  Lesiaka  :
   „ W dzień  przed  tragedią  , do  wioski  przyjechali  Cyganie . Wozy  obite  płótnem pozostawili  pod  lasem  między  Jeżowem  a  Gracuchem  , nad  drogą  Sendowską  . Przyszli  do  wioski  z  dziećmi  prosząc  o  jedzenie  , proponując  handel  wymienny  . Rozmawiałem  z  jednym  , pytałem  gdzie  jadą dalej  i  czy  Niemcy  nie  zabierają  im  koni  . Chudziutkie  to  były  szkapiny , a  ludzie  też  tak  jakoś  nędznie  i głodno wyglądali .  Wrócili  do  taboru i zostali pod  lasem  na  noc  .  Późnym  popołudniem  do  sołtysa  Feliksa  Kotasa podjechał  samochód    z  dwoma  oficerami  SS  i eskortą  .  Potem  pojechali  do  gajowego  Wasika ( imienia  nie  pamiętam ) . Wszystkim  wiadomo  było  że  lubił  się  z  Niemcami  . Uprzykrzał  życie  mieszkańcom  różnymi  sposobami ,  a  to  doniósł  do  żandarmerii  na  zastawiającego  wnyki  sąsiada  ,  a  to  próbował  pozyskać  ziemię  od  innego  w  nielegalny  sposób  . W  pierwszym  przypadku  sprawa  zakończyła  się  batami  dla  nieszczęśnika  , w  drugim  przypadku  nic  nie  wskórał  . Wasik  obiecał  SS-manom  polowanie  na  cietrzewie  , a  że  na  tokowisko  trzeba  udać się  skoro  świt  , umówił  się  z  nimi  nazajutrz  . Na  drugi  dzień  obudziły  mnie  wystrzały  z  dubeltówki  . Niemcy  polowali  na  cietrzewie  w  miejscu  wskazanym  przez  gajowego  Wasika , który  również  był  na  tym  polowaniu . Nieopodal  czekał  z  końmi zaprzęgniętymi  do  bryczki  żołnierz  .  Niemcy  wracając  zauważyli  smużki  dymu  od  strony drogi  na  Sędów  . Zainteresowani  spytali  Wasika co  tam  się  dzieje  . Ponoć  opowiedział  im  że  stacjonują  tam  Cyganie  , którzy  chodzili  wczoraj  po  wsi  .  Oficerowie  zostawili  upolowane  ptactwo  w  bryczce  , nakazali  żołnierzowi  wezwać  posiłki  , a  sami  udali  się  pieszo  w  stronę  taboru Romów . Oczywiście  prowadził  Wasik  . Zanim  Niemcy  dotarli  na  miejsce  , do  wsi  przyjechał  gazik  z  kilkoma  żołnierzami  . Zabrali  z  domu  sołtysa  żeby  pokazał  im  drogę  do  miejsca  gdzie  byli  Cyganie  .  W  tym  czasie  w  obozie  obudzonym  strzałami  na  polowaniu  , szykowano  się  do  odjazdu  w  stronę  Sobienia  .  Jedna  z  kobiet  tknięta  złym  przeczuciem  przebrała  najmłodszego  synka  w  dziewczęce  ubrania  .  Głośne  Halt ! Halt !  przerwało    krzątaninę  przy  koniach  .  Nadjechał  samochód  i  reszta  żołnierzy  wzięła  na  cel  biednych  Romów  .  Wasik  przetłumaczył  żeby  wszyscy  mężczyźni  poszli  przez  pole  do  domu  sołtysa  na  przesłuchanie  , kobiety  mają  tu  zostać  .  Było  sześciu  mężczyzn  ( w tym  przebrany  pięcio lub  sześcioletni  chłopiec ) , w  eskorcie przez  łąki  poszło  pięciu  dorosłych  . W  domu  sołtysa  odbyło  się  okazanie  i  przesłuchanie  tych  ludzi  . Po  krótkiej  naradzie  SS-mani  wydają  wyrok  śmierci  do  wykonania  zaraz  ,  za  stodołą  Feliksa  Kotasa  .  Sołtys  prosi  żeby    tu nie  strzelać    ,  że  za  blisko  , żeby  nie  za  jego  stodołą  .  Niemcy  zwracają  się  do  Wasika  , aby  wskazał  cdn.....

Fot 1 . Pan  Zdzisław Lesiak  z  synem  Markiem  .
Fot.2 . Pan  Dariusz  Kucharski  pokazuje  mogiłę  .
Fot.3. Mogiła  Romów


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 21, 2013, 14:20:19

............lepsze  miejsce  na  egzekucję  .  Miałem  wtedy  13  lat  i  rozumiałem  już  pewne  sprawy  .  Obserwowałem  wszystko  zza  płotu  i  pilnowałem żeby  nie  zauważył  mnie  żaden  z  żołnierzy  . To  co  się  działo  w  polu  i  w  domu  sołtysa  wiem  z  jego  opowiadania  .  Nagle  otwierają  się  drzwi  .  Wychodzą  z  rękami  splecionymi  z  tyłu  głowy  ,  a  za  nimi  SS-mani i  eskorta .  Widzę  jak Wasik  pokazuje  ręką  na  las  .  Kolumna  ruszyła  w  stronę  niewysokiej  górki  w  pobliskim  lesie  ,  na  wprost  domu  Kotasów  . Powoli  aby  mnie  nikt  nie  zauważył  ruszyłem  za  nimi  do  lasu .  Roślinność  jeszcze  nie  była  rozwinięta  po  zimie  , dlatego  wykorzystywałem  młodnik  sosnowy  . W  drodze  trzeba  było  przejść  przez  rów  , teraz  zalany  częściowo  wodą  . Nagle  słyszę  podniesione  głosy  , strzały  i  cisza  .  Widzę  że  kawalkada  ruszyła  dalej  . Później  dowiedziałem  się  że  jeden  z  Cyganów  rzucił  się  do  ucieczki  tym  rowem  , wykorzystując  moment  nieuwagi  Niemców  przy  przekraczaniu  tej  przeszkody  .  Strzelili  do  niego  kilka  razy  ale  bez  powodzenia  , podobno  uciekł  .  Na  miejsce  dotarło  czterech  nieszczęśników  . Zza  grubej  białej  brzozy  widziałem  jak  żołnierz strzela  w  tył  głowy  każdemu  z  osobna  .  Dla  mnie  to  był  szok  , nie  mogłem  się  ruszyć  ze  strachu  i  tego  czego  byłem  świadkiem  . Kątem  oka  widziałem  wymiotującego  Wasika  i  śmiejących  się  z  tego  powodu   SS-manów . Niemcy  wrócili  do  samochodu  ,  a  Wasik  został  na  miejscu  kaźni . Po  niedługim  czasie  dotarły  tu  Cyganki .  Rzucały  się  na  ciała  pomordowanych  , a rozpacz tych kobiet   była  tak  straszna  , że  szlochałem  razem  z  nimi  ukryty  w młodniku sosnowym . Ale  to  nie  koniec  .  Wasik  jakby  dostał  szału  i  zaczął  okładać  kobiety  kijem  , odganiając  je  od  zabitych  .  Po  odjeździe  Niemców  do  Końskich  , sołtys  przyprowadził  kilku  mężczyzn  z  łopatami  , żeby  wykopać  grób  zabitym . Oprócz  sołtysa  Feliksa  Kotasa  , obecni  byli  Lis  Adam , Kania  Józef  i  jeszcze  dwóch  innych  , których  nie  pamiętam . Wasika  przy  zabitych  już  nie  było  . Mężczyźni  głośno  mówili  o  przyczynieniu  się  Wasika  do  tej  tragedii . Miejsce zostało  oznaczone  brzozowym  krzyżem  . Cyganki  nie  pojawiły  się  , a  i  na  miejscu  pod  lasem  było  pusto . Nikt  nie  widział  kiedy  kobiety  z  dziećmi  wyniosły  się  z  Jeżowa .
Niedługi  czas  potem , może  kilkanaście  miesięcy   przyszli  partyzanci  do  gajowego  Wasika i  przeczytali  mu  wyrok  .  Został  rozstrzelany  za  wysługiwanie  się  Niemcom i  prześladowanie  mieszkańców  wsi  Jeżów .  Nie  wiadomo  gdzie  został  pochowany . „
   Ponieważ  dramatyczna  historia  zamordowania  Romów  zainteresowała  mnie  bardzo  , poprosiłem  o  wskazanie  miejsca  pochówku  .  Pan  Zdzisław  , zaproponował  że  to  miejsce  pokaże  mi  pan  Dariusz  Kucharski  , który  pamięta  i  sprząta  mogiłę  przed  1  listopada . Teraz  wszystko  zarosło  ,  samochodem  nawet  do  drogi  leśnej  się  nie  dojedzie  .  Stajemy  autem  za  dawnym  klubem  wiejskim  i  idziemy  przez  łąkę  do  lasu  .  Wysoka  trawa  , ledwo  widoczna  ścieżka  doprowadza  nas  do  rowu  przecinającego  pola  .  Czyżby  tą  samą  drogą  przechodzili  skazańcy  ?   Uroszeni  dochodzimy  do  leśnego  duktu  . Pan  Darek  chwilę  się  zastanawia  i  wskazuje  kierunek  na północny  wschód  . Jeszcze  kilkaset  metrów  i  widzę  wśród  drzew  wyrastający  wzniesienie  ,  a  nieopodal  brzozowy  pal  z dwoma   figurami  Chrystusa Ukrzyżowanego . W  latach  50-tych  na  to  miejsce  zaczęli  przyjeżdżać  Romowie . Przyjeżdżał z nimi   ocalały   chłopiec , już  jako  dorosły mężczyzna  . Cyganie  śpiewali  pieśni  , piekli  nad  ogniskiem  mięso  i  popijali  trunki  , wylewając  jeden  kieliszek  na  grób  zabitych  .  Odbywało  się  tak  co  roku  , aż  do  2005  roku . Od  tamtej  pory  żaden  z  Romów  nie  pojawił  się  przy  grobie  .  Mimo  tego  mieszkańcy  pamiętają  .  Zastanawia  mnie  jednak  coś  innego  .  Nikt  nigdy  nie  powiedział  jak  nazywali  się  zabici  , nie  zostawili  żadnej  tabliczki  z  imionami .  Do  dziś  leżą  tam  czterej  bezimienni  Cyganie  .

Pavelock


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Sierpień 02, 2013, 15:36:26
Wklejam  uzupełniony  artykuł  o  Wojciechu  Kronenbergu . Doszło  kilka  nowych  zdjęć  .
http://www.konskie.org.pl/2013/08/poszukiwanie-brzozowego-krzyza-wojciech.html#more


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Sierpień 22, 2013, 21:42:54
                                                               „ Zasobnik „

   Na  ślad  historii  o  ukrytym  zasobniku  ze  zrzutu  , trafiłem  we  wczesnych  latach  90 – tych . Pewien człowiek    dowiedział  się  jakie  mam  hobby , wspomniał    historię  o  ukrytym  w  pobliskim  Nieświniu  zasobniku  zrzutowym  z  Anglii , z  czasów  II  Wojny  Światowej . Podobno  w marcu  1943  roku  ,  ciemną  nocą ,  nadleciał  w  okolice  Końskich  brytyjski samolot  transportowy  Halifax . Zrzut  odbył  się  na  polanie  w  lasach  między  Piłą  a  Starą  Kuźnicą  . Na  spadochronach wylądowało  kilku  skoczków  tzw.”cichociemnych „ , oraz  kilka  pojemników  z  materiałami , amunicją  i  bronią  dla  miejscowych  oddziałów  partyzanckich . Operacja  ta  nosiła  kryptonim  „ Brick „ ,  a  oficerami  skaczącymi  z  13  na  14  III. 1943 r byli :




W marcu 1943 przerzucony na spadochronie do Polski, ląduje  w  pobliżu Końskich .Otrzymał przydział do Wywiadu Komendy Głównej AK w wileńskim ośrodku wywiadowczym. 8 listopada 1943 zatrzymany przez Gestapo, załamał się w śledztwie, ale 13 listopada 1943 zdołał uciec. Następnie służył w partyzantce. 19 marca 1944 objął dowództwo 6 Wileńskiej Brygady AK, którą dowodził w Operacji Ostra  Brama . 17 lipca 1945 został aresztowany przez NKWD, 18 miesięcy więziony w Wilnie, następnie w obozach w Ostaszkowie i Murszańsku w ZSRR. Do Polski powrócił 26 lipca 1948. Zmarł w 1967 w Zerzniu koło Warszawy



Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Sierpień 23, 2013, 05:57:16
       ppor. Longin Jurkiewicz "Mysz”

   został 13 marca 1943 r. zrzucony na teren Polski. Od lipca do listopada 1943 r. kierował techniką Ośrodka Wileńskiego Wywiadu Dalekosiężnego Komendy Głównej AK. Ośrodek obejmował swą działalnością Łotwę, Litwę, Białoruś i Wileńszczyznę .  Longin Jurkiewicz był podporucznikiem, używał oryginalnego pseudonimu “Mysz”. W listopadzie 1943 r. został aresztowany przez wileńskie gestapo. Przesłuchiwany przez Niemców i ich litewskich pomocników w gmachu o ponurej sławie, przy ulicy Ofiarnej, został zakatowany, nie zdradziwszy przedtem żadnych tajemnic organizacji.



fot. ppor Jurkiewicz  w  środku  .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Sierpień 23, 2013, 17:01:42
              ppor. Wojciech Lipiński "Lawina"

        Urodził się 12 listopada 1921 r. w Bliżynie. Od roku 1925 zamieszkał w Skarżysku Zachodnim. Nie  może  pogodzić  się  z tragedią  Września  1939 r. przedostaje  się  do  Budapesztu , później  przez  Jugosławię  i  Włochy  trafia  do  Francji . Wstępuje  do  Brygady Strzelców  Podhalańskich , a  w  maju  1940 roku  walczy o  Narvik  . W  Norwegii zostaje  ranny  , przetransportowany  do  Szkocji  , gdzie  uhonorowano  go  Srebrnym  Krzyżem  Virtuti Militari z  rąk  gen. Sikorskiego . W Szkocji Lipiński ukończył Szkołę Podchorążych i wkrótce został awansowany na oficerski stopień podporucznika .Nocą 13/14 marca 1943 r. w ramach operacji pod kryptonimem „Brick”, Lipiński „Lawina” z trzema innymi „cichociemnymi” skoczył w pobliżu Końskich. „Lawina” i „Bekas” wkrótce po  skoku  zostali zatrzymani i osadzeni w więzieniu gestapo, które na szczęście nie rozpoznało ich jako cichociemnych.  Okrutnie torturowanych przetrzymywano w brudnych , zawszonych celach. Konspiracja ruszyła z pomocą. Więzionych udało się po kilkunastu dniach wykupić, w czym dopomogło im zachorowanie na tyfus, którego Niemcy panicznie się obawiali (konspiracyjnie do celi dostarczono im wszy zarażone prątkami). Działał  na  Wileńszczyźnie  , gdzie  zasłynął  akcją  przeciwko  Szaulisom mordującym przerzucanych  Polaków  do  Szwecji .Wiosną 1944 r. po zajęciu wschodnich terenów Polski przez radziecką armię,  „Lawina” został odwołany do Warszawy, gdzie otrzymał nominację na z-cę kierownika komórki bezpieczeństwa w centrali Armii Krajowej .Po  wojnie  ujawnił  się  służbom  bezpieczeństwa  .Zmarł 5 lipca 2004 roku. Pochowany w Panteonie Żołnierzy Polski Walczącej cmentarza wojskowego w Warszawie przy udziale kompanii honorowej WP., delegacji kapituły Kawalerów Krzyża VM, pocztu sztandarowego jednostki Grom .
 


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Sierpień 23, 2013, 17:08:42
                                                      ppor. Janusz Messing "Bekas"


Tak  jak  „ Lawina „  , Janusz  Messing  trafia  do  tworzącego  Wojska  Polskiego  we  Francji  , walczy  w  Norwegii gdzie  zostaje  ranny  . Trafia  tym  samym  statkiem  do  Szkocji , zostaje  odznaczony , a  później  trafia  na  kurs  cichociemnych . W  nocy  z  13/14 III.1943  ląduje  na  spadochronie  w  okolicy  Końskich  .Zostaje  zatrzymany  razem  z  „Lawiną „  w  pociągu  do  Tomaszowa . Trafia  do  więzienia  , ale  dzięki  organizacji  zostaje  wydostany i  wyleczony  z  tyfusu  na  melinie . W  AK  zajmuje  się  wywiadem . Walczy  w  Powstaniu  , trafia  do  niewoli  , a  później  do  obozu  . Po  wyzwoleniu  obozu  przez  wojsko  Amerykańskie próbuje  dostać  się  do  Polski  .  W  drodze  jednak  zmienia  zdanie  i  przedostaje  się  do  Anglii .Zmarł 04.01.2010 r. 



   Lądowanie  przebiegło    bezpiecznie  , w  oznaczonym  czasie  i  miejscu .  Oficerowie   mieli  ze  sobą  tak  zwane  „ złote  pasy „ , które  musieli  ukryć  zgodnie  z  instrukcją  . Informacje  dotyczące  miejsca  ukrycia  pasów  przekazano  miejscowej  placówce  AK . Grupa  ochraniająca  przybycie  skoczków  , zabezpieczyła  również  zasobniki  . Większość  zrzuconych  pojemników  przewieziono  do  magazynów  leśnych  . Okazało  się  że  wszystkie  nie  wejdą  na  podwody  i  kilka  trzeba  ukryć  na  miejscu  w  lesie .   
   Po  kilku  dniach  partyzanci  po  wyprawieniu  gości  z  Anglii w  wyznaczone  im  rejony  , wrócili  na  miejsce  ukrycia  „ złotych pasów „  i  zasobników  . Podjęto  parciane  pasy  w  których  zaszyte  były  złote  monety  i  dolary  . Po  przekazaniu  depozytu  do  sztabu  , okazało  się  że  jeden  z  nich  jest  naruszony  i  brak  jest  pliku  banknotów  20  dolarowych . Pierwsze  podejrzenia  padły  na  członków  ruchu   oporu  biorących  udział  w  przyjęciu  zrzutu  , oraz  podjęciu  i  przekazaniu  pasów  do  centrali . Żołnierze  wzięli  sobie  za  punkt  honoru  odnalezienie  brakujących  pieniędzy  .  Wywiad  nakazał  pilnować  przeróżnych  transakcji  na  bazarze  , melinach i  na  czarnym  rynku   gdzie  mogłyby  pojawić  się  dolary . ( Podobną  sytuację  mogliśmy  oglądać  w  serialu  Czas  Honoru , prawdopodobnie  scenarzysta  skorzystał  z prawdziwej  historii  z  okolic  Końskich ) . Wróćmy  jeszcze  do  zasobników  , ukrytych  w  lesie  po  zrzucie  .  Otóż  zakopano  4  pojemniki  , a  podjęto  kilka  dni  później  tylko  3  .  Znać  było  ślady  czyjejś  ingerencji  w  skrytce . Ślady  dwóch  ludzi  i  bruzda  wyorana  przez  ciągnięty  ciężar  prowadziły  do  skraju  lasu  , gdzie  ślady  kończyły się  na  drodze . Prawdopodobnie  zasobnik  został  włożony  na  wóz konny . Próby  odnalezienia  skradzionego  pojemnika  spełzły  na  niczym .  Nie  znaleziono  żadnego  śladu , mimo  zakrojonego  na  szeroką  skalę  śledztwa . Ale  ważniejsze  były  skradzione  dolary  , chodziło  przecież  o  prestiż  i  honor  żołnierzy  podziemia  . Po  kilkunastu  dniach  na  czarnym  rynku  pojawia  się  20 dolarowy  banknot . Ktoś  zapłacił  nim  za  niedostępne  nigdzie  indziej  lekarstwa  .  Odzyskano  ten  banknot  i  uzyskano  informację  o  człowieku  , który  nim  płacił  . Człowiek  ten  został  zatrzymany  i  poddany  śledztwu  . W trakcie  przesłuchania  wyszło  że  pozyskał  on  kilka  banknotów  od  chłopa  z  okolicznej  wioski  , u  którego  zaopatrywał  się  w  mięso  . Zaopatrzeni  w  niezbędne  informacje  dotyczące  zamieszkania  „ dolarowego  chłopa „ , ruszyli  pod  wskazany  adres  .  W  chacie  widać  było  wszędobylską  biedę  , na kuchni  gotowały  się  ziemniaki  , a  gromadka  dzieciaków  ciekawie  przyglądała się  partyzantom . Żona  gospodarza  spoglądała  z  niepokojem  na  przybyłych  . Chłop  na  początku  nie  przyznawał  się  do  znajomości  z  człowiekiem  z  bazaru , ale  po  kilku  przypominających  razach  , przypomniał  sobie  o  handlu  wymiennym z  tym  człowiekiem  .  Chłop  organizował  i  sprzedawał  lub  wymieniał  mięso  na  inne  towary  z  mieszkańcami  miasta  . Po  pytaniu  o  dolary  , zaciął  się  w  sobie  i  nie  odpowiadał  na  żadne  pytania  . Nie  pomogły  kuksańce  i  groźby  .  Dopiero  przerzucony  przez  belkę pod  sufitem  sznur  z  pętlą  , płacz  dzieci  i  błaganie  żony  ,złamało  nieszczęśnika  i  wskazał  miejsce  ukrycia  dolarów  .  Skrytka  znajdowała  się  w  dolnej  części  glinianego  pieca  ,  w wydrążonym  otworze  zamaskowanym  kawałkiem  pomalowanej  na  biało  wysuszonej  gliny . Brakowało  3 banknotów  20  dolarowych  , które  odzyskano  od  człowieka  z  bazaru  .  Chłop  oberwał  wyciorem  po  gołym  tyłku  i  dostał  ostrzeżenie  .  Pieniądze  odzyskano  i  przekazano  do  sztabu  . 


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Sierpień 23, 2013, 21:04:41
         ciąg  dalszy  " Zasobnik"

            Ale  co  z  zasobnikiem  ?  Prowadzona  sprawa  nie  przyniosła  rezultatu  .  Chłop  nie  wiedział  nawet  o  co  go  pytają .  Nie  widział  nic  i  nikogo  . Opowiedział  że  wracając  z  pozyskanym  mięsem  przez  las  w  nocy  z  13/14 III  , zobaczył  wozy  i  żołnierzy  kierujących  się  w  stronę  Niekłania  .  Poczekał  aż  przejdą  i  ruszył tam  skąd  wyjechali  partyzanci . Odnalazł  miejsce  po  ogniskach  i  domyślił  się  że  był  zrzut  .  Poczekał  do  rana  i  zaczął  szukać  śladów  .  Widać  było  próby  maskowania  bytności  skoczków  i  partyzantów  , ale  bystry  chłop  , wychowany  w  lesie  , wiedział  jak  znaleźć  wskazówki  i ślady .  Znalazł  w  pewnym  miejscu  kilka  niedopałków  papierosów  i  trochę  śladów  butów  . Nienaturalne  wydało  mu  się  niewielkie  wzniesienie  z  posadzonym  jakby  krzakiem  rokity .  Odnalazł  ukryte  pasy  , ale  odpruł  tylko  jedną  kieszeń  i  wziął  zwitek  banknotów . To  wszystko  jednak  go  przeraziło  i  przerosło  , resztę  zostawił  jak  było  i  z  powrotem  zamaskował  skrytkę  .  W  domu  żona  nakazała  odnieść  dolary  na  miejsce  , ale  chłop  się  zastanawiał  , a  kiedy  zdecydował  się  odnieść  skradzione  pieniądze  , było  już  za  późno  .  Sprawa  zaginionego  zasobnika  nigdy  nie  została  wyjaśniona  .
   W  roku 1991 trafiłem  do  szpitala  na  rutynowe  badania  , które  miały  potrwać  kilka  dni  .  Leżałem  na  sali  z  dwoma  innymi  pacjentami . W chwilach  między  badaniami czytałem  książki  o  charakterze historycznym , którymi  również  żywo  interesował  się  jeden  z  chorych .  Po  trochu  , nasze  rozmowy  przeradzały  się  w  ciekawe dyskusje  na  temat  lokalnej  historii .  Jeden  temat  zainteresował  mnie  szczególnie ,  a  dotyczył  lądowania  cichociemnych wiosną  1943 r oraz  zrzutowego  pojemnika . Pacjent  ( prosił  o  anonimowość  ) opowiedział  ciekawą  historię  na  temat  tego zrzutu .
   Tę  historię  usłyszałem  od  dziadka  w  latach  60-tych , kiedy  miałem  10-12 lat  , bardzo  dobrze  zapamiętałem szczegóły .W  nocy  z  13/14 III do    domu  jego  dziadków  ktoś łomotał  zawzięcie  domagając się  otwarcia  drzwi . W pierwszej  chwili  dziadek  pomyślał  że  to  żandarmi , ale  ktoś  mówił  w  języku  polskim . Okazało  się  że  to  „leśni „ żołnierze  szukali  podwody  . Przy  okazji  wpadli  do  kuchni  szukając  czegoś  do  jedzenia  , po  domu  rozszedł  się  zapach  dymu  z  ogniska . Dziadek  zaprzągł  konia  do  wozu  i  ruszył  w  stronę  Czystej  razem  z  grupą  partyzantów . Był  zaprzysiężony i wcześniej  wiele  razy  pomagał  podziemiu  w  różny  sposób . Czekał  na  zrzut  razem  z  placówką  Niekłańską  , później  załadowany  wóz  poprowadził  w  stronę  Smarkowa  . Tam  kazano  mu  czekać  , a  wóz  z  ładunkiem  zabrano w  nieznanym  kierunku  .  Dziadek  opowiedział  , że  nie  zabrano  wszystkich  pojemników z  polany  , że  dwa  zostały  zakopane  w  piaszczystym  młodniku  . Było  już  rano  gdy  odprowadzono  konia  dziadkowi , kazano  czekać  kilka  dni  na  reakcję  Niemców czy  jej  brak w  sprawie  zrzutu  . Dwa  kolejne  zasobniki  miały  zostać  podjęte najpóźniej  za  trzy  , cztery dni . Ponieważ  było  już  dobrze  widno  , dziadek  ze  względów  bezpieczeństwa  musiał  przesiedzieć  w  lesie  i  czekać  do  zmierzchu  .  Było  to  konieczne  , gdyż  jeden  z  sąsiadów  na  wsi  współpracował  z żandarmerią  i  na  pewno  by  się  zainteresował  gdzie  to  był  wozem  po  nocy  . Dziadek  postanowił  zaczekać  niedaleko  miejsca  nocnego  zrzutu , zaszył  się  w  młodniku  i  czekał  . Najgorszy  był  brak  papierosów  , te  które  dostał  od  żołnierzy  wypalił  po  drodze  . Nagle  usłyszał  turkot  kół  i  rozmowę  dwóch  ludzi , którzy  zatrzymali  się  jakieś  100 m od  jego  kryjówki  . Przy  drodze  leżał  „ suszek „ , uschnięte  powalone  drzewo miało  paść  łupem  dwóch  mężczyzn . Pocięli  piłą  drzewo  na  mniejsze  kawałki  ,  wrzucili  na  wóz i  rozglądali  się  po  okolicy  za  jeszcze  jakimś drzewem  na  opał  . Dziadek  zorientował  się  , że  obracają  się  bardzo  blisko  młodnika  w  którym  ukryte  zostały  dwa  zasobniki  . Nie  znał  tych  ludzi  , przyjrzał  się  dokładnie  koniowi z  wozem  , gdyż  był  on  bardzo  charakterystyczny  . Dyszel  zrobiony  był  jakby  ze  starego  szlabanu  w  biało-czerwone  pasy . Po  pewnym  czasie  nie  słyszał  łamania  gałęzi  , tylko  podniesione  i  zaraz  przyciszone  głosy  tych  ludzi .  Musieli  trafić  na  skrytkę  . Załadowali  pojemnik  na  wóz  i  przykryli  gałęziami  , po  czym  odjechali  w  stronę  skąd  przybyli . Dziadek  odczekał  trochę  i  jak  mógł  najciszej  zaczął  skradać  się  za  mężczyznami  .  Doszedł  za  nimi  do  rozwidlenia  dróg  leśnych  ,  a  oni  udali  się  w  stronę  Nieświnia .  Dziadek  pomyślał , że  tak  „oznakowany”  wóz  będzie  łatwo  odnaleźć  i  zawrócił  do  pozostawionego  w  młodniku  konia . W  ciągu  kilku  dni  spodziewał  się  wizyty  leśnych  w  sprawie  pobrania  zasobników  , ale  nikt  się  nie  pojawił  , nie  zdobył  również  informacji  na  temat  ludzi  i  wozu  , którzy  zabrali  jeden  z  pojemników . Dopiero  po  dwóch  tygodniach  został  zabrany  na  przesłuchanie , które  odbyło  się  na  plebanii w  Niekłaniu . Pomimo  dokładnie  przekazanych  informacji w  sprawie  , oficer  jakby  zlekceważył  te  doniesienia  i  wręcz  sugerował  czy  aby  nie  dziadek  pobrał  sobie  jednego.........cdn


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Sierpień 24, 2013, 05:24:27
Ciąg dalszy " Zasobnika"

............z  zasobników .    Nikt  nie  słyszał  i  nie  widział  wozu  z  biało  - czerwonym  dyszlem . Partyzanci  jednak  nie  odpuszczali  i  szukali  zguby – bezskutecznie .  Wojna  dobiegła  końca  , byli  już  inni  „leśni „ , sprawa  zaginionego  zasobnika  tkwiła  jak  cierń  na  honorze  dziadka  . Rozpoczął  pracę  w  leśnictwie , wywożąc  drewno  z  lasu już  innym  koniem  . Poprzedniego  zabrali  uciekający  Niemcy  . Nowego  dziadek  pozyskał  z  bitwy  pod  Eugeniowem w  styczniu  1945 roku . Kilka  koni  błąkało  się  po  lesie  , wziął  jednego  i  ukrywał  do  zakończenia  działań  wojennych  . Mijały  lata  ,  któregoś  dnia  w  1951 roku został  wysłany  po  jabłka  dla  pracowników  leśnictwa do  Ruszkowic  .  Trafił  do  magazynów  i  przechowalni  owoców  .  Osłupiał  .  Na  podwórku  , między  skrzynkami  stało  kilka  wozów  ,w  tym  jeden  z  dyszlem  biało-czerwonym . Wóz  rozpoznał  od  razu  i  zaraz  zaczął  rozpytywać  czyj  on  jest  .  Okazało  się  że  należy  do  jednego  z  mieszkańców  Bryzgowa .  Dziadek  czekał  specjalnie  , aby  zobaczyć  człowieka  do  którego  należał  wóz  , miał  nadzieję  że  rozpozna  w  nim  jednego  z  dwóch  mężczyzn którzy  zabrali  pojemnik .  Okazało się  , że  to  nie  może  być  żaden  z  nich  , zupełnie  inna  sylwetka  , wzrost  i  ruchy  .  Zagadnął  go  grzecznie  o  ten  charakterystyczny  dyszel i  zaczęli  rozmawiać  . Wreszcie  powiedział  że  już  raz  widział  ten  wóz  w  czasie  wojny , tylko  w  okolicach  Rogowa .   Właściciel  odpowiedział  , że  całkiem  możliwe  , gdyż  zdarzyło mu się  pożyczyć  zaprzęg  szwagrowi  , który  mieszkał  w  Nieświniu  . Po  opisie  , dziadek  wiedział  już  że  szwagier  był  jednym  z  tych  ludzi . Zdobył  adres  szwagra  i  pod  pozorem  sprzedaży  jabłek  podjechał  pod  wskazany  adres .  To  był  on  , wielki  nieprzyjemny  typ  , cuchnący  wódką  .  Na  podwórzu  bałagan  , zaniedbany  rozsypujący  płot , wszędobylskie  śmiecie ,  zdradzały  charakter  tego  człowieka . Przez  wiele  kolejnych  lat  dziadek  myślał  w jaki  sposób  dowiedzieć  się  czegokolwiek  w  sprawie  zasobnika  .  Czy  otworzyli  go  z  drugim  mężczyzną  niedługo   po  wydobyciu  ?  czy  może  później  , po zakończonej akcji  poszukiwawczej  partyzantów ?   W 1958 lub 1959 r. człowiek  ten  zmarł  ,  a  dziadek  dalej  nie  wiedział  nic  w  sprawie . Wiele  prób  podejścia  go , spełzło  na  niczym  ,  ten  typ  był chamski  i  nie  chciał  o  tej  sprawie  rozmawiać  .  Przed  jego  śmiercią  dziadek  powiedział wprost , że  widział  go i  jeszcze  drugiego  człowieka  jak  wykradają  zasobnik  .  Pokłócili  się  strasznie    i  więcej  się  nie  zobaczyli  .  Po  jakimś  czasie  spróbował   podejść  żonę  zmarłego  .  Na  początku  kobieta  udawała  że  nic  nie  wie  na  ten  temat  , ale  na  sugestie  dziadka  , że  w  zasobniku  mogą  być  pieniądze  lub  złoto odpowiedziała  , że  pojemnik  mąż  zakopał  gdzieś  w  obejściu  . Nie  wiedziała  gdzie  , gdyż  podczas  ukrywania  towarzyszył  mężowi  tylko  jego  przyjaciel  .  Ten  drugi  człowiek  został  zabity  podczas  akcji  pacyfikacyjnej  przeprowadzanej  przez  Kałmuków . Wiedział  już  że  zasobnik  był  ,  a  może  jeszcze  jest  na terenie  posesji  zmarłego .  W  połowie  lat  60-tych  kobieta  sprzedała  dom  i  wyjechała  w okolice  Wrocławia . Dziadek  udał  się  do  nowego właściciela i  opowiedział mu całą  historię  .  Zaprzyjaźnili  się  nawet  i  razem  szukali  miejsca  zakopania  pojemnika .  Pomimo  wielu  prób  nie  udało  się  ustalić  miejsca  ukrycia .  Dziadek  zmarł  w  1974 roku  , nie  udało  mu  się  rozwiązać  zagadki  zasobnika  .  Nowy  właściciel  zmarł  na  początku  lat  80-tych  , a  schedę  po  nim  przejął  syn  . Ja  nie  próbowałem  nigdy  zagadnąć  go  na  ten  temat ,  zresztą  nie  mam  z  nim  kontaktu  od  lat     .  Ale  może  pan  spróbuje ? 
   Uzbrojony  w  taką  wiedzę  o  historii  zaginionego  zasobnika  zrzutowego  udałem  się  do  obecnego  właściciela  działki  i  powiedziałem  że  znam  tę  historię i  jeżeli  wyrazi  zgodę  to  możemy  spróbować  odszukać  depozyt  za  pomocą  wykrywacza  metali . Na  początku  gość  zainteresował  się  bardzo  , zaczął wypytywać  ile  kosztuje  taki  sprzęt  i  do  jakiej  głębokości  działa  . Po  wyczerpujących  informacjach  z  mojej  strony  na  temat  detektorów metali  , pan  stwierdził  że  sobie  kupi  i  sam  poszuka  ,  a  jeszcze  żebym  tu  więcej  nie  przychodził  . Zniesmaczony  takim  podejściem  , zrezygnowałem  z  dalszej  rozmowy  i  prób  poszukiwań  .  Jednak  jak  to  w  życiu  bywa  , musiało  upłynąć  jeszcze  trochę  czasu  , żeby  sprawa  dojrzała . Przyszedł  2012 rok  , zgłosił  się  do  mnie  syn  tego  „miłego”  pana  z  zamówieniem  usługi  wykonania  przyłącza  wodociągowego do  nowo  budowanego  domu  . Pojechałem  na  miejsce  obejrzeć  teren  i  wycenić  roboty  . Okazało  się  że  w  niedalekiej  odległości  od  starego  , buduje  się  nowy  dom  . Uzgodniliśmy  cenę  i  termin  wykonania  usługi  .  Myślałem  czy  powiedzieć  mu  o  całej  sprawie  , spytać  czy  jego  nieżyjący  ojciec  szukał  z  wykrywaczem  metali  ? Przyszedł  termin  roboty .  Sprzęt  w  razie  czego wożę  zawsze  w  samochodzie  . Podczas prac zagadnąłem tego  młodego  człowieka  o  sprawę  , i  spytałem  czy  mogę spróbować  poszukać  sprzętem  .  O  dziwo  chłopak  pozwolił  , a  sam  pojechał  do  miasta  załatwiać  jakieś  materiały  do  budowy .cdn


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: Cezary22 Sierpień 24, 2013, 11:02:01
 <szacun> czekamy na ciąg dalszy z niecierpliwością [brawo]


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Sierpień 24, 2013, 16:01:50
ciąg  dalszy  "Zasobnik"

        Dokładnie  obejrzałem  podwórko  , przypominałem  sobie  czy  zmieniło  się  coś  od  lat  90-tych . Potem  zastanawiałem  się  gdzie  ja  bym  ukrył  taki  spory  przedmiot .  Koparka  kopała  powoli  pod  przyłącze  , a  ja  chodziłem  na all metalu  po  całej  działce . W  międzyczasie  przyjechał  inwestor  i  opowiedział  jak  jego  ojciec  poszukiwał  skrytki wbijając w  ziemię  stalowy  pręt . Nigdy  nie  kupił  i  używał  wykrywacza  metali  . Na  strychu  w  starym  domu  , podczas  naprawy  dachu  znalazł  jakieś  elementy  spadochronu  , które  później  sprzedał  .


Na  fotce element  spadochronu  ( zdjęcie z odkrywcy- kiepskie ) pozyskany  z  okolic  Końskich  od  chłopa  . Nie  wykluczone  że  właśnie  z  tego podwórka .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Sierpień 24, 2013, 16:12:35
            To  był  wyraźny  znak  , że  jesteśmy  blisko  zasobnika  , a  przynajmniej  wiedziałem  już  że  historia  jest  prawdziwa  i  pojemnik  przynajmniej tu  kiedyś był . Pojawił  się  wyraźny  sygnał  , który  określał  , że  przedmiot  w  ziemi  jest  sporych  rozmiarów . Kopiemy  na  zmianę  z  kolegą  , nie  chcę  odrywać koparki  od  pracy  , zresztą  to  coś  nie  jest  głęboko  pod  ziemią  , najwyżej  1m . Saperka  uderza  o  metal  . Jest  prawie  płaska  powierzchnia , szukam  krawędzi  lub  końca  obiektu  .  Krawędzie  są  lekko  zaokrąglone  , ale  nie  jest  to  żadne  cygaro  , bardziej  przypomina  lekko  skwadratowiałą  beczkę  200 L . Powoli  , ale  skutecznie  odkopujemy  obiekt  .  Ma  około  1,30 m długości , a  średnica  około  0,4 m . Jest  bardzo zassany  w  ziemi  i  aby  go  wyciągnąć  muszę  skorzystać  z minikoparki  .  Podkopujemy  się  pod  obiektem  i  przerzucamy  pas  transportowy  . Pojemnik  jest  bardzo  ciężki  i  kopareczka  ciężko  sobie  radzi  z  wyciągnięciem  .  Ale  jest  już  na  wierzchu  .

         Co  było  w  środku  ? Ano  nic  po  prostu  ziemia  . Myślę  , że  nie  był  to  zasobnik  zrzucony  w  pamiętną  noc  1943 r.  Po  prostu  był  to  jakiś  pojemnik  nie  wiadomego  przeznaczenia  , który  został  zakopany  w  tym  miejscu  nie  wiadomo  po  co  .  Czy  kiedyś  uda  się  wyciągnąć  pozostałości  zasobnika  , czy  ta  tajemnica  zostanie  odkryta ?  Nie  wiem  . Obecny  właściciel  udostępnił  mi  teren  do  czasu ukończenia  budowy  domu  .  Mimo  wielokrotnych  prób  szukania  (  nawet  z  ramą  )  nie  udało  się  namierzyć  nic  większego  od  wiaderka . Być  może  pojemnik  został  opróżniony  i  porzucony  jeszcze  w  czasie  wojny  .   


 Na  fotce  odkopywany  pojemnik  na  działce  w  Nieświniu .

Pavelock



Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 01, 2013, 19:51:39
Wrzucam  link  do  filmiku  z  wydobycia  niemieckiego  działa  samobieżnego  Stuh 42  .  Filmik  dotyczy  artykułu  1  pt " Bagno "
http://www.youtube.com/watch?v=67-6yBz1u7g


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 05, 2013, 05:50:42
„ Pancerniak  od  Maczka „

   Nigdy  bym  nie  uwierzył  , że  poznam  tak  ciekawego  człowieka  . Tym  bardziej , iż  niewielu  żołnierzy  walczących  na  Zachodzie , wróciło  po  wojnie  do  kraju . Ci co  wrócili byli  prześladowani  a  do  dnia dzisiejszego  zostało  ich już  niewielu .  Pana  Stanisława  Brzezińskiego  poznałem  w  pierwszych  dniach  września  tego  roku . Wykonując  prace  instalacyjne  w  pobliskiej  Koczwarze  dowiedziałem  się  o  sędziwym  mieszkańcu  tej  wioski  , 90 -letnim , byłym  żołnierzu  Dywizji  Pancernej gen. Maczka  . Pan  Stanisław  okazał  się  być człowiekiem  komunikatywnym , bardzo  miłym    i  nie wyglądającym  na  swoje  lata  .  Wiedząc o  przeszłości pana  Brzezińskiego  , poprosiłem go o rozmowę na  ten  temat . Usiedliśmy  na  ławeczce za  domem   ,na  stoliku  pojawiła  się  kawa  i  ciasteczka  ,  a  z ust  „ pancerniaka „  popłynęła  opowieść .
   „ Urodziłem  się 20.11.1923 roku  w  Grzybowie  . Jako dziecko uczęszczałem  do  Szkoły  w  Końskich  , pamiętam  że  dyrektorem  był  pan  Proskurnicki . Po lekcjach pomagałem  rodzicom  w  obejściu . W  tym  czasie  chodziłem  również  na  naukę  gry  na  skrzypcach  do  pana Jana  Stoińskiego , późniejszego  komendanta  koneckiego  ruchu  oporu . Dużo  rozmawialiśmy  o  sprawach  patriotycznych  , historycznych  , to  on  zasiał  we  mnie  takie ziarno Polskości .
   Kiedy  wybuchła  wojna  , byłem  za  młody  aby  wziąć  udział  w walkach  w obronie kraju . W roku  1940  inżynier  z  Końskich ( nazwiska  nie  pamiętam )  , który  znał  moją  mamę  , wziął  mnie  do  pracy  przy  budowie  drogi  . Moim  obowiązkiem było  wbijanie  palików , posługiwanie  się  miarą  i noszenie  przyrządów mierniczych . Firmą  budującą  drogę  był  Stuag z  Austrii  , a  konecki  inżynier  był  kierownikiem  robót .  Miałem  tam  dobrze  , dużo  się  nauczyłem , a  kontakty  z  niemieckimi  pracownikami  zaowocowały  poznawaniem  tego języka . Pewnego  dnia  „mój” znajomy  inżynier  nie  pojawił  się  w  pracy  , a  jego  miejsce  zajął  wiedeńczyk  Józef  Liphert . Moje  dotychczasowe obowiązki  nie  zmieniły  się  ,  tylko  teraz  częściej  posługiwałem  się  przyrządami  mierniczymi  pod  okiem Lipherta . Był  dla  mnie  dobry , uczył mnie  niemieckiego  , a wkrótce  nieźle  mówiłem , pisałem i czytałem w tym  języku . Skończyłem  18 lat  i  dostałem  powołanie  do  Junaków Pracy . Był  1942 rok  , trafiłem  do  Radomia  pod  skrzydła  niemieckiego  inżyniera  w  stopniu  porucznika  ( nie  pamiętam  jego  nazwiska ) , który  prowadził  budowę  dróg  w  tych  okolicach  . Wraz  z innymi mieszkałem na budowie  w barakach , ale znając język niemiecki i mając doświadczenie jako pomocnik  inżyniera budowy dróg , trafiłem bezpośrednio do  tego porucznika . Oprócz zwyczajnych , codziennych obowiązków Niemiec nakazał mi obsługę magazynu . Ufał  mi  , dał  klucze do magazynu i swojego biura . Miałem tam sprzątać i palić w piecu . Oficer codziennie wieczorem wychodził z biura i wracał  na drugi dzień około godziny 9-10 . Pewnego wieczora powiedział  do mnie , że wróci  dopiero  następnego dnia późnym popołudniem . Zostawił dyspozycje  na  ten  dzień  i odjechał . Postanowiłem zostać w biurze na noc . Sprzątając zajrzałem machinalnie do  szuflady biurka , taka  moja ciekawość . W środku znajdowała się kabura , w niej pistolet P-08 Luger Parabellum i  2  magazynki  z  amunicją . W mojej  młodej głowie , nagle pojawił się szalony  pomysł , aby przywłaszczyć broń . Pistolet schowałem za pasek , kaburę zostawiłem w szufladzie , a uzbrojony również w przepustkę stałą wsiadłem do pociągu . W wagonie siedziałem z żołnierzami niemieckimi , ubrany byłem w uniform Junaka Pracy i nikt mnie  nie niepokoił .Dojeżdżając jednak w pobliże  domu , zdecydowałem się  wysiąść  w Wąsoszy , bałem się  ewentualnej rewizji przez Banschutzów .
Fot.1 Młody Stanisław Brzeziński
Fot.2 pieniądze okupacyjne


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 05, 2013, 15:59:32
Ciąg dalszy....
           Rodzice mieszkali już  w Koczwarze  , gdzie pieszo  dotarłem w nocy . Kiedy wszyscy już  usnęli ukryłem pistolet  w kuchni . Przy podłodze , obok  komina była poluzowana deseczka . Wyjąłem  drewno i  w  suchym piasku  ukryłem  broń , którą  zabezpieczyłem  natłuszczonym pergaminem i szmatami . Wiedziałem  , że  oficer  będzie  mnie szukał , dlatego postanowiłem uciekać do partyzantki . Wcześniej  już będą  na przepustce w domu chciałem wstąpić do oddziału przez mojego kolegę . Niestety  mój przydział  do lasu  został odroczony z powodu  młodego wieku i braku broni . Powiedziano mi że jak będę miał broń , przyjmą mnie od razu . Mając pistolet , miałem nadzieję na  przyjęcie , niestety  nie mogłem złapać kontaktu , a podobno oddział  działał  teraz w innym  rejonie . Na razie spałem u różnych kolegów i  po rodzinie . W tym  czasie do domu przyjechali żandarmi i  rozpytywali o mnie . Mama  powiedziała  , że  jak  pojechałem do Radomia do Junaków , tak jeszcze  nie pojawiłem  się  w domu . Dziś , tak sobie myślę , że  mój porucznik  musiał  mieć 2 pistolety , jeden nosił w kaburze przy pasie , a drugi miał w szufladzie . Myślę , że  nie przyznał się policji  o zaginięciu tej broni , ale robił wszystko aby mnie odnaleźć . Pomimo tego zaaresztowano  mojego tatę  , mówiąc  że  jak się zgłoszę  to  on  zostanie zwolniony . Postanowiłem uciekać na Zachód , najdalej jak się da .Przyjechałem do Częstochowy i  jakimś cudem udało mi się dostać na transport  pracowników jadących do Rzeszy . Tak dojechałem do Kolonii .Na miejscu wyczytywano ludzi z list i kierowano  do gospodarzy lub zakładów . Na placu zostałem sam , bez papierów i  w niezłym strachu . Zawołałem po niemiecku , że ja też  chcę pracować , ale zgubiłem dokumenty . Gauleiter w brązowym mundurze zapytał czy umiem czytać i podstawił mi pod nos paczkę z wypisanym adresem . Przeczytałem adres i zostałem zatrudniony przy segregacji paczek . Tam pracowałem przez 9 miesięcy , aż do dnia kiedy żandarm zatrzasnął mi kajdanki na jednej ręce a drugą zamknął na swojej . Trafiłem do Gestapo , a tam rozpoczęto śledztwo . Oficerowie  , którzy mnie przesłuchiwali , nie chcieli uwierzyć w moją wersję ucieczki od Junaków i chęcią  wyjazdu do pracy w Rzeszy . Po 3  miesiącach w Kassel zostałem przewieziony do obozu w Buhenwaldzie , a tam  skierowany zostałem do pracy w zakładach Dora . Po wojnie dowiedziałem się że w tych zakładach produkowano części  do  rakiet V1 ,V2 . W 1944 roku kiedy  było już gorąco i zachodziła obawa zbombardowania zakładu  , zostaliśmy przetransportowani za Ren . Tam  doczekałem się wyzwolenia przez Brytyjczyków . Poprosiłem Anglików o możliwość  wstąpienia do wojska . Zawieźli mnie do strefy  gdzie stacjonowała Polska Dywizja Pancerna pod  dowództwem gen. Maczka . Zostałem wcielony do 2 pułku i jako szeregowy służyłem  w czołgu  typu Sherman M4 .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: emes Wrzesień 05, 2013, 16:33:28
Bardzo ciekawa historia, sądząc po zdjęciu, to gdyby nie wojna to bohater Twojej opowieści mógłby grac role amantów w filmach ;). Nasz (motyla i mój) dziadek tez był żołnierzem Maczka, słuzył  w 10 BK od 39 r, mam sentyment do tej jednostki, coraz mniej żyjących maczkowców...


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 05, 2013, 17:34:23
Ciąg dalszy....
       Swój chrzest  bojowy  przeszedłem w Belgii podczas odbijania Tielt , a później Ruysselede .Walka trwała naokoło , obok w maszynach ginęli chłopcy atakowani panzerfaustami . Prawda  jest  taka  , że  niemieccy żołnierze byli zaprawieni w boju , odwagą  dorównywali  nam  Polakom ,no  i  mieli  skuteczną  broń  przeciwko  naszym  czołgom . Wystarczył  jeden  człowiek  z panzerfaustem lub panzershreckiem  i czołg stawał  w  płomieniach . Oprócz  tego  , saperzy  rozmieszczali  wszędzie  przeróżne  zmyślne  pułapki  , które  mogły  uszkodzić  nasze  pojazdy . To wszystko  działo się tak szybko i tak szybko posuwaliśmy się do przodu  , że  tak naprawdę mało  pamiętam  z tego okresu . Hałas , dym , wybuchy i ogień , to  wszystko  co  utkwiło w mojej pamięci .Wiem  na  pewno  że  moja  załoga  zniszczyła  kilka  samochodów  pancernych  oraz  kilkanaście  umocnionych  stanowisk  karabinów  maszynowych  i  działek  małego  kalibru .  Z walk w  Holandii pamiętam niszczone przez Niemców kanały . Woda  przelewała  się  na  torfową  ziemię  , co  skutecznie  hamowało  nasze  rajdy  . Czołg  który  wjechał  na  taką  ślizgawkę  grzązł   i  nie  mógł  wyjechać . Pamiętam  jeszcze  radość  i  entuzjazm  ludzi  . Tego  nie  da  się  opisać  , byliśmy  niejako  czczeni  , dziewczyny  rozdawały  całusy  raz  po  raz  , a inni  ściskali  nas  serdecznie . Z  rozkazu  dowództwa ruszyliśmy  w  stronę  Niemiec , przekroczyliśmy  granicę  pod  Goch i  uderzyliśmy  na  przeprawę  Kuersten . Pomimo  dużej  przewagi  długo  trwało  zanim  przełamaliśmy  opór  Niemców , dopiero  wsparcie  z  powietrza  złamało  ich wolę  walki .Na terenie  Rzeszy wyzwoliliśmy  obóz kobiet żołnierzy  AK w miejscowości Oberlangen . Na  teren obozu przybył  nasz  dowódca  podpułkownik Stanisław Koszutski i  wygłosił takie  małe  , ale  jak  wyraziste  przemówienie :- „Żołnierze Armii Krajowej i Towarzysze Broni, to historyczny moment spotkania na ziemi niemieckiej dwóch Polskich Sił Zbrojnych. Dzień 18 kwietnia niech zostanie na zawsze w Waszej Pamięci jako ukoronowanie dążeń i trudów. Niech żyje Polska!”.

           Mój  pułk zakończył walki  na  zdobyciu bazy Kriegsmarine w Wilhelmshaven gdzie w  przeddzień  natarcia , które mieliśmy wykonać  razem z Kanadyjczykami , twierdza poddała  się . Kapitulację  przyjął płk.dypl. Antoni Grudziński ,  wzięliśmy do niewoli wysokich oficerów marynarki , zdobyliśmy 3 statki wojenne , oraz  duże  zapasy  żywności .Później  była  stagnacja i  nuda .  Przez kolejne 2 lata  pełniliśmy  tutaj  funkcję okupacyjną . W czerwcu 1947 roku Dywizja została rozwiązana .Większość  żołnierzy  wyjechało  do  Wielkiej  Brytanii , a kilka  procent , w tym  ja zostało  w Niemczech .  Wyjechałem do Hamburga gdzie mieszkałem  przy  rodzinie niemieckiej .Głupio się  czułem u nich , miałem wrażenie że  w  pewien  sposób wykorzystuję  tę rodzinę . Źle się  tam  czułem . Wałęsałem  się  po mieście , nie wiedząc co ze sobą zrobić .W pewnym momencie przyszedł mi  do  głowy kolejny szalony pomysł i  postanowiłem wrócić do kraju , choć słyszało się  o niezbyt dobrej sytuacji w Polsce . Dostałem się na granicę z innymi  , którzy postanowili  wracać . Po  drodze pozbyłem się dokumentów wojskowych i z dowodem  obozu  koncentracyjnego przekroczyłem granicę .Wróciłem do  domu ale  nie przyznawałem się do swojej przynależności do wojska na Zachodzie . Przez długi czas nawet żona i dzieci o tym  nie  wiedziały . Dopiero w latach 80-tych dostałem wiadomość  z  Niemiec o  spotkaniach byłych  pancerniaków Maczka . Po  jakimś czasie  zacząłem jeździć na zloty żołnierzy  . Do dziś żałuję  pochopnego zniszczenia  wielu pamiątek z wojska , zdjęć i dokumentów , dziś są  nie  do  odtworzenia .Bałem się  że mogę być  rewidowany , a wiele się słyszało  o  represjach w stosunku do  żołnierzy powracających z  Zachodu .Pod koniec  lat  80-tych dostałem zaproszenie do Niemiec na wywiad do telewizji . Otrzymałem bilet i pojechałem  na  wywiad . Było  bardzo miło . W Polsce nigdy  nie wyemitowano tego  materiału . Od  pewnego  momentu  już  nie  wyjeżdżam na  zloty  pancerniaków , nie  mam  już  sił  a  i  niewielu z nas zostało .
R.N.- A  co  się  stało  z  tym  pistoletem , który  pan  ukrył  w  rodzinnym  domu ?
     W pewnym momencie przypomniałem  sobie  o  nim i na początku lat 90-tych , próbowałem odszukać  to  parabellum , które schowałem w skrytce pod podłogą . Niestety  bezskutecznie , brat  mój  kilka lat wcześniej zrobił remont domu  po  rodzicach  i  wtedy prawdopodobnie  broń została odnaleziona przez fachowców „.
   
R.N - Uważam że  mam trochę  szczęścia  w  poznawaniu  ciekawych osób . Cieszę  się  że  poznałem  pana Stanisława Brzezińskiego  - kawalerzystę pancernego od Maczka . Takie życiorysy i historie zostają  na długo w pamięci .

Fot.1i2 - zdjęcia  z  Niemiec rok 1947
Fot.3 Odznaczenie  Krzyż  Wolności
Fot 4 Pan Stanisław - dzień  dzisiejszy
Fot 5 zdjęcie  z obozu koncentracyjnego


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 26, 2013, 06:11:17
Historia  filmowa  z 5  Zlotu  Bez  Granic  w  Wielkiej  Brytanii  , nakręcona  przez  Boba  Budowniczego .
https://www.youtube.com/watch?v=gNnW5vmMjhY


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: kudłaty Październik 10, 2013, 06:02:38
Kurcze , na  drugi  rok  jadę  z  wami do  Anglii  . Już  zaczynam  zbierać  kaskę  .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: emes Październik 10, 2013, 20:47:31
wystarczy Tomek, że szlugi rzucisz i już masz kaskę ;D


Tytuł: Odp: bagno"zasobnik" Wiele lat temu rozmawiąłem na ten temat z pilotem RAF z dyw
Wiadomość wysłana przez: Old tiger Październik 12, 2013, 22:54:28
                                                               „ Zasobnik „

   Na  ślad  historii  o  ukrytym  zasobniku  ze  zrzutu  , trafiłem  we  wczesnych  latach  90 – tych . Pewien człowiek    dowiedział  się  jakie  mam  hobby , wspomniał    historię  o  ukrytym  w  pobliskim  Nieświniu  zasobniku  zrzutowym  z  Anglii , z  czasów  II  Wojny  Światowej . Podobno  w marcu  1943  roku  ,  ciemną  nocą ,  nadleciał  w  okolice  Końskich  brytyjski samolot  transportowy  Halifax . Zrzut  odbył  się  na  polanie  w  lasach  między  Piłą  a  Starą  Kuźnicą  . Na  spadochronach wylądowało  kilku  skoczków  tzw.”cichociemnych „ , oraz  kilka  pojemników  z  materiałami , amunicją  i  bronią  dla  miejscowych  oddziałów  partyzanckich . Operacja  ta  nosiła  kryptonim  „ Brick „ ,  a  oficerami  skaczącymi  z  13  na  14  III. 1943 r byli :




W marcu 1943 przerzucony na spadochronie do Polski, ląduje  w  pobliżu Końskich .Otrzymał przydział do Wywiadu Komendy Głównej AK w wileńskim ośrodku wywiadowczym. 8 listopada 1943 zatrzymany przez Gestapo, załamał się w śledztwie, ale 13 listopada 1943 zdołał uciec. Następnie służył w partyzantce. 19 marca 1944 objął dowództwo 6 Wileńskiej Brygady AK, którą dowodził w Operacji Ostra  Brama . 17 lipca 1945 został aresztowany przez NKWD, 18 miesięcy więziony w Wilnie, następnie w obozach w Ostaszkowie i Murszańsku w ZSRR. Do Polski powrócił 26 lipca 1948. Zmarł w 1967 w Zerzniu koło Warszawy


301, 138, 1586. Sprawa była raczej  bardziej skomplikowana ... Przynajmniej tak to pamiętam. Jestem w RB od 15 bm .Pozdrawiam historycznych dreptaków  Old tiger.


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Październik 27, 2013, 16:12:06
Trochę  uzupełniony  artykuł  o  zasobniku :
http://www.konskie.org.pl/2013/10/zrzut-cichociemnych-13-na-14-marca-1943.html


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: emes Październik 27, 2013, 20:37:28
Pasjonujące...no i masz robotę  - marzenie każdego poszukiwacza stary! ;)


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Listopad 25, 2013, 21:56:48
W  związku  z  artykułem  o  zrzucie  cichociemnych  , dostałem  informacje  od  kilku  osób  uzupełniające  moje  badania  w  tym  temacie  .  Oczywiście  na  razie  będą  weryfikowane  , ale  jeden  pan  przysłał  mi  taką  oto  ulotkę  agitacyjną  , podobno  często  występującą  przy  zrzutach  .  Czy  ktoś  z  kolegów  spotkał  się  z  takim  typem  ulotki  ? 
W  MWP nie  mieli  na  jej  temat  żadnych  wiadomości  .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Grudzień 13, 2013, 06:54:06
Wrzucam  odświeżony  trochę  i  uzupełniony w zdjęcia  artykuł  , w pierwotnej  wersji  tytuł " Depozyt Emila "
http://www.konskie.org.pl/2013/12/depozyt-gdyby-kamienie-umiay-mowic.html


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Styczeń 06, 2014, 09:09:13
Część  I .
              Stary Grzybów – Krzyż  z historią Powstania Styczniowego  w  tle

   Zawsze  kiedy  pracuję  w  terenie  dłużej  niż  tydzień  , staram  się  nawiązać  kontakt  z  osobami  mającymi  informacje  na  temat  wydarzeń  z  historii  w  ich  najbliższym  otoczeniu . Szukam  legend  , opowiadań  i  relacji  świadków .  Tak  było  w  Starym  Grzybowie  w  2011 roku , podczas  robót  przy  budowie  nowego  wodociągu  . Tym  razem  starsza  pani  sama  do  mnie  podeszła  i poprosiła  o  dokładne  wyznaczenie  trasy  nowego  wodociągu , który  łączył  się  na  jej  podwórku  ze  starą  instalacją  . Po  wyznaczeniu  trasy  instalacji  , okazało  się  że  tylko  kilka  metrów  wykopu przechodzić  będzie  przez  jej  podwórko .  Widać  było  , że  pani  odetchnęła  z  ulgą  , po  czym  opowiedziała  mi  taką  historię  :
                           Relacja dziadka pani  Jadwigi  Nowak – Michała  Talera  .

   „ Za  oknem  wiatr gwizdał  i  przeszywał  gałęzie drzew , strącając przy  tym  okruszki śniegu  . Zamieć  zdawała  się  co  rusz  przybierać  na  sile  . Chuchaliśmy  z  siostrą  w  małe  okienko w  kuchni by  zobaczyć  cokolwiek na  zewnątrz , ale robiło  się  już  ciemno  i  tylko  kontury  drzew  przebijały  przez  tumany  wznoszącego  się  śnieżnego  pyłu .  W  izbie  było  przyjemnie i ciepło , tatuś  siedział  na  ławce  paląc  fajeczkę  , a  mama  cerowała  naszą  bieliznę . Brutus – nasz  pies  leżał  w pobliżu  pieca  , grzejąc stare  już  kości . Na  co  dzień  jest na  dworze  , ale  tata  zabrał  go  do  środka  , gdyż  na  zewnątrz  była  zawierucha  śnieżna . Lubiłem  takie  chwile  , kiedy  rodzina  była  razem  . W tym  sielskim  nastroju , przy  odgłosie  strzelających  gałęzi  w  piecu  , pojawiło  się  w  wychuchanej  szparce  okna migocące  światełko . Raz ginęło  , raz  się  pojawiało , zdawało  się  iż  zbliża  się  coraz  bardziej  ku  domowi . Brutus  podniósł  łeb  nasłuchując ,    zdawało  się  że  wyłapuje  jakieś obce  odgłosy wśród wyjącego  wiatru . Zerwał  się  i  podbiegł  do  drzwi  ze  złowrogim  gulgotem  w  gardle .
„Ktoś  jest  na  zewnątrz  !  widziałem  światło „-  powiedziałem  do  rodziców . Tatuś  podkręcił płomień  lampy  naftowej , mama  przerwała  swe  robótki  ,  a  pies  zaczął  na  dobre  ujadać . W tym  samym  czasie  usłyszeliśmy  wszyscy  łomot  i  głosy  ludzkie :
„Otwórzcie  !  Dobrzy  ludzie  , otwórzcie . My  chrześcijanie ,  mamy  rannego „ .             
Tata  nakazał gestem  ręki  schować  się  za  piecem  , a  sam  zwolnił  skobel  , otwierając  drzwi . Powiało  chłodem , do  izby  wszedł  mężczyzna  z  latarenką  w  ręku  , a  za nim  weszło  jeszcze  dwóch  niosących  pod  ramionami  rannego . Widać  było  że  są  zmarznięci  i  zmęczeni . Twarze  czerwone od  mrozu , a  na  kołnierzach  kożuszków  i  futrzanych  czapach odłożyła  się  warstwa śniegu . Przy  boku mieli  krótkie  szable , za  pasem  pistolety  , a  przez  plecy  przewieszone  dwururki  .   
   -” Proszę  się  nie  bać   , jesteśmy  od  powstańców  , nasz  oddział  stoczył  tu  niedaleko bitwę   . Kozacy  rozbili  naszą  kawalerię  i  odcięli  nas  od  głównych sił . Nasz  dowódca spadł  z  konia  cięty   szablą w nogę  . Niesiemy  go  już  od wczoraj  . Bliżyn  zajęty , w Odrowążu duże  siły  Kozaków , a  wszystkie  wioski  obsadzone  dragonami  i piechotą   . Odpoczniemy  trochę  , opatrzymy  naszego oficera   i  ruszamy  do  Końskich  ,  tam  jest  lekarz  i  zaprzyjaźniony  dom . Czy  widzieliście  w  pobliżu  wojsko  ?  „
- „  Ani  Rosjan  , ani  naszych  nie  widziałem  „  -  odparł  ojciec . 
   Mama  szybko  uprzątnęła  ze  stołu , tata  zapalił  drugą  lampę   , a  przybyli  ułożyli  rannego  na  podłodze . Z  wysokiego  buta  oficera  wylała  się  krew , nad  straszliwą  raną  sięgającą prawie  od  pasa  do  kolana  zawiązana była  szarfa   .  Widziałem  strasznie  bladą  twarz  , pokrytą  kropelkami  potu , gorączkował  . Miał  półprzymknięte  oczy  i  ciężko  oddychał  .  Wojskowi zdjęli  kożuchy , usiedli  na  ławie  i  jedli  podany  im  gorący  barszcz . Byli  tak  zmęczeni  , że  zaraz  posnęli  na  siedząco .  Potem  rodzice  zajęli  się  rannym . Mama  porozcinała  grube  sukienne  spodnie rannego , aby  przemyć  i  zaopatrzyć  ranę , z której  sączyła się  krew  i ropa . Buta  nie  udało  się  zdjąć  , a  wszelkie  próby  sprawiały  straszny  ból .  Tata  obmył  okolice  rany  i  przewiązał  bandażami , uzyskanymi  z  naszych  płóciennych koszul .  Ranny  oficer  poprosił  słabym  głosem  o  wodę  .  Ledwie  mógł  dźwignąć głowę  przy  piciu  , potem  usnął  . 


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Styczeń 06, 2014, 19:30:47
Część II
Nie  spaliśmy  do  rana  , gdyż zmęczeni  żołnierze  chrapali  głośno  , a  ranny  majaczył  w  gorączce . Rodzice  czuwali  nad  oficerem  całą  noc . Zamieć  praktycznie  się  zakończyła  .
Tata  wypuścił  Brutusa  na  zewnątrz  , aby  w  razie  potrzeby  zaalarmował  szczekaniem zbliżanie  się  obcych . Powstańcy  wstali  i  po  krótkiej  modlitwie  napili  się  po  trochu  gorącego  mleka . Chcieli  zaraz  ruszać  do  jakiegoś  majątku  w  pobliżu  Końskich  aby  tam  zapewnić  swojemu  dowódcy  opiekę  i  ochronę  .  Tatuś  stanowczo  zabronił  ruszania  rannego  .  Rana  na  nodze  przez  noc  zastygła  , a  każdy  niepotrzebny  ruch  spowoduje  kolejne  otwarcie  i  krwotok  ,  którego  może  już  nie  przeżyć  .  Żołnierze  nie  chcieli  narażać  naszej rodziny na kłopoty  ze  strony  carskich  żołnierzy . Obiecali  jak  najszybciej przybyć  z  lekarzem  i  zabrać  rannego  w  bezpieczne  miejsce   . Tata  się  nie  bał  , wiedział  że  przy  takiej  pogodzie  i  dość  dalekim  oddaleniu  od  miejsca  potyczki  , nikt  nie  będzie tutaj  szukał  powstańców . Wyruszyli  leśnymi  duktami  , przez  wysoki  śnieg  , skierowali  się  w  stronę  Końskich  .  Rodzice  byli  przekonani  , że  jeszcze  tego  samego  dnia  , a  najpóźniej  w  nocy  dotrą  sanie  po  rannego   . Tak  się  jednak  nie  stało  . Tata  chodził  zdenerwowany  po  izbie  i  martwił  się  czy  powstańcy  nie  wpadli  w  zasadzkę  i  po  torturach  nie  wskażą  miejsca  gdzie  przebywa  ich  dowódca . Stan  rannego  jakby  się  nieco  poprawił , poprosił o  coś  do  jedzenia  . Był  jednak  tak  osłabiony  , że  po  kilku  łyżkach  zupy  , zasnął . Żeby  go nie  męczyć  , został  na  podłodze  na  kożuchu .  Toaletę  i  przemywanie  rany  rodzice  robili  , wcześniej  wysyłając  mnie  i  siostrę  do  obory . Minęły  kolejne  dwa  dni  , a  żołnierzy  ani  śladu  .  Oficer  raz  czuł  się  lepiej   , raz  gorzej   .  Po  kolejnym  wyjściu  do  obory  i  wejściu  ponownie  do  izby  poczułem  nieprzyjemny fetor  popsutego  mięsa  .  Będąc  cały  czas  w  pomieszczeniu  nie  czuliśmy  tego  przykrego  zapachu . Tej  nocy  wzmógł  się  wiatr i  zaczął  padać  deszcz  . Nadchodziła  odwilż  . Ranny  znowu  zaczął  gorączkować  i  majaczyć  . Tata  zaczął  przykrywać  ranioną  nogę  oficera  swoją  starą   burką . Rano  za  namową  rodziców wziąłem  moją  siostrę Zosię  i  poszliśmy za  rzekę  do  ciotki  , do  Grzybowa  .  Tam  opowiedziałem  wszystko  cioci  Jadzi  , która  bardzo  się  zdenerwowała  . Mówiła  o  głupocie  ze  strony  swojego  brata  i  narażaniu  dzieci   .  Chciała  nawet  iść  z  nami   z  powrotem  i  nakłonić  tatusia  , aby    się  zgłosił  do  strażnicy  i  mówił  że  został  zmuszony  do  zajęcia  się  rannym . Zostaliśmy  u  ciotki  na  noc  , co  było  uzgodnione  z  rodzicami  Po  powrocie  do  domu  , zobaczyłem  że  oficera  nie  ma  w  izbie  .  Miałem  tylko  12  lat  , ale  zrozumiałem  że  albo  został  zabrany  , albo  umarł  . Spytałem  tatusia  o  rannego  , zaprowadził  mnie  do  obory gdzie  na  czystym  sianie  leżał  zmarły   . Miał  zawiązaną  chustę  pod  brodą  i  splecione  dłonie . Tata  opowiedział  mi  , że  umarł  w  nocy od  zgorzeli  w  nodze .
    Ziemia  była  jeszcze  zmarznięta .  Choć  śnieg  topniał  w  oczach  to  kilof nie  łatwo  było  wbić  w  zmarzlinę . W rogu  podwórza stał  stóg  z  sianem  przykryty  gałęziami  jedliny . Przenieśliśmy  całe  siano  w  inne  miejsce  a  tam  gdzie  stał  stóg  , wykopaliśmy  głęboki  grób  i  tam  złożyliśmy  ciało  zmarłego  . Tata wcześniej   przeszukał  ubranie  i  kieszenie zmarłego , aby  znaleźć  drobiazgi  , które  można  by  było później  oddać  rodzinie . W  kieszeniach  znalazł  kilkanaście  srebrnych  monet , srebrną  dewizkę z łańcuszkiem  przy  kamizeli , na  piersiach  krzyżyk , pistolet i krótką rosyjską  szablę  . Tata  obciął  też  wszystkie  guziki  od  kurty  i  kamizeli , był  na  nich  jakiś  herb . Wszystkie  te  drobiazgi  zostały  zapakowane  w gliniany  gar , oczywiście prócz  szabli  i  pistoletu  , które  tata  ukrył  nad  strzechą  obory . Garnek  został  ukryty  w  domu  lub  blisko  domu .Tego  niestety  nie  pamiętam . Nie  znaleźliśmy  przy  zmarłym  żadnych  informacji  na  temat  jego  nazwiska  czy  też  skąd  pochodził . Tata  żałował  iż  nie  spytał  żołnierzy  o  to ,  kim  się  zajmuje .
   Minął  ponad  rok  od  śmierci  oficera  , nikt  się  nie  zgłosił  , nikt  nie  zapytał w  jego  sprawie . Powstanie  upadło późną  wiosną  tego samego roku  ,kiedy  zmarł  ranny  oficer . Zrobiło  się  bezpieczniej  i  spokojniej  . Tata  postanowił  postawić  krzyż  w  miejscu  mogiły  .
   W  pewnym  momencie  mojego  życia  wyjechałem  z  domu  i  pracowałem  w  majątku  ziemskim  na  Litwie  .  Tam  doszedł  mnie  list  od  Zofii  , mojej  siostry  , która  prosiła mnie   o  szybki  powrót do  domu .  Napisała  że    tatuś  jest  na  łożu  śmierci  . Wróciłem  , jednak  nie  zdążyłem  pożegnać  się  z  tatą  .  Mama  była  schorowana  , siostra  nie  była  zamężna , postanowiłem  zostać  i  gospodarzyć  w  rodzinnym  domu . Zosia  przekazała  mi  ostatnie  słowa


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Styczeń 07, 2014, 17:01:21
Część III - ostatnia
..............taty  :  „ pamiętajcie  o  mogile  powstańca ,  niech  Michał  zrobi  nowy  krzyż – dębowy „ . Zrobiłem  tak jak  tata  sobie  życzył  i  wystrugałem  dębowy  krzyż . Tym  razem  był  większy  od  poprzednich .  Po  latach  , kiedy  założyłem  własną  rodzinę  i  miałem  dzieci  , przekazałem  im  tę  historię  z  zaznaczeniem  o  tym , aby  zawsze  pamiętać  o  tym  bohaterze , który  pochowany  jest  na  naszym  podwórku . Obejście  zmieniało  się  z  biegiem  lat  ,  powstały  nowe  zabudowania  , stare  zostały  obalone  . Podczas  rozbiórki spod  strzechy  nad  oborą  , wypadło zawiniątko .  Znalazłem  schowany  przez  tatę  pistolet i  szablę  zmarłego  oficera . Lata  wilgoci  zrobiły  swoje  i  znaleziska  były  tak  zardzewiałe  , że  wyrzuciłem  je  do  dołu . Przypomniałem  sobie  o  glinianym  garnku  w  którym  były  monety i guziki  , ale  nie  wiedziałem  gdzie  tego  szukać  . Najpierw mama  ,   później Zosia  zmarły . One  mogły  wiedzieć  coś  o  ukrytych  drobiazgach ,   ja  nie  byłem  z  tatą  w  chwili    ukrywania  garnka . Odłożyłem  temat  na  inny  czas .  Przyszedł  nowy  XX wiek , a  z  nim  wiele  zmian  u  nas  w  rodzinie  . Syn  najstarszy  zaciągnął  się  do  wojska  , córka  wyszła  za  mąż , a  przy  nas  został  najmłodszy  -  Jan . Zawsze  przypominałem  swoim  dzieciom  o  tradycji  zmiany  krzyża  i  zmarłym  oficerze . Krzyż  był  już  tak  duży  , że  kobiety z okolicznych domostw zaczęły  przychodzić  od  pewnego  roku  na  „ majówki „ . Ktoś  zaczął  przynosić  figurkę , kobiety  siadały na  taborecikach  i  śpiewały  ku  czci  Matki  Boskiej  . Nikt  nie  wiedział  o  pochowanym  tu  człowieku . W  1913 roku  zmieniłem  z  Janem   kolejny  raz  krzyż  na  mogile  . „

 (  Relacja  wydarzeń  opowiedziana  przez  dziadka  pani  Jadwigi  Nowak , przekazana  jej  przez  ojca  Jana  Talera   .  )

 To  bardzo  ciekawe  , co  było  dalej  ? czy  pani  dziadek lub  ojciec   odnalazł  gliniany  gar  z  drobiazgami  po  powstańcu ?
   „ Ja  mojego  dziadka  nigdy  nie  poznałam  , zmarł  zaraz  po  tym  jak  dowiedział  się  o  śmierci  Kazimierza , swojego  syna  . Kazik  , służył  w  wojsku  carskim , zginął  na  froncie  w 1915 roku , gdzieś  pod  Łodzią  . Babcia  poszła  za  mężem  kilka  lat  później . Na  gospodarstwie  został  mój  tatuś   . Przypomina  mi  się  jak  opowiadał  raz  , że  wracając  z  „kawalerki” pod  wieczór , pod  krzyżem  ujrzał  postać  kobiety , klęczącej i  gładzącej  ręką  krzyż . Pomyślał  że  to  może  ktoś  z  sąsiadów  .  Tata  ożenił  się    , a  ja  przyszłam  na  świat  w niedługim  czasie . Tata  często  opowiadał    mi    o  dziadku  , o  powstańcu  i  podtrzymywał  we  mnie  pamięć  o  mogile .Opowiedział  również  o  widzianej  kilkakrotnie  postaci   klęczącej  kobiety . Myślał  nawet  , że  rodzina  wreszcie  odnalazła  szczątki  swojego  przodka  .  Jednak  widział  tę  postać  zawsze  z  daleka  , a  kiedy  chciał  podejść  , przy  krzyżu  nie  było  już  nikogo . Wybuchła  wojna  . Okupacja trwała  do  stycznia  1945 roku , pamiętam  jak  Niemcy brali  Tatusia  jako  podwodę  z  wozem  i  koniem  . Byli  wycieńczeni  , brudni  i  przerażeni  . Kilka  dni  później  wyszło  z  pobliskiego  lasu  kilku  żołnierzy  , którzy  zostali  za  frontem  . Rosjanie  rozstrzelali  wszystkich  przy  krzyżu  i  kazali  zakopać zwłoki  u  sąsiada  na  podwórku  w  okopie  . Leżą  tam  do  dziś  , ale  nie  mają  nawet  krzyża .  Nigdy  nie  zapomniałam  o  wymianie    krzyża . Dziś  , zajmuje się  tym  mąż  mojej  wnuczki . Sam  własnoręcznie  wyciosał  ramię  krzyża  i  wymienił je .  Garnka  nie  udało  się  znaleźć  ,  a  przecież  dom  i  obory  były  całkiem  rozebrane . Ja  nie  pamiętam  kiedy  było  to  rozebrane  , urodziłam  się  już  w  nowym  domu  .  Teraz  w  gospodarstwie  stoi  mój  domek  i  nowy  mojej  wnuczki  . „ 

   Czy  coś  zmieniło  się  od  1864 roku  ?  mam  na  myśli  lokalizację  mogiły  i  krzyża .

„  Tak  , krzyż  został  przeniesiony  bliżej  drogi  i  bardziej  w  stronę  Stąporkowa . To  dlatego  , że  kopali  tutaj  kabel  telefoniczny  ,  a  potem  wodociąg  . Na  planach  wychodziło  że  będą  kopać  bardzo  blisko  mogiły  , dlatego  też  postanowiliśmy  przesunąć  krzyż  , aby  wykopy  poszły  jak  najdalej  od  grobu  . Wnuczka  z  zięciem  wiedzą  o  wszystkim  , wiedzą  że  kiedyś  trzeba  będzie  znowu  wymienić  krzyż  . Znają  dokładną  lokalizację  grobu , oczywiście  mają  przekazać  tę  tradycję  swoim  dzieciom „ .

   Czy  mogło  być  tak  , jak  opowiedziała  mi  to  pani  Jadwiga ?  Może  było  trochę  inaczej  ?  Nie  dowiemy  się  tego  już  nigdy  .  Szkoda  że  nie  znamy  nazwiska  pochowanego  tam oficera .   Próbowałem  dowiedzieć  się  czegoś  więcej  na  temat  jednostek  powstańczych  , oddziału Rudowskiego  i  ich szlaku  bojowego  . Możliwe  są  tylko dwie  potyczki  , które  stoczył  oddział  na  początku  1864 r. Pierwsza  potyczka  około  16-19.II.1864 w  Bliżynie , oddział  rozbił  spore  siły  rosyjskie  . Była  to    zwycięska bitwa . Możliwe jednak    że  powstańcy , którzy  zostali  na  straży  tylnej  , zostali  zaatakowani   przez  nadciągające  posiłki Kozackie . Druga  akcja  miała  miejsce  w  Odrowążu , w marcu 1864 r. powstańcy  zaatakowali  dwie  sotnie  kawalerii , zdobywając  sporo  sprzętu  , ale  i  tracąc  przy  tym  ludzi . W   trakcie  walki  doszło  do  nieszczęśliwej  wymiany  ognia  . Atakująca  piechota  ostrzelała  własną  konnicę  , tym  samym  stworzyła  możliwość  przegrupowania  sił  wroga  . Rosjanie  po  pierwszym ataku  , ochłonęli i  poczęli  skutecznie  razić  ogniem  nacierających . Podczas  odwrotu  sił  Polskich , okazało  się , że kilku  żołnierzy  zaginęło . Czy  mogli    to  być bohaterowie tej  relacji ?  W  całej  historii  nie  pasuje  jeszcze  jedno  , gdyby  nasz  bohater  był  oficerem  wysokiej  rangi ( jak  kilkakrotnie  zaznaczała  to  pani Jadwiga ) , fakt  jego  zaginięcia  , czy  śmierci  , na  pewno  by  odnotowano .  Próbowałem  powiązać  jakieś  nazwisko  do  opowieści  o  rannym  oficerze .  Nie  udało  się  . Kim  był  zmarły ? Czy  był  oficerem  , czy  tylko  żołnierzem ? Te  pytania  na  razie  pozostaną  bez  odpowiedzi .  Mam    nadzieję  że  ktoś  kiedyś ustali  personalia tego  człowieka , byłoby  to  wyjątkowe  wydarzenie . 

Pavelock


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Luty 19, 2014, 16:57:34
Wklejam  link  do  uzupełnionego  o  foto  artykułu  o  akcji  Burza http://www.konskie.org.pl/2014/02/stanisaw-nowakowski-ps-boruta-i-jego.html


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: kudłaty Marzec 05, 2014, 14:28:28
Jeśli  wszystko  się  uda  z  papierologią  , to  niedługo  spróbujemy  podjąć  depozyt  ukryty  przez  " Borutę" .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: kudłaty Marzec 18, 2014, 14:19:53
I  jak  idzie  z  ustaleniami  właściciela  gruntu ?


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Marzec 20, 2014, 21:32:36
Przyjedź  do  mnie  , w  sobotę  mam  spotkanie  z  właścicielami  gruntów  . Zobaczymy  jak  pójdą  rozmowy .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Marzec 29, 2014, 06:07:57
http://www.konskie.org.pl/2014/03/stary-grzybow-k-staporkowa-drewniany.html
Materiał Uzupełniony  o  rysunki .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Maj 26, 2014, 05:40:45
http://www.konskie.org.pl/2014/05/stanisaw-brzezinski-z-koczwary.html


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: markus128 Maj 26, 2014, 08:54:32
Dzięki za linki. Bardzo przyjemnie się je czyta i dużo można się dowiedzieć o naszej historii.


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Maj 26, 2014, 16:40:07
Najbardziej  lubię  opisywać  bezpośrednie  relacje  świadków  i  uczestników  wydarzeń  , niestety  coraz  mniej  ich  zostało  .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 04, 2014, 19:20:42
„Ślady minionych  lat -  badania  na  terenie  Nadleśnictwa  Barycz”


        Od  co najmniej  kilkunastu   lat  miałem  pomysł  i  ochotę  na
poszukiwania  w rejonie  dawnych  koszar  wojskowych  w miejscowości
Barycz . Wiadomo  było  o  carskich  „czasach” , późniejszym
poligonie  Barycz w II Rzeczypospolitej  , okrytym  złą sławą  „
Ostlegionie  Własowców i  powojennej  jednostce  LWP . Na  tak
stosunkowo  nie dużym  obszarze  musiało  się  dziać  wiele  przez  te
wszystkie  lata  , tym  bardziej  , że  przeszło  kilka  zawieruch
wojenno-politycznych . Od  pomysłu  do  prac  w  terenie  upłynęło
wiele  lat . Zawsze  coś  było  na  rzeczy ,  a  to  nie  wolno  ,  a  to
 brak  chęci  udostępnienia  zamkniętego  terenu  i  wiele , wiele
innych  drobnych  przeszkód . Sytuacja  taka trwała aż  do  2013 roku .
Postanowiłem  razem  z  grupką  zapaleńców  takich  jak  ja  , oraz
pod  patronatem  naszej  redakcji  www.konskie.org.pl  , wystąpić  z
oficjalnym  pismem  do  władz  Nadleśnictwa  Barycz  o  udostępnienie
do  poszukiwań  terenu  dawnych  koszar wojskowych .
        Spotkaliśmy  się  z  Nadleśniczym   panem  Janem  Dąbrowskim w  celu
omówienia  współpracy  podczas  badań  terenowych  .  Nasza  grupka  , została bardzo mile  przyjęta  a  sam  pomysł  wydał  się  leśnikom  ciekawy  .  W statucie swojej  działalności  mamy   zamiar  pozyskiwanie  informacji  na tematy  historyczne , zbieranie  i uzupełnianie  artefaktami  nasze  Muzeum Koneckie . Chociaż  istnieje ono na  razie  po  garażach , piwnicach  i  domach miłośników  historii , to  warto  magazynować  ciekawe  przedmioty  i  czekać na ruch  naszych  władz  lokalnych  . Naszym  bezpośrednim  opiekunem z ramienia Nadleśnictwa   został    leśniczy , pan  Zdzisław Dąbroś . Teren  do przeszukania  wyznaczyliśmy  podpierając  naszą  wiedzę  mapą  z 1915 roku , na której  wyraźnie  zaznaczone  były  budynki  koszar  i  plac  ćwiczebny  . Pierwszy  wypad  w  teren  , w  7  chłopa  wypadł  na koniec lutego 2014 , a badania  trwały  do końca    marca 2014 . Ogółem pracowaliśmy  przez  16  dni  , średnio  po  3-4  godziny  i  udało  się  przeszukać  dwa  wyznaczone  cele  . O ile  w  pierwszym polu , najbliżej  zabudowań  Nadleśnictwa  i  mieszkań pracowników  , coś  niecoś  udało  nam  się  znaleźć  . To  w  drugim  i kolejnych  celu  , ktoś  nas  uprzedził  . Niestety  widać  było  nie  zasypane dziury  w  ziemi  sprzed  kilku  lat , kilku  miesięcy  i  kilku  tygodni  . Widać  było  , że  ktoś  systematycznie  przeszukuje  teren  , ale  nie  potrafi po  sobie  posprzątać . Mam  nadzieję  , że  pozyskane  rzeczy  trafiły  do prywatnych  kolekcji  gdzie  są  pielęgnowane , oczyszczone  i  opisane .
   Po  pierwszych  znaleziskach  byliśmy  zaskoczeni  wymieszaniem  artefaktów z  różnych  epok  .  Od  czasów  carskich , przez  II RP  , II WŚ do  PRL . Smutnym  widokiem  było  sporo  śmieci  z  epoki  III RP .  Staraliśmy  się  jak najmniej  inwazyjnie  wykonywać  wykopy  i  oczyszczać  teren  ze  śmieci  , a także  zasypywać  dołki po  pseudoposzukiwaczach .
   W  większości  znajdowaliśmy  guziki  , sporo  było  guzik  carskich ogólno wojskowych  , trafił  się  jeden pułkowy z  nr18 . Kilka  uszkodzonych klamer  piechoty  , pierścionek  wykonany  z  monety  10 kopiejek , monety obiegowe  carskie , zawieszka  od  szabli  lub  bebuta i  kilka  bibelotów .Ciekawostką  mogą  być  kawałki  nieśmiertelników ( blaszek  identyfikacyjnych ), dziś  nie  możliwych  do  rozszyfrowania .  Znajdowaliśmy  również  masę  wystrzelonych  pocisków  ( czubek naboju ) wzoru mosin  , oraz  łusek  rosyjskich  .
   Z  czasów  II RP  trafiliśmy  dwa  piękne  orły  . Jeden  malutki furażerkowy  , być  może  legionowy , drugi  z  czapki – lata  1927-1933 . Znalazło  się  sporo  guzików  WZ 17 , WZ 19 i  WZ 23 , oraz  ciekawa połowa tabliczki  znamionowej  wyrobów  Polskiej  Fabryki  . Pomimo  wielu  wysiłków nie  udało  się  odnaleźć  informacji  na  temat  tego  zakładu . Pod  adresem widniejącym  na  tabliczce  znajduje  się  kamienica  i  kilka  drobnych  firm . Prawdopodobnie  w  okresie  międzywojennym  w  tej  kamienicy  znajdowało  się biuro  zakładu  produkującego  specjalne  płoty ( zasieki ?)  dla  wojska . Oprócz  tego  znaleźliśmy  sporo  łusek  z  biciami  Polskimi od  karabinów  typu  Mauser  7,92 mm .
   Najmniej  znaleźliśmy  z  okresu  II  WŚ , tylko  3  guziki  od munduru tak  zwane  groszki  .
      Z  okresu  PRL  , wyszło  kilka  elementów  orłów  bez  koron  , sporo guzików  , łusek  od  ppsz , TT i  mosin .
   Z  historii  spisanej  w  kilku  lub  kilkunastu  publikacjach  możemy się dowiedzieć  sporo  na  temat poligonu i  obozu  ćwiczeń  w  Baryczy  . Jedną  z ciekawych  pozycji  , napisaną  przez  Tadeusza  Banaszka jest  „Obóz Ćwiczeń Barycz” , wydaną  przez  Bibliotekę  Publiczną  Miasta I Gminy Końskie z  serii „Końskie Szkice Historyczne”. Autor  opisuje  historię  powstania poligonu od czasów  zaborcy  Rosyjskiego  około  1879 do  czasów likwidacji Obozu Ćwiczeń  w wyniku  redukcji   Wojska Polskiego w 1957 roku .
   Ciekawy  artykuł  o  wykorzystywaniu  przez  wojska  Carskie  obozu  w  Baryczy  napisał  Michał -"Bjar"  -  pasjonata  historii Powiatu  Koneckiego http://www.konskie.org.pl/2010/10/barycz-oboz-wojskowy-okres-carski.html . Kolejny ciekawy  artykuł dotyczący  Baryczy napisany  przez Jana Zbigniewa Wroniszewskiego  http://www.konskie.org.pl/2011/06/barycz-i-zydowscy-haluce.html   

Pavelock 


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: kudłaty Lipiec 09, 2014, 08:11:37
Aleś  mi  fotę  wrzucił  , prawie  mnie  nie  widać  z  haszczy


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 16, 2014, 21:03:19
Nie  wiem  dlaczego  zniknęły  foty z poprzedniego  postu  , wrzucam  jeszcze  raz


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 16, 2014, 21:05:58
c.d...


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 16, 2014, 21:12:08
c.d....


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 16, 2014, 21:14:20
c.d.....


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 16, 2014, 21:19:29
c.d....


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 16, 2014, 21:29:30
c.d....


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 16, 2014, 21:33:57
c.d....


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 16, 2014, 21:37:56
c.d....


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 16, 2014, 21:44:08
c.d.....


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 16, 2014, 21:48:46
c.d.


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: emes Lipiec 16, 2014, 23:11:02
ech Radek - jak zwykle cuda w Twoim wykonaniu, aż ślina cieknie...


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 17, 2014, 05:34:39
Fotografie  przedstawiają  większość   znalezionych  rzeczy  w  okolicy  Poligonu Barycz  w  ostatnich  8-10 latach . Masa zdjęć  gdzieś  przepadła , a  sporo  znalezisk  trafiła  do  miejscowych  izb  pamięci .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: mariani13 Lipiec 17, 2014, 12:24:44
Bardzo ładne wszystkie znajdki a w szczególności bardzo dobrze zakonserwowane [brawo].


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 18, 2014, 06:03:37
i  jeszcze  kilka  fotek  , znalezionych  na  jakimś  pendrive .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Sierpień 26, 2014, 18:58:23
http://www.konskie.org.pl/2014/08/w-gakach-szum-drzew-historie-przypomina.html


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: mariani13 Sierpień 26, 2014, 21:40:28
To dopiero nazywa się bohaterstwo .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Sierpień 31, 2014, 21:46:23
http://www.konskie.org.pl/2014/08/smierc-kapitana-stoinskiego-dla-ciebie.html#more


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 22, 2014, 06:27:49
http://www.konskie.org.pl/2014/09/cmentarz-zonierzy-niemieckich-w.html


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Listopad 02, 2014, 19:43:47
http://www.konskie.org.pl/2014/10/smierc-tadeusza-jencza-allana-w-rogowie.html


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Styczeń 17, 2015, 15:04:03
                                                                       „ Skwerek „

   Spacerując  po  Końskich  , nie  sposób  nie  „ zahaczyć „  o  skwerek . Miejsce przed  Kolegiatą  Św. Mikołaja , otoczone przez  sędziwe  kasztanowce .  Przy  alejkach  stoją  ławeczki  , a  na nich  siedzą  ludzie  . Jakby  się  zastanowić  , to  prawie  nic  się  nie  zmieniło  przez  40  lat . Owszem , ławeczki  trochę  nowsze , twarze ludzkie  podobne do  tych  sprzed  lat  . Gawędzą emeryci  o  lepszych  czasach  , w  innym  rejonie  ławeczkę  okupuje  grupka  „ czerwonych nosów „ , dyskutująca  nad  sposobami  zdobycia  kilku  złotych  na  alkohol . Na  jeszcze  innej  ławce siedzi  chłopak  z  dziewczyną  , zapatrzeni  w  siebie , uśmiechnięci  i  szczęśliwi . Przypomniałem  sobie  , że  sam  kiedyś  umawiałem  się  na  randki  w  okolicach  skwerku . Wróciłem  pamięcią  jeszcze  dalej  i  wspominałem  te świetne  czasy  dzieciństwa , kiedy  przychodziłem  tu  z  moim  tatą  . Jesienią  zbieraliśmy  kasztany i  liście , latem siadaliśmy  na  ławeczce zajadając  lody  z  pobliskiej  lodziarni  państwa  Janiszewskich  przy  ulicy  Łaziennej . Jak  to  dziecko  wypytywałem  o  wszystko  , a  to  kto  tak  wysoko  posadził  Tadeusza  Kościuszkę  na  koniu , a  po  co  tam  się  schodzi  po  schodkach  ( szalet miejski ) , a  to  o  stacyjkę  benzynową . Wtedy  to  pierwszy  raz  dowiedziałem  się  o  tym  , że  w  tym  miejscu  , podczas  II  Wojny Światowej  znajdował  się  cmentarz  żołnierzy  niemieckich  .  Spytałem  , gdzie  jest  teraz bo  nie  widać  krzyży . Dowiedziałem  się  , że  spora  część  mogił  została  przeniesiona  na  cmentarz  przy  ulicy  Browarnej , ale  nie  wszystkie  . To  , że  nie  wszystkie  mogiły  zostały  przeniesione  , okazało  się  podczas  robót – wykopów przy  budowie  kanału  ciepłowniczego w  latach  1969-1974 . Pracownicy  mówili  o  resztkach  trumien i  szczątkach  ludzkich  wykopywanych  podczas  prac .
   Przytoczę  tutaj  rozmowę  z  panem  Zdzisławem  Kobyłeckim  , ówczesnym Przewodniczącym  Rady  Miasta . Pan  Zdzisław  zajmował  się  pośrednio  budową  ciepłociągu  , ustalając  z  projektantami  i  wykonawcami  trasę  przebiegu  rurociągu . Było  to  bardzo  trudne  zadanie  , tym  bardziej  , że  po  drodze  był  Kościół  i  dość  gęsta  zabudowa  centrum  miasta . Trzeba  było  uzyskać  zgodę  ówczesnego  proboszcza  ks. Kozińskiego  na  przejście  rurociągiem  przez  plac  Kościelny . Proboszcz  wydał  zgodę  przy  pewnych  warunkach  . W  zamian  za  to  wykonane  zostało  przyłącze  rurociągu  ciepłowniczego , do  Kościoła  i  starej plebanii .
   Ruszyła  budowa  i  zaczęły  się  problemy . Nikt  nie  wiedział  , że  zaraz  po  wojnie  , podczas  ekshumacji niemieckiego  cmentarza , część  mogił  została  , a  zabrane zostały  tylko  nagrobki – krzyże . Niewielka  część  szczątków  wróciła  do  Niemiec  zabrana  przez  rodziny  , a  reszta  trafiła  na  cmentarz przy  Kościele  św. Anny  w  Końskich . Nie  wiadomo  jednak  do  dziś  gdzie  zostały  pochowane  . W  tamtym  okresie  obawiano  się  profanacji  niemieckich mogił i  możliwe  jest  , że  szczątki  ze  skweru  spoczęły  bez  tablic  przy  mogiłach  żołnierskich  z  I WŚ. Podczas  wykopów  , w północno-wschodniej  części  skweru  natrafiono  na  3  rozpadające  się  trumny  ze  szczątkami  niemieckich  żołnierzy . Szczątki  zostały  przełożone  do  nowych  trumien i  w  asyście  ks. Kozińskiego  oraz  pracowników  Gospodarki  Komunalnej  pochowane  na  cmentarzu  przy ulicy  Browarnej . Nie  znane  jest  miejsce  tego  pochówku  , nie  ma  zapisów  w  księgach  kościelnych czy  urzędowych . Pan  Zdzisław  nie  był  obecny  podczas  pochówku  żołnierzy , a  ludzie  , którzy  się  tym  zajmowali  , nie  pamiętają  , nie  chcą  pamiętać a  część  już  nie  żyje . Szukając  śladów  i  informacji  na  temat  tego  cmentarza  , słyszałem  wiele  głosów  , często  krytycznych w  tym  temacie .  „ Najlepiej  nie  ruszać  tego  tematu „ ,” a  po  co  to  dziś  komu „ , „a  kto  to  wie jak  to  było  naprawdę „ . Ale  czy  my  mamy  świadomość  , że  mogiły  wojenne  , nieważne  czyje  zasługują  na  pamięć , na  szacunek ?  Czy  wiemy  , że  nasi  żołnierze  walczący  na  frontach  całego  świata  , polegli  w  walce  , leżą  w  różnych  miejscach ?  Czy  chcielibyśmy  aby  władze  tych  państw  zachowywały  się  w  sposób  „ nie  widzę , nie słyszę , nic nie robię „ ? Wiemy  jak  wygląda  ten  problem  na  dawnych  wschodnich  terenach  Polski .
Fot.1 mogiły niemieckich  żołnierzy  na  skwerku koneckim
Fot.2i3 - żydzi biorący udział  w  kopaniu  grobów  dla  poległych Niemców na  skwerku .
Fot.4 - zastrzeleni  żydzi  zaraz  po  kopaniu  mogił .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Styczeń 17, 2015, 15:09:14
ciąg dalszy....
 Dwa  lata  temu  podczas  prac  przy  rewitalizacji  miasta i  przebudowy  kanału  ciepłowniczego , dostałem  telefon  od  proszącego  o  anonimowość  człowieka .  Poinformował  mnie  o  odnalezieniu kilku  kości  ludzkich  na  skwerku . Pracownicy  wykonujący  komorę  kompensacyjną  instalacji  ciepłowniczej  natrafili  na  szczątki i resztki  munduru . Szybciutko  zasypali  widoczne  kości . Na  interwencję  świadka , kierownik  robót  stwierdził  , że  nie  będzie  powiadamiać  nikogo  o  tym  fakcie  , a  poza  tym  jest  spóźniony  z  terminami  wykonawczymi .
   Podsumowując  temat  , nasuwa  się  pewna  , nie  dla  wszystkich  wygodna  myśl - „ skwerek Konecki „ to miejsce  odpoczynku  dla  mieszkańców i  nie  tylko , to  miejsce  gdzie  w  okresie Świąt Bożego Narodzenia  , palą  się  lampki i  wiszą  ozdoby  . Ludzie  chodzą  po  alejkach  , siadają  na  ławeczkach , to  takie  „ oczko „  miasta . Czy  byłoby  nietaktem  powiesić  tabliczkę  informacyjną  z  napisem  : „ W  tym  miejscu  podczas  okupacji  hitlerowskiej znajdował  się  cmentarz żołnierzy  niemieckich „ …..............
   Chciałbym gorąco podziękować  za  udzielenie  informacji  panu Zdzisławowi  Kobyłeckiemu , Jarosławowi Dudzie , Czesławowi Młodawskiemu , oraz  panu  Marianowi  Chochowskiemu  za  udostępnienie     fotografii .
Pozostałe  fotografie  pochodzą  z  netu .
Fot.1i2 pogrzeb  poległych  żołnierzy  niemieckich  .
Fot.3 Mogiła  na  skwerku
P.S.
I.
   W  trakcie  poszukiwań  informacji  na  temat  cmentarza  niemieckiego  na  skwerku  , dowiedziałem  się  o  kolejnych  ciekawych  tajemnicach  dotyczących  naszego  regionu .  Pierwsza  z  ciekawostek  dotyczy  dni  wyzwolenia  z 1945 roku  . Niemcy  nie  byli  przygotowani  do  obrony  Końskich  , mieli  za  zadanie  jak  najbardziej  opóźnić  pochód  Sowietów , a  tym  samym  umożliwić nieprzerwany  przepływ  transportowy  z  południa  na  Zachód w  okolicy  Paradyża . Dysponowali  tylko  kilkoma  stanowiskami  karabinów  maszynowych  i  dwoma  bunkrami  betonowymi  wybudowanymi  przy  rozwidleniu  dróg Wąsosz – Izabelów ( dzisiaj  znajduje  się  w  tym  miejscu  nasyp  ziemny ) . Podczas  wycofywania  się  żołnierzy  z  folwarku Browary  , kilku  Niemców  poległo  w  chaotycznej  walce  , gdzie  strzelali  nawet  do  siebie  . Uciekający  kierowali  się  w  stronę  bunkrów  , gdzie  były  zapasy  jedzenia  i  amunicji . Zabitych  żołnierzy  Rosjanie  wrzucili  do  bunkrów , wrzucono  także  sprzęt  i  zniszczoną  broń  . Na  wiosnę  w  okolicy bunkrów  nie  dało  się  przejść  , zapadła  więc  decyzja  o ich zasypaniu  i  jednocześnie  przebudowie wąskiej gardzieli drogi  na Wąsosz . Podniesiono  znacznie  teren a  bunkry  zostały  zakryte nasypem . Można  przypuszczać  , że  szczątki  około  6 żołnierzy leżą  w  zasypanych  bunkrach  do  dziś  , są  bardzo  blisko  cmentarza , ale  dokładna  lokalizacja  nie  jest  znana .
II.
   Kolejnym  ciekawym  tematem  jest  tajemnica  zaginięcia  szczątków  wysokiego rangą  oficera  niemieckiego. Generalmajor SS Wilhelm Fritz von Roettig , pełniący  funkcję  Generalnego  Inspektora Żandarmerii  , zginął  10.IX.1939 roku  w  okolicy  Opoczna . Próbując  dowiedzieć  się  więcej  szczegółów  dotyczących  okoliczności  śmierci generała  , trafiłem  na  wiele  wersji
c.d.n....


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: emes Styczeń 17, 2015, 15:58:50
Ciekawe rzeczy się tam u Ciebie działy, a zdjecia rozstrzelanych Żydów wstrząsajaće...


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Styczeń 18, 2015, 09:10:05
ciąg dalszy....
   Kolejnym  ciekawym  tematem  jest  tajemnica  zaginięcia  szczątków  wysokiego rangą  oficera  niemieckiego. Generalmajor SS Wilhelm Fritz von Roettig , pełniący  funkcję  Generalnego  Inspektora Żandarmerii  , zginął  10.IX.1939 roku  w  okolicy  Opoczna . Próbując  dowiedzieć  się  więcej  szczegółów  dotyczących  okoliczności  śmierci generała  , trafiłem  na  wiele  wersji  tego  zdarzenia  . 
 Wersja  zdarzeń  według  relacji  kpr.pchor. Leonarda Sawonia - „ 10.IX.1939 r.na  skrzyżowaniu  dróg  Opoczno-Inowłódz , zgrupowanie  ppłka Krukla – Śmigli osłaniała  czata  1 komp.ckm  77 pp Strzelców Kowieńskich z Lidy pod dowództwem kpr.pchor. Władysława Dawgierta  . Około  godziny 14.00 na  szosie  od  strony Opoczna pojawiła się  limuzyna  w  kolorze  ciemno wiśniowym lub  bordo . Jednostka Polska  ostrzelała niemiecki samochód  kilkoma  seriami  z  r-km . Niemcy  wyskoczyli  z  wozu  i  odpowiedzieli  ogniem  z  pistoletów  maszynowych  MP-38 i MP -28 .  Stanowisko Polskiego ckm było na skraju zagajnika z lewej strony bliżej szosy i miało doskonałe pole ostrzału całego łuku szosy. Celowniczym ckm był żołnierz służby czynnej st. strzelec Bronisław Sołtysiak, celowniczym rkm Żyd Wesler.  Ponieważ nasza strzelanina nie dawała efektów, nasz  dowódca dał rozkaz obejścia  Niemców z  boku i  obrzucenie granatami . W tym celu wyszliśmy z zagajnika i skokami staraliśmy się przedostać  na lewą stronę szosy.
Zaskoczeni tym manewrem Niemcy, podnieśli ręce do góry. Przerwaliśmy ogień. W chwili gdy pchor. Dawgiert z karabinem w ręku zbliżył się jako pierwszy do samochodu, zza pleców stojących Niemców padł strzał, trafiając Władka w samo serce. Polacy natychmiast odpowiedzieli ogniem - generał został zabity podobnie jak jeden z towarzyszących mu oficerów, drugiemu udało się uciec. Wcześniej w samochodzie zginął  kierowca samochodu. Zobaczyłem  , że  po  drugiej  stronie szosy , zaraz  za  skarpą , leżał w rozpiętym  mundurze generał . Obok leżała jego siodłata czapka ze złotym sznurem . Na  rękawie munduru miał przyszytą owalną , obramowaną odznakę . Lewa dłoń w zamszowej  rękawiczce koloru  mysiego zaciskała prawą rękawiczkę . W prawej – pistolet . Miał włosy blond , rzadkie , krótko ostrzyżone . Twarz i głowa podłużne . Trafiony  został  serią ckm-u w potylicę tak , że głowa się ledwo  trzymała . W lewej  górnej kieszeni  miał  legitymację  służbową  . Żołnierze odcięli naramienniki i patki z munduru . Kiedy  sięgałem  do  lewej  kieszeni , któryś z żołnierzy zabrał mu pistolet , na  który  miałem  chęć . Następnie żołnierze chwycili  zwłoki  za  kołnierz munduru i przywlekli na  stanowisko  placówki . Wykopali na skraju  zagajnika dół na  wysokość  żołnierskiej  łopatki  i zakopali  w nim  generała . 
Po 20 - 30 minut od  zdarzenia , od strony Opoczna zauważono auto ciężarowe (lub jak mówią inne relacje transporter opancerzony z żołnierzami jakiejś jednostki art. p.lot.). Krótka seria z ckm zatrzymała auto. W dalszym ciągu strzelano w skrzynię. Szofer zdążył wyskoczyć i rowem wycofać się. Siedzący obok niego Niemiec wyskoczył również, lecz padł w rowie. Przybiegłem do auta z podch. Grabowskim R. W aucie leżało 7 zabitych . 
Przy zabitym generale znaleziono dokumenty i mapy z naniesionymi pozycjami niemieckich jednostek. Ze względu na wagę zdobytych informacji zdecydowano się wysłać w przebraniu sierż. Webera, aby dostarczył dokumenty do dowództwa w Warszawie - nie ma jednak żadnych informacji czy wykonał on swoją misję. Kpr. podch. Władysław Dawgiert został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Walecznym, a jego zwłoki spoczęły na cmentarzu parafialnym w Kraśnicy. Potyczka stoczona 10 września była jedynie drobnym epizodem walk, ale w znacznym stopniu podniosła ona nadszarpnięte odwrotem morale żołnierzy. Wieść o niej dotarła bardzo szybko do wszystkich żołnierzy zgrupowania ppłk. Jana Kruk-Śmigli.
Wersja  zdarzeń  zaczerpnięta  z  forum  historycznego :
   „Działo się to pod niewielką wsią Dęborzeczką, położoną na drodze Opoczno-Inowłódz. Po pierwszym tygodniu kampanii wrześniowej 1939 Wojsko Polskie znajdowało się w defensywie, a duża część jego wielkich jednostek (dywizji i brygad) była już mocno skrwawiona , a nawet zdezorganizowane. Tak też było i z Północnym Zgrupowaniem Armii "Prusy", dowodzonej  przez gen. Stefana Dąb-Biernackiego. Po ciężkich walkach pod Piotrkowem Trybunalskim i Tomaszowem Mazowieckim, zgrupowanie to utraciło zdolność bojową jako zorganizowana grupa operacyjna. 19 DP, do 5 IX 1939 r dowodzona przez gen. Kwaciszewskiego (dostał się on przypadkiem do niewoli jadąc swoim samochodem ze sztabu do jednostek walczących na linii frontu) również uległa dezorganizacji, a poszczególne jej elementy przedzierały się samodzielnie w stronę Wisły. W dniu 7 września pod Antoniowem zebrały sie bataliony zbiorcze 77. i 85. pułków piechoty oraz 19. pułku artylerii lekkiej, a dowodzenie nad nimi przejął ppłk Jan Kruk-Śmigla. Okoliczne kompleksy leśne pozwoliły polskim żołnierzom na 2 dni wytchnienia i przeorganizowania. Ppłk Kruk-Śmigla planował ze swymi oddziałami przebijać się do rejonu zgrupowania większych sił polskich, lub przeczekać na polską ofensywę - skoordynowaną z zaczepnymi działaniami Francji i Wielkiej Brytanii. Oba mocarstwa były w stanie wojny z III Rzeszą już od 3.IX , jednak zachodnioeuropejski Sitzkrieg pokazał, jak bardzo byli zdeterminowani do udzielenia sojuszniczej pomocy...
   10 .IX w godzinach przedpołudniowych na wysuniętą placówkę obserwacyjną przy drodze Opoczno-Inowłódz wyruszyli żołnierze z drużyny kpr. podch. Dowgierta. Dowódca batalionu rozkazał ubezpieczać miejsce kwaterowanie innych oddziałów od strony tej ruchliwej w tym czasie drogi. Front w owym czasie przesunął się już daleko na wschód , a tereny te znajdowały się w pasie działania niemieckiej 10 Armii. Na tyłach Wehrmachtu działały grupy pacyfikacyjno-bojowe SS, mające czyścić teren z pomniejszych polskich oddziałów oraz dławić wszelkie próby walki z......
Fot.1-4 pochodzą  z  netu - przedstawiają  spalony  samochód  generała .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Styczeń 18, 2015, 09:25:36
ciąg dalszy......okupantem. Dowództwo nad nimi od 6 września z rozkazu Hitlera sprawował generał major SS Wilhelm Fritz von Roettig - "Kat Śląska" - który w pierwsyzm tygodniu wojny prowadził bezwzględne akcje eksterminacyjne Polaków na terenie Śląska zajętego przez Niemcy. Około godziny 14.00 na zakolu drogi pojawiła się wiśniowa limuzyna, w której podróżował "Kat" w towarzystwie dwóch oficerów i jednego podoficera-kierowcy. Polacy i Niemcy spostrzegli się niemal w tym samym momencie. Pierwsza seria z polskiego rkm-u zatrzymała samochód. Odgłosy walki zaalarmowały polski batalion, stacjonujący w zagajniku o kilometr od miejsca zdarzenia. Jego dowódca wysłał pluton piechoty na patrol bojowy.

W tym samym czasie strzelanina przybierała na sile. Niemcy schronili się za samochodem w przydrożnym rowie i ostrzeliwali z posiadanych pistoletów maszynowych. Widok nadciągających posiłków i atak Polaków spowodował, że Hitlerowcy poddali się. Kiedy kpr. Dowgiert podszedł, aby ich wziąć do niewoli - padł zdradziecki strzał. Kula raziła kaprala niemal prosto w serce. Polski żołnierz zginął na miejscu. W chwilę po tym Polacy zasypali pozycje niemieckie gradem kul z posiadanych 2 karabinów maszynowych i broni indywidualnej. Dwaj oficerowie niemieccy zbiegli mimo ran , a po kilku godzinach dotarli do Opoczna, gdzie zaalarmowali Komendę Żandarmerii. Kierowca i generał zginęli na samym początku walki - niemal od pierwszych kul. Polacy zabrali ciało "Kata", a w czasie rewizji odkryli ważne mapy wojskowe i dokumenty osobiste. Generała pochowano w płytkim dole w niedalekim zagajniku. Zwęglone zwłoki kierowcy (samochód zapalił się od granatów) Niemcy uznali za zwłoki generała i pochowali w Niemczech z wojskowymi honorami.”
   Tutaj  chciałbym  zaznaczyć  początek  interesujących  zdarzeń . Według  Władysława Naruszewicza , Niemcy  nie  znaleźli  płytkiego  pochówku  generała  , a  spalone  zwłoki  st.wachmistrza Poppe , kierowcy limuzyny , wzięli    za  szczątki  ich  obu  . Dwóch  oficerów , towarzyszących  generałowi  , którym  udało  się  uciec to : kpt.żand. Erich Radtke , kpt.policji ochronnej Max Sadowski . 11.IX. Niemcy  przewieźli  wydobyte  ze  spalonego  samochodu  szczątki  do  Końskich  . Trumnę  ze  zwęglonymi  zwłokami  Poppego  ustawiono  na  katafalku  w  Kościele  i  wyznaczono  wartę  honorową  . Następnego  dnia  trumnę  przewieziono  do Kielc do  Sztabu  Armii Południe . Wyznaczono  specjalną  grupę  do  zbadania  okoliczności  śmierci  generała  pod  bezpośrednim dowództwem  płk. Gaudewela .
Z  raportu  Gaudewela - „  Resztki  zwłok  będą  dzisiaj  , 13.IX.1939 r.  złożone do  trumny  i  przewiezione  do  Wrocławia . Wypalony  stalowy hełm generała oraz  inne  drobne  przedmioty  osobiste zostaną  przekazane  wdowie . „
   W innym  raporcie  Gaudewela jest  wzmianka  o  pogrzebie  : „ W  dniu 14.IX we Wrocławiu  nad  trumną  generała Roettiga i st.wach. Poppego  przemawiali  gen. SS von dem Bach -Żelewski i generał policji  Riege . Następnie  oficerowie SS  wynieśli  trumnę  na  swych  barkach do karawanu , który  ruszył  do  Berlina . W  stolicy  III Rzeszy  po  uroczystościach  pogrzebowych  , dokonano  kremacji  a  urnę  przewieziono  do  rodzinnego  miasta  Gera i  złożono  w rodzinnym  grobowcu  Roettigów . Po  jakimś  miesiącu  , Niemcy  dostali  informację  o  mogile  generała  w  niedalekim od  zdarzenia  młodniku . Prawdopodobnie  , któryś  z  żołnierzy  wziętych  do  niewoli  przekazał  informację  o  mogile Roettiga . Użyto  tresowanych  psów  oraz  grupę  śledczą  do  zbadania  i  ewentualnego  zatuszowania  poważnej  pomyłki  .  Przecież  rodzina  już  pochowała  swojego  generała  .  Według  relacji  miejscowej  ludności , mogiła  została  odnaleziona  , a  szczątki  przewiezione  i  dyskretnie  pochowane  w  Niemczech  . Gdzie ?  Nie  ma  na  ten  temat  informacji . Jest  jeszcze  druga  strona  tych  wydarzeń  .  Policja i SS  , uznała , że  za  śmiercią  generała  stoją  cywilni  partyzanci . W  związku  z  tym  zaaresztowano  5000 mężczyzn  z  terenu  Powiatu Koneckiego  i  osadzono  na  tak  zwanej  budowie . Po  rewizjach  i  odnalezionych  niemieckich  pieniądzach  oraz  innych  drobiazgach  z  żołnierskiego  oporządzenia  , rozstrzelano  około  140  osób . Resztę  zwolniono  na  wyraźny  rozkaz  gen. Blaskowitza , który  po  zapoznaniu  się  z  raportem  zdarzenia  , uznał  śmierć  generała Roettiga podczas działań wojennych . 
   Sprawa  pomyłki  pochowania  szczątków  Poppego  zamiast  Roettiga  , musiała  jednak  jakoś  się  wydać  . Wdowa  po  generale  nie  wiedziała  , gdzie  znajdują  się  szczątki  jej  męża  . Być  może  ta  informacja  została  specjalnie  ukryta  lub  zginęli  ci  , którzy  o  niej  wiedzieli  .  W  każdym  razie  , na  początku  lat  50-tych  wdowa  po  generale  , przybyła  z  pełnomocnictwami  i  pozwoleniami  na  ekshumację  generała  z  cmentarza  wojennego  w  Końskich .  Czyżby  miała  jakieś  informacje na  ten  temat ?  Czy  Niemcy  mogli  tutaj  pochować  zabitego oficera ? 
   Żona  generała  posiadała  plan  cmentarza z  zaznaczonym  miejscem  ewentualnego  pochówku  męża .  W  miejscu  wyznaczonym  nie  znaleziono  żadnych  szczątków .
Pavelock
Fot,1 mogiła żołnierzy niemieckich  z  okolic  wydarzeń - prawdopodobnie grupy idącej  na  odsiecz  generałowi .
Fot,2 resztki  spalonego samochodu - prawdopodobnie z grupy idącej  na  odsiecz generałowi .
Fot,3 - Grób  podch. Dowgierta
Fotografie pochodzą  z  netu






Tytuł: Odp: bagno Leśnamogiła.
Wiadomość wysłana przez: jacek0846 Luty 01, 2015, 12:31:46
..........                                        "Leśne  mogiły żołnierskie"

   O  jednej  mogile  polskiego  żołnierza  z  września  1939 roku wiedziałem  od  dawna . Miejsce  pochówku pokazał mi   leśniczy z leśniczówki  "Promień " - nieżyjący  już ,  pan Aleksander  Kieszek .  Według  przekazów  zatrudnionych  w  leśnictwie  pracowników , szczątki  tego  żołnierza  ( NN) zostały  znalezione  na  początku  lat  pięćdziesiątych  w  wykrocie  pod  zwalonym  , zmurszałym  drzewem . Prawdopodobnie  ukrył  się  tam  by  odpocząć . Musiał  być  ranny i  wykrwawił  się  . W  tej  okolicy  , około  10 września  1939 r rozformowywały  się  jednostki  Polskie . Jedną  z  takich  jednostek  był   23 Pułk  Ułanów Grodzieńskich . Pierwszą walkę pułk stoczył w okolicach Lubieni . 5 września otrzymał rozkaz skierowania się w rejon Rudy Malenieckiej - Fałkowa i Przedborza .  Dotarł tam 6 września po południu. Po przeprowadzeniu rozpoznania 2 szwadronem okazało się, że jednostki  wroga  zajęły miasteczko Przedbórz ,  a wysunięte w  stronę  Końskich  oddziały  zmotoryzowane  walczą  już  pod  Kazanowem  z  36 DP .   W tej sytuacji ppłk Miłkowski postanowił  powrócić  do brygady, która miała znajdować się w marszu na Wschód w  rejonie  Niewierszyna . Zgodnie z rozkazem pułk znalazł się w nakazanym rejonie przed świtem 7 września. Nie zastając tam własnych oddziałów, przemaszerował do lasów  w okolice Opoczna . W czasie przemarszu atakowany był przez lotnictwo nieprzyjaciela, które jednak nie zdołało wyrządzić większych szkód. Kiedy okazało się, że Opoczno zajęte jest przez Niemców ppłk Miłkowski wydał rozkaz przejścia swego zgrupowania do lasów brudzewickich. W nocy z 8 na 9 września pułk skierował się z rejonu wsi Studzianna do lasów pod Przysuchą . W czasie przemarszu doszło do potyczki z niewielkim oddziałem niemieckim w okolicy Gielniowa, który po krótkiej walce został odrzucony, ale tabor pułku podczas tej potyczki uległ rozproszeniu. W nocy z 9 na 10 września oddziały polskie zostały otoczone w lasach w okolicy Przysuchy. Okazało  się  że  w  lasach  przebywają  inne  , mniejsze  grupki  z  rozbitych  jednostek Polskich . Pułkownik  dowiedział  się  od żołnierzy o   zajęciu  Końskich  przez  siły  wroga  . Podjął  decyzję  o  rozformowaniu  oddziału , by zwiększyć  szansę   wyjścia z okrążenia małymi  grupami . Żołnierze 2 baterii 3 dak-u na rozkaz dowódcy zdemontowali i zniszczyli działa w okolicy Kuźnicy i Ruskiego Brodu. Pozostawiono  wiele  sprzętu  wojskowego  , który  mógłby  zawadzać  podczas  przeprawy .
   To  po  ten  sprzęt  na  drugi  dzień  przyjechał  ksiądz Ptaszyński  z  furmanami . Zabezpieczono  sporo  broni , amunicji  i  oporządzenia  wojskowego  z  którego  w listopadzie  1939 r skorzystał  mjr. Hubal .
   W celu wydostania się z okrążenia dowódca zarządził otwarcie  ognia  w  wielu  punktach  przeprawowych . Po  udanej  akcji  pułk miał kierować się w Góry Świętokrzyskie. W nocy z 9 na 10 września doszło do walki z piechotą niemiecką  w  wielu  miejscach  jednocześnie . Niemcy  myśląc  że  mają  do  czynienia  z  przeważającymi   siłami  polskimi , ustąpili pola wycofując  się  w  stronę  Przysuchy . Po  wyrwaniu  się  z  okrążenia   okazało się, że szwadrony 3 i 4 zostały rozproszone i odcięte od sił głównych.
    Znalezione  szczątki musiały  należeć  do żołnierza biorącego  udział  w  wyjściu  z  okrążenia .  Resztki  munduru , hełm i  inne  drobiazgi  wskazywały  na  regulaminowe  umundurowanie szeregowego lub  młodszego  podoficera  Wojska Polskiego . Brak  było  jedynie  znaku  tożsamości , tak  zwanego  nieśmiertelnika . Dlaczego  szczątki  nie  zostały  pochowane na  cmentarzu  w  Ruskim  Brodzie ?    Nie  wiadomo . Można  przypuszczać  tylko  , że był  to  okres  bardzo  napiętej  sytuacji  politycznej nie  tylko  w kraju  , ale także  w  tym  rejonie . Otóż w  tym  samym  mniej  więcej  czasie przesiedlono  13 okolicznych wiosek    , a  teren  zajęło  wojsko . Po  lasach  jeszcze  tułało  się  trochę  " niezłomnych " żołnierzy  podziemia .  Szczątki  żołnierza  przedwojennej  armii były  więc  trochę  niewygodne , dlatego  też  postanowiono  o  ich  pochówku  w  miejscu  odnalezienia .
   Pracownicy  leśniczówki  Promień  i  Zapniów zawsze  pamiętali  o  wymianie  drewnianego  krzyża i  zapaleniu  lampki  w  dniu  zmarłych . W  latach  siedemdziesiątych  harcerze zaopiekowali  się  mogiłą . Postawiono  pomnik z  lastryka . Co  rok  odbywały  się  tam  skromne  uroczystości upamiętniające  wrzesień  1939 r. Minęło kilkadziesiąt  lat , jest  2011 rok . Widać  że  co  jakiś  czas ,  ktoś  wymienia  wianek  z  jedliny  i  kwiatów  , a  w  dniu  zmarłych  pali  się  kilka  zniczy  . A  las  coraz  bardziej  rozrasta  się  i  zagradza  dostęp do  mogiły . Bardzo  trudno  jest  znaleźć  to  miejsce  . Byłem  tu  tyle  wielokrotnie , a  jednak  za  każdym  razem mam  problem  z  odnalezieniem  grobu . Poprosiłem  obecnego  leśniczego pana  Jarosława Widawskiego  z  leśniczówki  Kuźnica - Zapniów o  pomoc  .  Podczas  przedzierania  się  przez  las  leśniczy  wspomniał  o  innych  mogiłach  znajdujących  się  w jego  rejonie . Poprosiłem  o  wskazanie  miejsc  pochówku . Okazało  się  że  są one rozproszone  i  oddalone  od  siebie  w  odstępach  kilometra lub  dwóch  , a  wszystkie  są  do  siebie  podobne . Krzyże  z  kamienia  w  oblamówce  z  ciosanego  piaskowca  . Na  środku  każdego  z  krzyży  został  ślad  po  czymś  coś  kiedyś  było  tam  przymocowane . Czy  był  to  krucyfiks ?  Czy  może  tabliczka  z  nazwiskami  ?  Tego  się  chyba  nie  dowiemy . Mogiły  te  przypominają  trochę  styl  cmentarzyków  Austriackich  , budowanych  po  I  Wojnie  Światowej  przez  specjalne  grupy  inżynierów i budowniczych . Kto  jest  pochowany  w  tych  zbiorowych  mogiłach ?  Można  przypuszczać  że  są  to  szczątki  żołnierzy  armii Carskiej  lub  Austriackiej , poległych  w  1915  roku . Na  tym  terenie  przegrupowywał  się  rozbity pod  Opocznem i Gielniowem Taurydzki  Pułk  Grenadierski  . Wśród  miejscowej  ludności  z nieodległej  Kużnicy , Ruskiego Brodu i  Wawrzynowa krąży legenda  o  ukrytej  skrzyni  z carską  kasą pułkową .   Czy  to  prawda ?   Coś  w  tym  jest  , bowiem  w  drugiej  połowie  lat  dwudziestych XX  wieku  aresztowano  dwóch  uzbrojonych  w  rewolwery ludzi    szukających  miejsc  ukrywania  się  w  lasach tegoż  pułku . Aresztowanymi  byli  Polacy  służący  wcześniej  w Carskiej  armii . Tyle  o  legendach  i   ukrytych  skarbach . Ogólnie  cieszę  się  że  do  dziś  ktoś  dba  o  te  mogiły . Jak  ważna  jest  pamięć  o  nieżyjących , pochowanych  w  leśnych  mogiłach  , niech  każdy  sobie  na  to  odpowie .
   Wszystkie  te  informacje  pochodzą  z  przekazów  ustnych osób  prywatnych . Z  własnych  obserwacji  , badań  i  przemyśleń . Jak  było naprawdę ? Nie  wiadomo , nie  ma  bowiem   żadnych  dokumentów  z  których  można  by   uzyskać  informacje    na  temat  leśnych  grobów . Być  może  ktoś  ma  takie wiadomości , które mogłyby  uzupełnić lub potwierdzić   te  hipotezy . Serdecznie  proszę  o  kontakt  .    
,,Leśna mogiła''

Witam. Jestem nowicjuszem  na tym forum. Czytam  z zaciekawieniem wszystkie wpisy. Chcę się podzielić spostrzeżeniem o tej samotnej mogile i o następnych które widziałem na zdjęciach.Ta mogił z pojedynczym krzyżem znajduje się w lesie obok miejscowości Kuźnica. Pochowany jest w niej żołnierz,który zginął w czasie ostrzału  alteryjskiego ale nie on sam jeden bo zginęła też kobieta  nazwisku Połeć a syn którego miała na ręku został ranny w nogi.. Tam pod lasem  były dwa domy mieszkalne rodziny Połciów oraz Cieślikowskich. Żołnierze z rozbitej armii ,,Prusy'' pojawili się w pobliżu tych domów a Niemcy lornetkami penetrowali ten teren i gdy ujrzeli żołnierzy otworzyli ogień z armat z okolic Ruskiego Brodu .Domy zostały spalone  zabity żołnierz  , Połciowa i ranny jej syn.


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: jacek0846 Luty 01, 2015, 12:50:35
Dziękuję  za  głosy  i  informacje  na  temat  leśnych mogił  . Okazało  się  że  mogiły  z  krzyżami  to  miejsce  pochówku  żołnierzy  wrześniowych  z  Armii Prusy ( być  może  23  pułk Ułanów Grodzieńskich ) którzy  zginęli  wyrywając  się  z  okrążenia . Dostałem  również informację  , że  w  mogile  gdzie przy  krzyżach  znajduje  się  figura  Matki  Boskiej , pochowanych  jest  3  żołnierzy  Hubala . Zostali  pochowani  w marcu 1940 r , po  rozproszeniu  piechoty  w  bitwie  pod  Szałasami . Czy  jest  to  rzetelna  informacja  ?  Tego  nie  uda  się  niestety  sprawdzić .


Witam. Chcę się wypowiedzieć na temat tych mogił. Pochodzę z Janowa. Mogiły na zdjęciach to mogiły żołnierzy armii ,,Prusy'' Ta z dwoma krzyżami na tak zwanych ,,Górach'' kryła zwłoki kapr. podchorążego oraz jednego szeregowego.Pamiętam że po ekshsumacji na cmentarz do Przysuchy  na grobie został hełm podobny do strażackiego z włosami w środku. Zakopałem ten hełm w  tej mogile ale czy jest tam do dziś ,nie wiem. Następna mogiła w tak zwanej ,,Starej Górze'' .W niej było pochowanych dwunastu żołnierzy, też zabranych na cmentarz do Przysuchy. Następna mogiła z figurką ,, Matki Boskiej '' tam pochowanych było sześciu żołnierzy, też zabrano ich na cmentarz w Przysusze. Wśród zabitych byli  i ułani Grodzieńscy i zwykli żołnierze. Pojedynczy krzyż to żołnierz który zginął w okolicy wioski Kuźnica.Razem z nim zginęła kobieta o nazwisku Połeć a jej syn ranny był w nogi. Tam pod lasem były dwa domy.Połciów i Cieślikowskich. Przebywających w pobliżu tych domów żołnierzy Polskich zlornetowali Niemcy i ostrzelali ogniem artylerii.


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Luty 01, 2015, 13:20:43
Super  , że  można  jeszcze  uzupełniać  w  ważne  informacje  takie  relacje  . Jeśli  posiadasz  jakieś  informacje  dotyczące  rejonu  Przususkiego , a  w  szczególności  okolic  RB i  masz  ochotę  się  podzielić  nimi - zapraszam  na  priv .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Luty 02, 2015, 06:53:24
      Końskie 1831 - zamówienia dla formującego się 7 Pułku Strzelców Pieszych

Z opowiadań moich rodziców i starszych mieszkańców Końskich wiedziałem, że w latach 1910-17 wielkim powodzeniem cieszyły się amatorskie przedstawienia… (nieczytelne).
Grano sztuki patriotyczne, komedie oraz ustawiano tak zwane „żywe obrazy”. Produkcja muzyczna [raczej: oprawa muzyczna] pp. Ziembińscy, … Zdjęcia i dekoracje Roch Baranowski. Fragment wspomnień Henryka Seweryna Zawadzkiego.
Fotografia z drugiej dekady XX wieku pochodząca ze zbiorów wielce zasłużonej dla Końskich rodziny Kaplów. Fotografię udostępniła p. Agnieszka Byczkowska.

Dalej kontynuuję tematykę powstania listopadowego. Muszę też przyznać, że okres poprzedzający w historii miasta Końskie jest bardzo ciekawy - epizod napoleoński (ciekawa legenda ławeczki „napoleońskiej” w pobliskiej miejscowości), miejsca potyczek, kirasjerzy - jedyny w dziejach Polski pułk jazdy kirasjerskiej powstał w dobrach pułkownika Stanisława Małachowskiego w Końskich. Dużo zatem przed nami.

A tak przy okazji poruszę temat przedstawionej fotografii. Pokazuję jedną z nich; jest jeszcze kilka (z innego zbioru), ale tu prośba do czytelników - trzeba opisać mundury, uzbrojenie i odpowiedzieć na pytanie z jakim okresem Księstwa Warszawskiego są związane (fotografie powstały oczywiście później, w atelier Rocha Baranowskiego w Końskich) - dla chętnych czytelników prześlę skany.
Marzę o odnalezieniu i pokazaniu na stronie orła z czapki żołnierza 7 pułku. Byłby to kolejny „konecki orzeł” (pierwszy opisany to orzełek z Kornicy - artykuł z 2 czerwca 2013). A w kolejce czeka jeszcze wiele innych.

W Księdze aktów notarialnych z 1831 roku, notariusza Michała Krassowskiego można odnaleźć ciekawe zamówienia dla formującego się w Końskich 7 Pułku Strzelców Pieszych.
KW

Pistolet skałkowy manufaktury zbrojeniowej w Końskich.
Pistolet skałkowy (bateryjny) - typ pistoletu pojedynkowego, stanowił własność Stanisława Małachowskiego. Wykonany w manufakturze zbrojeniowej w Końskich w 1831 r.
Pistolet wykonany w czasie powstania listopadowego w manufakturze zbrojeniowej w Końskich. Manufaktura ta, została utworzona w początkach 1831 r. w dobrach Stanisława Małachowskiego i działała do sierpnia tego roku, kiedy to została zniszczona przez korpus rosyjski gen. Rüdigera. Broń została wykonana jako prezent dla właściciela, a zarazem regimentarza czterech województw lewobrzeżnej Wisły. Z tego powodu na lufie wygrawerowany został napis: Fabryka Polska Naczelnemu Wodzowi, który początkowo interpretowano jako dedykację dla generała Skrzyneckiego. Przeczą temu jednak wyryte na głowicy słowa: Stanisław Małachowski. Sprawa ta nie została do dziś jednak rozstrzygnięta. W okresie międzywojennym pistolet trafił do kolekcji marszałka E. Rydza-Śmigłego. Wraz z nią został ukryty w 1939 roku w leśniczówce Czemiernikach koło Lubartowa. Odnaleziony po wojnie, w 1947 roku został przekazany przez Zarząd Lasów Państwowych do zbiorów Muzeum Wojska Polskiego.
Broń posiada ciekawą konstrukcję: zamek skałkowy zaopatrzony jest w specjalną rolkę współpracującą z pokrywą panewki, łańcuszek sprężyny głównej oraz osłonę przeciw deszczową. Lufa jest gwintowana na całej długości precyzyjnym gwintem włoskowym typowym dla pistoletów pojedynkowych. Na płycie głównej wyryto nazwisko miejscowego rusznikarza: Gepart w Końskich. Mimo, że kurek jest dorobiony, ogólne cechy charakterystyczne wskazują na wykonanie w jednej z przodujących pracowni rusznikarskich początku XIX wieku. Łoże, nieco gorszej jakości niż zamek posiada nietypowy kształt: ostro zagięty chwyt był spotykany w pojedynkowej broni angielskiej i to wytwarzanej stosunkowo krótko, pomiędzy 1815 a 1825 rokiem. Co ciekawe, łoża tego rodzaju były znacznie krótsze od opisywanego. Kaliber: 15 mm, długość: 34,2 cm, waga: 830 g, długość lufy: 20,5 cm
Marcin Ochman
Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, eMWPaedia.

Dodam, że UMiG zlecił wykonanie repliki pistoletu. Czy projekt będzie kontynuowany? KW.

Pistolet skałkowy wykonany w manufakturze zbrojeniowej w Końskich w 1831 r.
Wyryte na głowicy słowa: Stanisław Małachowski.
W zbiorach Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, fotografia - eMWPaedia.

Pistolet skałkowy wykonany w manufakturze zbrojeniowej w Końskich w 1831 r.
Napis rytowany na lufie: Fabryka Polska Naczelnemu Wodzowi.
W zbiorach Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie, fotografia - eMWPaedia.


Zamówienia dla formującego się w Końskich
7 Pułku Strzelców Pieszych


Dostawa słoniny i sadła

Jan Kanty Wasilewski, zastępca komisarza Obwodu Opoczyńskiego w mieście Końskich mieszkający; zawarł umowę z Jonasem Grundmanem o dostawę 25000 funtów słoniny i sadła do magazynu konieckiego w Kazanowie „exystującego”, w cenie po 20 groszy za funt słoniny lub sadła. Termin dostawy 20 dni. Akt podpisał „w imieniu komisyi potrzeb wojska J.K. Wasilewski, Kazimierz Brzozowski Komisarz Rządu Narodowego, Jonas Grundman, świadkowie: Ignacy Słuchowski i Michał Kołodzieyski - urzędnicy administracji w Końskich. Akt z 17.03.1831.


Dostawa furażerek, halsztuków, rękawic zauszników

Mieszkańcy miasta Radomia: Moszek Minchmacher, Herszch Epfelbaum, Ajzyk Szorfeld, Maier Szorfefd - byli dostawcami furażerek, halsztuchów (trójkątna chusta noszona na szyi przez mężczyzn w XVIII i XIX), rękawic, zauszników do 7. Pułku Strzelów Pieszych formujących się w Końskich. Akt z 6.06.1831.


Dostawa żywności

Do aktu stanęła Deputacja formująca 7 Pułk Strzelców pieszych. Deputacja ta składała się z: Stanisława Bogusławskiego, Kajetana Woyciechowskiego - Radców Obywatelskich woj. sandomierskiego, [Jana] Pruszyńskiego dowódcy tegoż pułku rozkazem dziennym Naczelnego Wodza [...], oraz z drugiej strony Aron Wiślicki i Chil Grundman z Końskich. Strony zawarły umowę dostawy żywności dla pułku.
§1 Ponieważ żywność dla Pułku 7 Strzelców Pieszych Instrukcyi Komisyi Rządowey Woyny z dnia 26 miesiaca czerwca nr 31081/11648 [...] 38 przepisana jest na iedną racyę dzienney żywności.

    Półtora funta chleba.
    Pół funta mięsa w tydzień przez dni cztery.
    Pół kwarty kaszy lub grochu.
    Dwa łuty soli kuchenney.
    Dwa łuty słoniny lub sadła.
    Przeto dostawcy zobowiązują się dostarczać żywność dla pułku.

§2 Żywność powyższym paragrafem przepisana przez Deputacyę dp racyi trzy tysiące (3000) dziennie - żądana tylko być może. Dystrybucya żywności odbywać się będzie co dni cztery, a to batallionami na kompanie podług sytuacyi i bon [bardzo ciekawy jestem czy zachowały się owe bony - może czytelnicy mają je w swoich zbiorach?], które przez Deputacyę podpisane być maią.
Wypłata za dostarczoną żywność uskuteczniana co dni osiem. Należność za żywność (1 racja) w ciągu 7 dni wynosi 3 zł 29 gr. Dostawa żywności ma być od 1 lipca 1831 do 1 sierpnia 1831. Umowa obowiązuje na miesiąc. Gdyby się okazała potrzeba dostarczania słomy, siana i owsa dla kompanii pociągowej dla „koni furgonowych” lub furażu dla koni oficerów sztabowych tegoż pułku to dostawcy winni i ten fasaż dostarczyć. Akt z dnia 28 czerwca 1831.


Dostawa manierek, bębnów, kociołków

Deputacyja formująca 7 Pułk Strzelców pieszych w Końskich składająca się z Stanisława Bogusławskiego, Kajetana Woyciechowskiego, Pruszyńskiego dowódcy pułku zawarła umowę z Ignacym Helemanem i Wojciechem Guzikiewiczem o dostawę „effektów” do 7 Pułku Strzelców Pieszych w Końskich, a więc o dostawę: 1493 manierek, 42 bębnów z stypułkami [drewniane pałki, często zakończone miedzianą tuleją], 298 kociołków wagi po 7 funtów [...]. Dostawa ma być uczyniona w ciągu 2 miesięcy z tym, że do 10 lipca 1831 dostawy przysłać do pułku 42 bębny. Akt z 212 czerwca 1831.


Dostawa sukna

Zelman Birencwajg, Mosiek Wiślicki, Jankiel Kronenblum, Lejbuś Szejnfeld, Rafał Rafałowicz kupcy z Końskich zapisali [...] 30000 zł na imię Deputacji formującej w Końskich 7 Pułku Strzelców pieszych z powodu przyjęcia obowiązku dostarczania pułkowi „effektów” to jest sukna. Podpisali wspomniani kupcy, jako świadek Michał Dunin Laskowski podporucznik, Stanisław Patek [pisarz lazaretu wojskowego w Końskich]. Akt z 1.07.1831

Deputacja formująca pułk 7. Strzelców Pieszych w Końskich w osobach Stanisław Bogusławski, Kajetan Woyciechowski, Pruszyński dowódca pułku zawarła umowę z Zelmanem Birencwajgiem, Mośkiem Wiślickim, Janklem Kronenblumem, Lejbusiem Szejnfeldem, Rafałem Rafałowiczem o dostawę sukna dla 7. Pułku Strzelców Pieszych, a mianowicie: sukna łokci 30.267 [miara nowopolska - 1 łokieć (miara podstawowa) = 2 stopy = 0, 576 m]

    granatowego szerokości „po ćwierci dziewięć postaw” - łokci 11.504 żółtego na wypustki - łokci 307,
    żółtego na wypustki łokci 307,
    pąsowego [kolor jasnoczerwony] łokci 100,
    szaraczkowy [kolor płótna lub szarej, niefarbowanej wełny] szerokości „po ćwierci dziewięć na mundury, zaś dla [...] jaśniejszego łokci 440, czyli zatem szaraczkowego łokci 18.356, wynosi razem 30.267. Dostawa 15 [...] za dni 15 (od dnia dzisiejszego), 150 [...] za dni 15, dostawa 400 [...] przy końcu miesiąca sierpnia 1831.

Akt z 1 lipna 1831.


Dostawa obuwia

Deputacja formująca pułk 7. Strzelców Pieszych w Końskich w osobach Stanisław Bogusławski, Kajetan Woyciechowski, Pruszyński dowódca pułku zawarła umowę z Ignacym Zawadzkim, Tomaszem i Walentym Urbańskimi o dostawę obuwia dla pułku, a mianowicie 1000 sztuk trzewików z okuciami po 330 par tygodniowo począwszy od 1.07.1831.
Akt z 1 lipca 1831.

Deputacja formującego się 7 Pułku Strzelców Pieszych w Końskich w składzie: Stanisław Bogusławski, Kajetan Woyciechowski, Pruszyński dowódca pułku, zawarli umowę o dostawę obuwia z Wincentym Majewskim „majstrem proffesyi szewskiej” . Dostawa 2.000 par trzewików z terminem do końca sierpnia 1831, co dwa tygodnie po 300 par; cena pary trzewików 6 zł 5 gr. Akt z 12 lipca 1831.


Dostawa tornistrów, ładownic, bandelonów, pasów

Deputacja formująca pułk 7. Strzelców Pieszych w Końskich w osobach Stanisław Bogusławski, Kajetan Woyciechowski, Pruszyński dowódca pułku zawarła umowę z Lejbusiem Szejnfeldem, Jonasem Wiślickim o dostawę tornistrów dla 7 Pułku Strzelców Pieszych w Końskich formujących się.

    Tornistry skórzane na włos wyprawione koloru czerwonego z podszyciem płóciennym z płótna krajowego z zapięciem i troczkami na przypięcie pałana z przyborami skórzanemi ze starej (?) skóry sztuk 2.939.
    Ładownice z blachą wewnątrz z pasem skórzanym na szaro sztuk 2783.
    Bandelonów ze sprzączkami mosiężnymi ze skóry na szaro sztuk 371.
    Pasów do noszenia bębnów w marszu i pasów do zawieszania bębnów ze skóry szarej pierwszych, a drugich ze skóry czerwonej 43.
    Pasów rzemiennych do manierek z upięciem do przykrywki sztuk 1492.

Effekty te mają być przymierzone na każdym żołnierzu. Umówiona cena: za tornister zł 13, ładownica 10 zł, bandoler 4 zł 20 gr, pasy do bębnów 6 zł 20 gr, pasek do manierek po 15 gr. Dostawa tych „effektów” za 2 miesiące od daty aktu. Akt z 1 lipca 1831.


Dostawa kulbak, chomąt, toreb skórzanych

(Szczególnie z tym zamówieniem miałem problemy z odczytaniem tekstu - chętnie prześlę skan zapisków do odczytania przez znawcę tematu - poprawię później w artykule)
Rząd Narodowy Królestwa Polskiego. Wiadomo czynimy etc. etc. Działo się w mieście powiatowym Końskich z dnia 28 lipca 1831 roku.
Deputacja formująca Pułk 7 Strzelców Pieszych w składzie Stanisław Bogusławski, Kajetan Woyciechowski, Pruszyński dowódca pułku zawarła umowę z Marcinem Meilingerem oraz Moszkiem Tarnowskim i Lejbą Fryszem o dostawę „effektów” na oporządzenie pułku:
§1. Ponieważ effekta do oporządzenia Kompanii Pociągowej dla Pułku 7 Strzelców Pieszych nie są nadesłane przeto stan ich określa się jak następuje:

    Kulbak, terlic z nawiązaniem [terlica – stanowi podstawę (stelaż), każdego siodła] z strzemionami z trokami do płaszcza na przodzie i z tyłu do [...] ze skór baranich białych wyprawionych, płótnem podszytych, z oblamowaniem sukiennym szaraczkowym bez podogonia i podpiersienia (?) trzydzieści jedna.
    Kulbaka takaż z olstrami podogoniem i podpiersieniem jedna.
    Torb skórzanych z paskiem na zgrzebło i szczotkę wielkości pół łokcia w kwadrat sztuk 32.
    Torb płóciennych z paskiem rzemiennym do żywienia koni sztuk 116.
    Zgrzebeł i szczotek do chędożenia koni par 32.
    Der do pokrywania koni bez podszycia z zyngartami (?) parcianym ze sprzączką i rzemieniem do przypinania sztuk 116.
    [...] z sukna szaraczkowego jasnego z wypustą żółta u denka z podszyciem sztuk 32.
    Chomąt lekkich z klinczynami drewnianymi malowanymi zielono z kręconego rzemienia z [...], ruskich z pólewkami (?) w smole wygotowanymi do założenia do orczyków sztuk 115.
    Naczelników (?) żelaznych silnie upiętych do chomąt dyszlowych par 20.
    Do hołobli (2 dyszle połączone rzemieniami z chomątem) pasów do wozów trzykonnych par 20.
    Uździenic (część rzędu lub uprzęży nakładanej na głowę konia, jeden z rodzajów ogłowia) rzemiennych z aiglami (?) i do tychże na werbliki zapinanych wędzideł czyli [...] węgierskich sztuk 116.
    Lejców równie z mocnego, kręconego rzemienia, krzyżowych par dwadzieścia. cena za 1 uprząż 55 zł (których ma być 115), cena za 1 kulbakę 50 zł (których ma być 32). Termin dostawy: na 6 sierpnia 31 roku - uprząż na 24 konie kompletna, kulbak 6. Na 20 sierpnia 31 roku druga część ekwipunku i w końcu sierpnia 31 roku resztę ekwipunku.



Opis munduru żołnierz 2 Pułku Strzelców Pieszych. Żołnierze tego pułku często bywali w Końskich.
Żołnierze pułku nosili granatowe kurtki mundurowe z żółtymi wyłogami, kołnierzem i łapkami rękawów, z białymi guzikami. Na guzikach umieszczano numery pułku.
Kołnierz, wyłogi na piersiach i rękawach i polach granatowe z wypustką żółtą przy kurtce paradnej. Naramiennik żółty, numer 2 dywizji czerwony. Lejbiki granatowe z żółtą wypustką na kołnierzu i rękawach. Spodnie, sukienne granatowe z wypustką żółtą. Kołnierz od płaszcza granatowy z wypustką żółtą. Wszystkie pasy były czarno lakierowane. Na głowie furażerka granatowa z trzema żółtymi wypustkami. Frak mundurowy oficerów z wyłogami granatowymi jak u żołnierzy. Kołnierz z żółtą wypustką i rękawy granatowe. Codzienne szare spodnie z granatowymi lampasami i żółtą wypustką pośrodku. Galony srebrne z żółtą wypustką.
[źródło: rysunek i opis Wikipedia]
Temat: ciekawostki regionalne


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: jacek0846 Luty 04, 2015, 11:16:31
Dziękuję  za  głosy  i  informacje  na  temat  leśnych mogił  . Okazało  się  że  mogiły  z  krzyżami  to  miejsce  pochówku  żołnierzy  wrześniowych  z  Armii Prusy ( być  może  23  pułk Ułanów Grodzieńskich ) którzy  zginęli  wyrywając  się  z  okrążenia . Dostałem  również informację  , że  w  mogile  gdzie przy  krzyżach  znajduje  się  figura  Matki  Boskiej , pochowanych  jest  3  żołnierzy  Hubala . Zostali  pochowani  w marcu 1940 r , po  rozproszeniu  piechoty  w  bitwie  pod  Szałasami . Czy  jest  to  rzetelna  informacja  ?  Tego  nie  uda  się  niestety  sprawdzić .


Witam. Chcę się wypowiedzieć na temat tych mogił. Pochodzę z Janowa. Mogiły na zdjęciach to mogiły żołnierzy armii ,,Prusy'' Ta z dwoma krzyżami na tak zwanych ,,Górach'' kryła zwłoki kapr. podchorążego oraz jednego szeregowego.Pamiętam że po ekshumacji na cmentarz do Przysuchy  na grobie został hełm podobny do strażackiego z włosami w środku. Zakopałem ten hełm w  tej mogile ale czy jest tam do dziś ,nie wiem. Następna mogiła w tak zwanej ,,Starej Górze'' .W niej było pochowanych dwunastu żołnierzy, też zabranych na cmentarz do Przysuchy. Następna mogiła z figurką ,, Matki Boskiej '' tam pochowanych było sześciu żołnierzy, też zabrano ich na cmentarz w Przysusze. Wśród zabitych byli  i ułani Grodzieńscy i zwykli żołnierze. Pojedynczy krzyż to żołnierz który zginął w okolicy wioski Kuźnica.Razem z nim zginęła kobieta o nazwisku Połeć a jej syn ranny był w nogi. Tam pod lasem były dwa domy.Połciów i Cieślikowskich. Przebywających w pobliżu tych domów żołnierzy Polskich zlornetowali Niemcy i ostrzelali ogniem artylerii.
Witam.Pozwolę sobie uzupełnić wiadomości na temat tych mogił oraz przyczyn śmierci tych żołnierzy a także pierwszego dnia Niemieckiej okupacji i pierwszych mordów w Janowie. Z opowieści rodziców wiem że od 6 września gęstniał tłum uciekających drogą na Borkowice oraz Przysuchę przed pożogą wojenną. Siódmego września około południa w Janowie od strony Końskich pojawili się Niemcy na motorach.Przez Janów przepływa rzeka  Radomka.Na moście Niemcy zrobili punkt kontrolny i wszystkich mężczyzn rewidowali.Gdy znaleźli nóż lub brzytwę natychmiast ich zatrzymali. Po wydzieleniu tej grupy kazali im pojedynczo uciekać  łąką wzdłuż rzeki. Na barierce mostu wsparli karabin maszynowy i z niego zabijali uciekających.Pierwszym który zginął był mężczyzna o nazwisku Wrona pochodzący gdzieś z okolic Końskich, oraz drugi mężczyzna NN.Reszta miała jakby szczęście bo drogą od Kuźnicy pokazał się Niemiec na koniu krzycząc ,,Nicht shisen''.Tak zaczął  się pierwszy dzień okupacji w Janowie oraz okolicznych wioskach.Most jako ważny punkt strategiczny dostał całodobową ochronę z karabinem maszynowym. W lasach Przysuskich  które ciągną się od drogi Końskie, Gowarczów, Drzewica, aż po drogę Końskie, Ruski Bród, Borkowice znajdowało się w tych dniach masę rozbitych oddziałów wojska Polskiego. Nie wiem z jakich jednostek ale  z opowieści wiem że byli i ułani i piechota i rowerzyści, nie było artylerii . Była też orkiestra któregoś pułku, bo cały zestaw instrumentów dętych został w lesie ,,Starej Góry'' przy drodze leśnej łączącym dwie wioski dziś już wysiedlone w latach pięćdziesiątych Zapniów - Gródek. Pierwsza walka naszych żołnierzy,,Ułanów'' w dniu 8 września lasach Przysuskich z wrogiem odbyła się w tak zwanym ,,Malinowiu'', to jest przy drodze leśnej łączącej dziś  wysiedlone wioski Kacprów, Orginiów, Zapniów a następnie ta droga do dziś istniejąca dochodzi do Jakubowa - Przysuchy. Nie wiem nic i nie słyszałem o zabitych żołnierzach jednej i drugiej strony. Być może teren ten był bliższy do miejscowości Gowarczów, Kupimierz. To już wiem z własnego doświadczenia bo byłem świadkiem poszukiwań z wykrywaczem metali. Znajdowano szable, magazynki karabinów maszynowych, karabiny ale z urwaną kolbą , bagnety, maski przeciw gazowe, znaleziony był też ,,Ur''  przez mojego nieżyjącego brata. Ten karabin  dziś znajduje się w Muzeum w Warszawie. Teren do dziś ciekawy i chyba do końca nie wyszukany. Z opowieści wiem że znaleziono też sztandar pułkowy, schowany był w mrowisku. Wracając do mogił w lesie koło Janowa. W nocy grupa żołnierzy Polskich wyszła z lasu z chęcią przebicia się w kierunku wschodnim.Kawałek drogi w Janowie był brukowany ,,Kocie łby''.Gdy Niemcy strzegący mostu usłyszeli żołnierzy otworzyli ogień z karabinu, jeden z Polaków ranny w brzuch skrył się do naszego domu, lecz rano sołtys zgłosił Niemcom i został odwieziony przez nich do szpitala.Nie wiem czy przeżył czy nie. Niemcy w każdą leśną drogę posyłali zwiad na motorach w poszukiwaniu wojska Polskiego. Tak było i w tym przypadku gdy w drogę idącą od Janowa na ,,Góry'' pojechał zwiad trzech na motorze.Nie jest do dziś wiadomym czy  to kapral podch. z jednym żołnierzem chciał zatrzymać Niemców czy też wdali się w strzelaninę bo zginęli obydwaj, ale był też zabity jeden z Niemców ,,pochowany był niżej od mogiły Polaków i zabrany  stamtąd w późniejszym okresie '' a dwaj z jednym rannym poważnie w twarz powrócili do Janowa. Niemcy podesłali samolot ,,Sztorch'' który spenetrował z góry teren leśny i rozpoczęli ostrzał artyleryjski w którym zginęło tych dwunastu żołnierzy. Tych sześciu natomiast  rozpaliło  ognisko zaraz za kamionką oddzielającą teren lasu od wiejskich pól. Kamionka jak pamiętam w tym miejscu miała wysokość około półtora metra.Czy to zmęczenie czy też sen ich zmorzył że nie wystawili nikogo kto by ostrzegł. Niemcy podjechali  blisko motorem a potem pieszo podeszli blisko i skosili ich z karabinu przy tym ognisku. Jest jeszcze taka ciekawostka o tych zabitych. Nie podam nazwiska ale jeden z mieszkańców wioski ściągnął buty oficerki jednemu z zabitych. W pobliżu jeszcze znajdowali się żołnierze Polscy. Gdy to zobaczyli kazali temu delikwentowi by te buty włożył zabitemu. Gdy nie mógł założyć bili wyciorem a na sam koniec pozwolili rozciąć cholewki nożem by umożliwić włożenie. Nie wiem który oddział rozbroił się w tym lesie ale słyszałem że dowódcy wyjechali bryczką drogą do Gwarka włączyli się w kolumnę Niemiecką i pojechali w stronę Przysuchy. W lesie zostało wszystko tabory, konie, rowery, wspomniane wcześniej instrumenty, wszystko co było na stanie tego oddziału. Nie wiem czy to kogoś zainteresuje ale kiedyś napiszę o walkach z 1945 pod Ruskim Brodem.Czytałem takie opisy ale od nic nie jest wspomniane o Janowie gdzie był sztab wojsk Rosyjskich, o samolotach rosyjskich strąconych nad Ruskim Brodem ,,sam osobiście oddałem kawałek luku do muzeum w Skarżysku''o czołgach Niemieckich które przerwały pierścień okrążenia w kierunku Przysuchy .Ale to napiszę kiedyś.     


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Luty 04, 2015, 17:47:22
Dziękuję  bardzo  za  uzupełnienia  dotyczące  historycznych  zdarzeń  z  okolic  Przysuchy  . Właśnie  o  to  chodzi  , że  ktoś  wie  , ktoś posiada  dodatkowe  informacje  i  chętnie  się  nimi  dzieli . Rzeczywiście  o  Janowie  wiem  niewiele  , także  każda  informacja ,   dodatkowo  uzupełnia  wiadomości . W  rejonie  RB , Wawrzynowa , Kuźnicy , Zapniowa i Orginiowa prowadziłem  poszukiwania  już  pod  koniec  lat  80 -tych . Słyszałem  , że  ktoś  czasem  wyciągnął  z  wody  jakieś  ciekawe  większe  graty . Mnie  osobiście  trafiały  się  raczej  drobne  rzeczy  . Pamiętam  jednego Ura , rozbitego RSO  czy  SDKFz-ta . Ostatnio  ktoś  wyciągnął  szaszkę  radziecką  . Najwięcej  gratów  militarnych  wyszło  podczas  wykonywania  wodociągu  w 2005=2007.


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Luty 16, 2015, 17:24:09
                                             „Dziebałtów –   27.VIII 1944 roku „


   Od  dawna  wiedziałem  o  potyczce  oddziału  partyzanckiego z  siłami  Wehrmachtu         w sierpniu  1944 roku , w  pobliskim  Dziebałtowie  . Publikacje oraz  przekazywane  przez ludzi informacje  nakreślały dwa  różne obrazy tamtych  wydarzeń  .  Postanowiłem spróbować  uzyskać  odpowiedzi  na  pojawiające  się  pytania  . Ślady  tamtych  wydarzeń  można  jeszcze  odnaleźć  wśród  opowieści  najstarszych  mieszkańców  , a  także  na  polach  i  w  lesie  . W  latach  80-tych,  będąc  na  grzybach  w  okolicznych  lasach  , znalazłem  hełm  niemiecki . Wisiał nisko zawieszony  na sęku  olbrzymiej  sosny . Hełm  zarośnięty  był  runem  leśnym  i  tylko  przypadek  sprawił  , że  go  zauważyłem  . Czy  był  na  wyposażeniu  żołnierza  niemieckiej  jednostki  biorącej  udział  w  walce  o  Dziebałtów  ?  Być  może  , ale  mógł  również  należeć  do  żołnierza  z jednostki  frontowej wycofującej  się  w  styczniu  1945 roku . Chodząc  po  polach  i  lasach        z  wykrywaczem  metalu  natknąłem  się  na  wiele  pamiątek  pochodzących  z  okresu  okupacji : łuski od  różnego  rodzaju  broni  ,  odlew orzełka ( niestety  tylko  połówka) , prawdopodobnie  wykonanego  przez  partyzanta , guziki niemieckie i polskie , odłamki  granatów   i  inne  części  wyposażenia  wojskowego . Mieszkańcy  zainteresowani  moimi  poszukiwaniami  opowiadali        o  czasach  wojny  .

 Relacja  I - pani  Marianna  Kuleta  :

   „ W  sierpniu  1944 r, byłam  jeszcze młodą  panienką , miałam 13 lat i  mieszkałam razem  z  rodzicami   .  Nasz  dom  stykał  się  prawie  z  domem  cioci  Frani . Przez  okno  w  kuchni  mama  podawała  sól  bądź  odbierała  od  cioci  barszcz  . Żyliśmy  wszyscy  razem  bardzo  rodzinnie  , na  dwóch  podwórkach ale  jak  jedna  wspólnota . W  drugim  domu  mieszkała   jeszcze  córka  cioci  Frani  -  Wanda . Wanda  była  już  mężatką , miała  dwóch  synków  ,             a  w tamtym czasie    była  w kolejnej    ciąży , chyba  w  ósmym  miesiącu . Kuzynka  Wanda  bardzo  mnie  lubiła  , często  pomagałam  jej  przy  dzieciach  , a  jak  byłam  mała  to  ona  mnie  pilnowała . Mąż  kuzynki  był  wtedy  na  robotach  w  Niemczech  . Tak  nadszedł  ten  feralny  dzień sierpniowy . Nasz dom  obrał  sobie  za  kwaterę  dowódca  niemieckiej  jednostki , ale  nie  wiem  jak  się  nazywał  i  jaki  miał  stopień  . Oprócz  niego  z  Niemców  był  jeszcze  jego  adiutant  i  jeden  żołnierz  . Reszta  wojska  zamieszkiwała  w  całej  wsi  , zajmując  kwatery         u  sąsiadów  aż  do  domów  w  stronę  Kazanowa . Niemcy  ćwiczyli  codziennie  na  polach  obsługę  armat . Nie  strzelali  , tylko  załadowywali  i  rozładowywali  , ustawiali  urządzenia          i  samo  działo  .  Niemiecki  oficer  był  bardzo  kulturalny  i  często  dzielił  się  z  nami  porcjami  jedzenia . Mama  w  zamian  prała  mu  bieliznę  . Mogę  powiedzieć  , że  nie  spotkało  nas  nic  złego  ze  strony  żołnierzy  niemieckich .
   Noc  27.VIII.1944 , zapadła  mi  w  pamięci  na  całe  życie  . Około  22.00  usłyszeliśmy  strzały  z  okolic  gdzie  dziś  stoi  Kościół  , wtedy  były  tam  pola  i  łąki  . Po  kilkunastu  minutach  strzały  ucichły  i  ludzie  wyszli  na  drogę  .  Usłyszeliśmy  informację  o  ostrzelaniu  przez  bandę  posterunku  wartowniczego  usytuowanego  na  krańcu  wsi  w  stronę  Wincentowa   . Podobno  kilku partyzantów  prawie  nadepnęło  na  niemieckich  wartowników  i  po  pierwszym  zaskoczeniu  rozpoczęli  ostrzał  . Chyba  wtedy  dwóch  z  naszych partyzantów  zostało  śmiertelnie  rannych  , a ich ciała  zostały  zabrane  przez  kolegów  . Niemcy  wzmocnili  posterunki  i  rozesłali  patrole  na  wszystkie  drogi  wylotowe  .  Ciężko  było  nam  zasnąć           po  takich  wrażeniach  .  Oficer  , który  mieszkał  u  nas  siedział  przy  stole  i  pisał  .  W  pewnym  momencie  , była  chyba  godzina  00.00 , zobaczyłam  jak  ze  ścian  odrywają  się  kawałki  tynku  i  pojawiają  się  tumany   kurzu . Zaraz  też  usłyszałam  serie  wystrzałów  i  wybuchy  granatów  . Zgasła  lampa  naftowa  , rzuciliśmy  się  na  podłogę  , a  Niemiec  wykrzykiwał  krótkie  rozkazy  do  swojego  adiutanta . Przestali  strzelać  i  żołnierze niemieccy  wypadli  z  domu  prosto  na  łąki  za  stodołą  . Strzały  słychać  było  jeszcze  w  oddali . Nagle  powietrzem  wstrząsnął  wybuch  .  Reszta  szyb  wyleciała  z  futryn  . W  poświacie  wybuchu  zobaczyłam  leżącą  postać               przy  oknie  .  To  była  Wanda  , moja  kuzynka  . Kiedy  tu  przyszła  ?  Może  źle  się  poczuła  , może  potrzebowała   pomocy ?  
     Z  jej  szyi  wylewała  się  krew  , a  z  ust  usłyszałam     ostatnie  tchnienie . Byłam              w  szoku  , wyczołgałam  się  z  domu aby  dostać  się  do  stodoły ,  gdzie  spali  rodzice  . Płakałam  w  ramię  mojej  matki  mówiąc  w  kółko  , że  zabili  Wandę  i  jej  dziecko  . Ciocia  Frania  siedziała  na  zapolu  z  chłopcami  . Wypytywała  o  Wandę , nie  wiedząc  , że  już  nie  żyje .
    Usłyszeliśmy  jeszcze  dwa  duże  wybuchy  i  po  jakiś  30  minutach  wszystko  ucichło  .   Po  jakimś  czasie  od  strony  Wincentowa  przyjechało  kilka  samochodów  z  żandarmami            z  Końskich  . Rozłożyli   po  okolicy  kilka  karabinów  maszynowych i  szukali  po  domach , kto  jest  ranny  czy  zabity  . Wtedy  zdałam  sobie  sprawę  , że  to  wszystko  odbyło  się  naprawdę  ,   a  ostrzelali  nas    Polscy  partyzanci  . Zabili  Wandę  i  podpalili  kilka  chałup  , nie  mogłam  sobie  tego  poukładać  w  głowie  .”
Fot1.Tablica upamiętniająca wydarzenia z 27.08.1944 - znajduje się na terenie kościoła w Dziebałtowie.
Fot2. Pani Marianna Kuleta




Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Luty 16, 2015, 17:44:36
Relacja II Pan  Jan  Jakubowski
Miałem wtedy 9 lat, a pamiętam wszystko tak dokładnie, jakby się to wydarzyło dopiero tydzień temu. W naszym domu, od kilku dni zakwaterowani byli młodzi żołnierze niemieccy, którzy dzień w dzień ćwiczyli na naszych łąkach obsługę dział. Wśród tych kilku Niemców, mieszkało u nas dwóch Francuzów, którzy trzymali się razem. Mieli inne niż Niemcy naszywki na rękawach bluz mundurowych. Zbliżający się sierpniowy wieczór nie zapowiadał tak straszliwych wydarzeń. Najpierw, zaraz po zmierzchu wybuchło jakieś zamieszanie przy lesie. Potem poszedłem spać, wcześniej jednak zwróciłem uwagę na napięcie wśród kwaterujących u nas żołnierzy. Obudził mnie huk i ból w nodze. Krzyczałem i płakałem. Wokół słychać było tylko strzelaninę i odbłyski wybuchów granatów. Nie pamiętam ile to trwało, bo mdlałem i budziłem się z bólu. Oprzytomniałem na stole w stodole. Było bardzo jasno, a nade mną pochylał się jakiś człowiek w okularach. Nic mnie nie bolało, ale byłem bardzo słaby. Ten człowiek był niemieckim lekarzem, który przeprowadził na mnie operację, ratując mi życie. W pomieszczeniu, w którym spałem wybuchł granat, a odłamki wbiły się w nogę i w pierś. Ten drugi był niebezpiecznie blisko od serca. Po pewnym czasie zacząłem dochodzić do siebie, a na święta byłem już prawie zdrów. Okazało się, że nasz dom został chyba najbardziej ostrzelany przez oddział partyzantów. Na naszym podwórku leżało 9 ciał owiniętych w koce i przepasanych pasem. Wszyscy, to jest siedmiu Niemców i dwóch Francuzów pochowanych zostało tutaj, na naszym podwórku, w pobliżu dzisiejszego ogrodzenia. Po wojnie przyjechała taka ekipa od ekshumacji i zabrali jednego Francuza. Mieli dokładną mapkę z zaznaczoną lokalizacją grobu. Nie rozkopywali całej mogiły, tylko dokładnie znali miejsce, gdzie leżał żołnierz. Wyciągnęli szczątki owinięte w resztki koca i ułożyli we wcześniej przygotowanej trumnie. Był u nas taki jeden co to umiał po francusku, bo przed wojną pracował w kopalniach, we Francji. Poprosiłem go o tłumaczenie i spytałem co z resztą ciał? Odpowiedzieli, że mają zlecenie tylko na tego jednego.
- A czy oni nadal tutaj leżą ? Nigdy nikt się nie interesował tymi szczątkami?
- Tak, leżą sobie do dziś w tym miejscu. Jakoś nikogo z władz to nie interesowało, a mnie jakoś też nie przeszkadzają. Raz, kiedyś jak wkopywali słupy telefoniczne, to nie chciałem wpuścić, bo słup wychodził właśnie w środek mogiły. Jak wyjaśniłem tym robotnikom o co chodzi, odwiercili dziurę na słup dwa metry dalej bliżej rogu do płotu.
- A co pan sądzi o tej nocy 27.08.1944?
- To bardzo trudna sprawa, przez wiele lat nie rozmawiałem z nikim o swoich odczuciach dotyczących tych zdarzeń. Po wojnie, krążyło wiele różnych wersji o tej bitwie. Partyzanci pisali swoje, a my tutaj w Dziebałtowie wiedzieliśmy swoje. Ci, którzy ostrzelali wieś, to byli młodzi chłopcy, nie myślący o nas mieszkańcach. W wielu przypadkach byli pijani. Z dzisiejszej perspektywy patrzę na to inaczej. Czy oni mieli taki rozkaz, żeby zaatakować Dziebałtów? Czy dostawali przed walką alkohol, aby dodać sobie animuszu? Jak mówiłem, to byli młodzi ludzie, pragnęli walczyć i wsławić się w boju. Ale co z oficerami? Kto tak naprawdę wydał rozkaz i jak on brzmiał?
- A ilu zginęło tak naprawdę niemieckich żołnierzy ?
- Zginęło tylko tych dziewięciu, którzy pochowani są na moim podwórku, kilkunastu było rannych i odwieźli ich chyba do szpitala w Końskich. Lżej rannych opatrywał ten sam niemiecki lekarz, który i mnie operował.
- No tak, ale w publikacjach na temat tej potyczki podaje się około 40 – 60 zabitych żołnierzy Wehrmachtu.
- Nie, na pewno nie. To gdzie by byli proszę pana pochowani? Było tylko tych dziewięciu. Owszem jest jeszcze jedna nieoznakowana mogiła niemiecka, ale pochowanych tam jest osiemnastu zabitych w czasie odwrotu styczniowego w 1945 roku. Leżeli zabici na polach i przy lesie. Ludzie zebrali się i pochowali zwłoki w takim małym lasku, gdzie kiedyś wybierano piasek. Grób jest nieoznaczony, ale pokaże panu to miejsce.
Podjeżdżamy samochodem do lasu, po drodze zabierając jeszcze jednego seniora wioski, który brał udział w pochówku zabitych Niemców. Pan Lucjan Łosiak prowadzi nas przez duży las sosnowy. Razem z panem Jakubowskim pokazują mi nieoznakowane miejsce spoczynku Niemców. Pan Lucjan nie bardzo chce rozmawiać o wydarzeniach z sierpnia 1944 r., ma na ten temat swoje zdanie i nie chce się nim dzielić.
Fot3. - Jan Jakubowski i Lucjan Łosiak  wskazują  mogiłę  leśną  ze  stycznia 1945r .
Fot4. - Miejsce  pochówku  9 niemieckich  żołnierzy z VIII 1944 r


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Luty 16, 2015, 17:48:09
Relacja III - pan Henryk Grzegorczyk

W tamtym czasie młodość i energia rozpierała mnie na potęgę. Chciałem koniecznie dostać się do partyzantki, wykazać w boju i postrzelać. Ot taka młodzieńcza fantazja. Rzeczywistość okazała się inna. Byłem sprawdzany i wielokrotnie dawano mi do zrozumienia, że nie mają do mnie zaufania. Dostawałem najgorsze roboty i często popadałem w konflikt z podoficerem, moim bezpośrednim przełożonym. Powiem panu jedno, że do dziś nie wiem w jakiej ja byłem partyzantce. Czy to było AK, czy BCh czy NSZ? Naprawdę nie wiem. Pseudonimy były jak wszędzie: Kruk, Orzeł, Zemsta i tego typu. W pewnym, momencie za niewykonanie jakiegoś głupiego rozkazu chcieli mi wlepić baty wyciorem. Do tej chwili nawet nie dostałem broni. To przechyliło szalę i postanowiłem się wycofać. Ludzie mówią do dzisiaj, że nie byłem w partyzantce tylko w bandzie. Mój powrót do domu zbiegł się w ten feralny czas ataku naszych AK-owców na niemieckie haubice. Po odejściu (ucieczce ) z oddziału wróciłem do domu do rodzinnego Dziebałtowa. Jakieś dwieście od naszej chałupy stała haubica, a przy niej kręcił się żołnierz z karabinem. W naszym domu nie mieliśmy zakwaterowanych żołnierzy, gdyż nie mieliby się gdzie pomieścić. Leśnym z oddziału, w którym byłem nie przyznałem się, że mam broń. Przyniosłem i ukryłem karabin jeszcze we wrześniu 1939, z lasu z Kazanowa. Zabezpieczyłem broń w nafcie, okręciłem w płaszcz, taki gumowany, wojskowy i schowałem w stodole. Teraz bałem się, że Niemcy mogą go znaleźć i kombinowałem jak go wynieść i ukryć w lesie. Wciąż kręciły się patrole piesze i konne, a w nocy nie chciałem ryzykować, bo strzelali bez ostrzeżenia. Mauser został, ale później za niego musiałem odsiedzieć w wolnej już Polsce. Wracając do tamtego wieczora, usłyszałem na początek kilka serii z peemu oraz pojedynczych wystrzałów z pistoletu i karabinu. Na drodze zaroiło się od żołnierzy. Padały komendy po niemiecku, po czym wszystko ucichło. W nocy, w naszą chałupę targnęło uderzenie fali, od wybuchu, poleciały szyby, a także oderwało narożnik szczytu dachu krytego słomą. W dziurze po oknie zobaczyłem łunę od pożaru. Wybiegłem z rodzicami z domu, w poświacie ognia widziałem rozwaloną lufę wielkiej haubicy. Płonęły zabudowania sąsiadów po drugiej stronie drogi. Niżej od nas, w stronę Sielpi widać było wymianę ognia. Smugi po pociskach i ogniki wystrzałów zdradzały stanowiska żołnierzy. Niemcy kazali się nam schować. Na podwórku rósł wielki kasztan i to za jego pniem kucnęliśmy z rodziną.

Fot 5. - Henryk Grzegorczyk 


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Luty 16, 2015, 17:51:11
Pozwolę sobie tutaj na pokazanie relacji jednego z partyzantów biorących udział w bitwie Dziebałtowskiej - tekst pochodzi z artykułu pana Piotra Rachtana pt. 1944 Burza Świętokrzyska

Halny: droga znad Pilicy
 Byliśmy wtedy z „Nurtem” bardzo blisko. Pamiętam jedno z działań zaczepnych: stoimy pod Końskimi, jest druga połowa sierpnia, wracamy znad Pilicy, ludzie są rozgoryczeni, powstanie w Warszawie trwa, a my przygotowani, nakręceni, chcemy walczyć. Wojsko - 6 tysięcy ludzi - rozchodzi się powoli. Ja mam drużynę świetnie uzbrojoną. Jest nas 11 i mamy 3 rkm, trzy pistolety maszynowe, każdy ma po gamonie przeciwczołgowym. Cały batalion „Nurta” był uzbrojony podobnie. 
Miałem z „Nurtem” taką osobistą historię: byłem plutonowym, pełniłem służbę podoficera dyżurnego, wchodzę na kwaterę „Nurta” i melduję mu gotowość oddziału do przeglądu. „Nurt” nie wie co robić, bo w głębi siedzi ktoś inny i mówi:
– „Halny”, ale tu pułkownik...
A ja na to: 

– To mnie nie obchodzi, pan jest komendantem.
 Zrobiono nam zbiórkę, cały batalion stanął w czworoboku na polanie. Wyszedł jakiś pułkownik, (później dowiedziałem się, że to by ppłk. „Kruk”) „Nurt” mu zameldował batalion, a pułkownik do nas przemówił. Mówił o sytuacji z punktu widzenia dowództwa. Że Pilica jest nie do przejścia, Niemcy ustawili artylerię, przeciwko której nasze rkm nic nie mogłyby zdziałać. Ale nastroje były takie, że trzeba było je rozładować. 50 ochotników poszło wtedy na wieś Dziebałtów, gdzie miała stać lekka artyleria. Atak poprowadził kapitan „Tarnina” z 2 batalionu. Nas „Szortów” było chyba ze dwie drużyny. Wchodzimy do pierwszych chałup, podobno Niemcy nie mieli ubezpieczenia, jednak z głębokiego rowu podniósł się zaspany żołnierz i wtedy „Bat” skosił go serią z rkm.
i zaczęła się strzelanina. „Szorta”, gdy podchodził do jednej z chałup, złapał z tyłu Niemiec. „Szort” schylił się i ze swojego Thompsona strzelił między swoimi nogami Niemcowi w krocze. 
Nasz oficer informacyjny „Roman” (Stanisław Schwarc-Bronikowski), którego nazywaliśmy Goebbelsem. został bez broni, bo wypadł mu magazynek od empi. W bitwie zginął jeden nasz żołnierz – „Wisłok”, ranny został „Dzium”. Żadnej artylerii tam nie było, tylko trzy haubice, które zniszczyliśmy.
 Za tę bitwę podano nas do Krzyża Walecznych.


Jeszcze jeden fragment relacji z tamtych wydarzeń w publikacji Cezarego Chlebowskiego: Reportaż z tamtych dni

Idziemy na Dziebałtów. Wywiad doniósł, że kwateruje tam baon artylerii niemieckiej, podobno lekkie działa - relacjonuje swoim „Halny". Niestety, dokładne miejsce ulokowania dział, ani siła nieprzyjaciela nie są znane. Zresztą działami zajmą się inni. Patrzcie tu na mapę - brudnym paluchem dziobie w miejsce, gdzie kończy się kolor zielony, który oznacza lasy, a małe gęste punkciki zdobi napis „Dziebałtów". My obchodzimy wieś od zachodu i rolujemy po cichu przysiółek odchodzący od Dziebałtowa w bok. Tam podobno Niemców nie ma.
– A jak będą ? – pyta nerwowo młody „Kniaź" - Stanisław Alkiewicz.

– To wybijemy granatami w chałupach.

– Granatami? Przecież tam są gospodarze, Polacy.

 Zapada cisza. Nikt nie znajduje odpowiedzi na to pytanie. Wreszcie „Halny" decyduje się przerwać milczenie.


– To jest wojna. A zresztą na pewno w izbach gdzie są Niemcy, Polacy nie będą spali - mówi to wbrew sobie, bo wie, że granat obronny wrzucony do izby rozwali drewniane przepierzenie i poszatkuje wszystko. Ale co ma powiedzieć? Taki rozkaz.

Żołnierz wie tylko część prawdy, drugą część znają jego zwierzchnicy. A jest ona także pełna niedomówień. Decyzję uderzenia na Dziebałtów podjął tego dnia rano płk „Lin" (Antoni Żółkiewski) z dwóch powodów: celem podreperowania morale wojska, po nieprzychylnie przyjętej decyzji odwrotu z marszu na Warszawę, oraz aby zdobyć działa, które miały być przydatne w dalszych akcjach w ramach planu "Burza". W planie tym przewidywano także uderzenia na Kielce i Radom. W południe, gdy na odprawie dowódców batalionów przedstawiono plan i zlecono początkowo do wykonania batalionowi „Nurta" pod jego bezpośrednim dowództwem, tan, zorientowawszy się, że rozpoznanie jest bardzo mgliste, wypowiedział się przeciwko akcji, nie wróżąc jej powodzenia. Ponieważ nie wszyscy podzielali jego zastrzeżenia, postanowiono uderzyć na Dziebałtów specjalnie stworzoną grupą między batalionową, nad którą komendę powierzono dowódcy II batalionu z 2 pułku piechoty legionowej, kpt. „Tarninie" - Tadeuszowi Pytlakowskiemu.

Mam nadzieję, że udało mi się chociaż w małym stopniu przybliżyć problem akcji partyzanckich widzianych z trzeciej strony, to znaczy okiem cywilów. Wśród działań grup podziemia niepodległościowego znamy przypadki represji okupantów wobec ludności cywilnej, czy strat ludności podczas walk, Powstania Warszawskiego i różnych akcji dywersyjnych. Każda wojna, czy konflikt zbrojny niesie za sobą ryzyko niewinnych ofiar. Nie bądźmy surowi w ocenie relacji świadków tych wydarzeń, oni tak to zapamiętali i tak to przeżywali.

Radosław Nowek
Fot.6- Tablica  upamiętniająca  tamte  wydarzenia  . Znajduje  się  na  terenie  Kościoła  w  Dziebałtowie .


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: rovis Luty 16, 2015, 22:07:30
Radek chylę czoła!


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: adamS Luty 18, 2015, 22:20:26
Halny na imię miał Zdzisław.Poza tym czyta się jednym tchem.Pozdrawiam


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Marzec 03, 2015, 20:04:17
http://www.konskie.org.pl/2015/03/pierwsze-rozbicie-wiezienia-w-konskich.html


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Marzec 29, 2015, 08:38:30
http://www.konskie.org.pl/2014/10/marian-kaczorowski-starszy-uan-gruszka.html


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Kwiecień 21, 2015, 17:21:24
                                                               „Wyrębów”  część  I

   Pierwsze  spotkanie  z  miejscowością  Wyrębów  w gminie  Radoszyce , było  związane  z moją  pracą  zawodową  . Podczas  wykonywania usług  związanych  z  budową  odcinka  wodociągu  poznałem  pana  Tadeusza  Wyderskiego  .  Wykopy  pod  instalacje przechodziły  przez  teren  pana  Tadeusza  więc  zasięgnąłem  u  niego  informacji  na  temat  przebiegających  pod  ziemią  mediów . Podczas  rozmowy  weszliśmy  na  tematy  związane  z  historią  wioski  i pięknej  nowo pobudowanej  kapliczki  z  cegły  klinkierowej . Okazało  się  , że w  tym  miejscu  , przed  wojną  , stała  drewniana  kapliczka  pod   którą  mieszkańcy  spotykali  się  na  majówkach.  Ludzie śpiewali pieśni  i modlili  się  ku  czci  Matki  Bożej . Nie  wiadomo  , czy kapliczka  nie  remontowana rozsypała  się  ze  starości  , czy  inny  kataklizm   doprowadził  do  jej  zniszczenia  . Pan  Wyderski  sam  nie  pamiętał  owej  kapliczki , ale miał  informacje  od  rodziców  o jej  wyglądzie i  położeniu .  Postanowił  odbudować  ją  w  tym  samym  miejscu  .  Z  własnej inicjatywy i  przy  użyciu własnych   środków  wybudował  nową  kapliczkę . Ludzie  powrócili  do  dawnych  zwyczajów  i  modlą  się  w  niej  nie  tylko  na  majówkach .
   Pan  Tadeusz  , to  człowiek  żywo  interesujący  się  historią  regionu  oraz  samego  Wyrębowa .  W naszych  rozmowach  często  przewijały  się  wątki  z  czasów  okupacji  hitlerowskiej  . Zostałem  obdarowany  hełmem  niemieckiego  żołnierza  , który  pan  Tadeusz  znalazł  w  pobliskim  lesie  .  Hełm  oczywiście  trafi  do  naszego  Muzeum (  jeśli  będzie miejsce  na  takie  Muzeum ) . Byłem  pod  wrażeniem  wiedzy  tego  człowieka  oraz  pomysłów  , które  chce  wprowadzać  w  celu  upamiętnienia  ważnych  wydarzeń  z  historii  Wyrębowa . Jak  zwykle  brakło  czasu  aby  o  wszystkim  porozmawiać  . Umówiliśmy  się  na  spotkanie  w  najbliższym  dogodnym  terminie  , aby  spisać  czy  utrwalić  ważne  informacje  na  dyktafonie .
   Minęło  ponad  rok  i  jakoś  nie  było  okazji  do  spotkania  w  Wyrębowie  . Mój  przyjaciel  Krzysztof  Biłek  , który  zajmował  się  opracowaniem  tematu  kapliczek i przydrożnych  krzyży  w  gminie  Radoszyce  , spotkał  się  z  panem  Tadeuszem  . Zaraz też do  mnie  zadzwonił  z  informacją  o  poznaniu  ciekawego  człowieka  z  Wyrębowa , który  posiada  wiele  informacji  na  tematy  nas  interesujące  . Chodziło  oczywiście  o  pana  Wyderskiego . Postanowiłem  nie  odwlekać  spotkania  i  umówiłem  się  na  spotkanie  na  początku  września  . Krzysztof  Biłek , Krzysztof  Woźniak i  Ja  wybraliśmy  się  we  trzech  w  sobotni  poranek  uzbrojeni  w  detektory  metalu  , dyktafon  i  aparat  fotograficzny . 
   W  kapliczce modliło  się  kilka  osób  , wśród  nich  nasz  gospodarz  .  Po  przywitaniu  rozpoczęliśmy  rozmowę  na  temat  właśnie  tej  nowej  kapliczki  i  stojącego  nieopodal staro  wyglądającego  krzyża .
   „ Podczas  prac  budowlanych  w  miejscu  po  starej  , drewnianej  kapliczce  znalazłem  taki  oto  krucyfiks , kilka  medalików  od  różańca  i  inne  drobne  przedmioty  stanowiące  wyposażenie  kapliczki „
Uszkodzony  krzyż  w  rękach  pana  Tadeusza  wykonany  był  z  tak  zwanego  „ cynkalu „ . Wyglądął  na  XIX wiek  . 
„ Jeśli  chodzi  o  krzyż  przy  drodze  to  podobno  został  postawiony  przed  1850 rokiem  w  czasie epidemii  Cholery „
   „ Mój  tato  to  opowiadał  mi  wiele  różnych  takich  bajań  i  legend  . Często  w  tych  opowiadaniach  można  wyczuć  folklor  ale  też  prawdy  historyczne  . Tu ,  w  tym  miejscu  , nieopodal  tej  kapliczki stała  pierwsza  w  tej  okolicy  szkoła  .  Dopiero  po  pożarze  i  spaleniu  się  drewnianego  budynku  , postawiono  szkołę  w  Kłucku .  Ze  starą  kapliczką  wiąże  się  sporo  opowiadań  . Pewnego  wieczora  , dwóch  żołnierzy  , mieszkańców  tej  wsi , wracając   z  wojny  Polsko – Bolszewickiej  , przechodzili  w  pobliżu  kapliczki . Usłyszeli  płacz  dziecka  dobiegający  z  krzaków  za  kapliczką . Ponieważ  było  bardzo  ciemno  , jeden  z  nich  przyświecał  zapałkami  a  drugi  szukał  płaczącego  dziecka  .  Płacz  wydobywał  się  spod  ziemi  . Myśląc  , że  jakaś  wyrodna  matka  zakopała  żyjące  dziecko  zaczęli  kopać  gołymi  rękoma  w  ziemi  .  Płacz  ustał  a  w  miejscu  rozkopania  znaleźli  zawiniątko  ze  srebrnymi  monetami  austriackimi .  Innym  razem  moja  ciotka z  córką  przyszła  do  nas  w  odwiedziny  .  Po  wejściu  do  domu  widać  było....cdn


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Kwiecień 22, 2015, 19:55:27
Część II .
poddenerwowanie  na  ich  twarzach  .  Z  rozmowy  z  moimi  rodzicami  wynikało  , że  idąc  do  nas  , zobaczyły  klęczącą postać  młodej  kobiety  w  bardzo  jasnym  ubraniu  . Kobieta  płakała  pochylając  się  nad  zawiniątkiem  leżącym  na  ziemi . Odwróciły  się  na  chwilę  i  kobiety  już  nie  było  .  Mój  tato  musiał  je  potem  odprowadzić  .  Ale  to  tylko  takie  legendy  i  opowiadania  . „
   Przechodzimy  w  stronę  lasu  , gdzie  niedawno  pan  Tadeusz  zrealizował  jeden  ze  swoich  pomysłów , mianowicie postawił  drewnianą  kapliczkę  partyzancką  upamiętniającą  wydarzenia  z  1944 roku .
   „ Z  opowieści  ojca , rodziny i  miejscowej  ludności  zostało  mi  w  głowie  sporo  na  ten  temat . Po  akcji  Burza  pojawił  się  w  naszym domu  Stanisławski , dawniejszy  sąsiad . Rodzice  wiedzieli  , że  był  w  „ lesie „ . Poprosił  o  dyskrecję i  zapowiedział  przybycie  w   rejon wsi    oddziału  partyzanckiego . Ojciec  miał  pomagać  i  organizować  z  zaufanymi  ludźmi  siano  dla  koni  , żywność  dla  ludzi  i  inne  potrzebne  rzeczy . Zanim  pojawili  się  nasi żołnierze  zadudniło  od  Radoszyc  . Słychać  było  palby  karabinów , serie  z  kaemów i  wybuchy  granatów  . Radoszyce  płonęły    , a  resztki  spalenizny  docierały  aż  tutaj  .  W  linii  prostej  będzie  gdzieś  4  km . Dopiero  po  latach  okazało  się  , że  to  Oddział  „Szarego”  ratował  ludność  wioski  przed  pacyfikacją  .”

3.IX . 1944 roku oddziały niemieckie otoczyły Radoszyce ciasnym kordonem, spędzając ludność na rynek i czyniąc przygotowania do masowej egzekucji. Od masakry uratował ludność niezwłoczny atak oddziałów partyzanckich AK na Niemców .

   „Partyzantka  pojawiła  się  na  leśnych  wzgórzach  Wyrębowa w  niedzielę  przed  świtem . Ojciec  opowiadał  , że  mieli  kilku  jeńców  . Byli  to  policjanci  niemieccy  biorący  udział  w  pacyfikacji  Radoszyc . Oddział  przywiózł  również  dwóch naszych żołnierzy ,  ciężko  rannych w  tej  bitwie , którzy  zmarli    kilka  godzin  później . Zostali  pochowani  tutaj  , na  wzgórzach  gdzie  obecnie  stoi  Partyzancka  Kapliczka . Po wojnie  zostali  ekshumowani  i  przeniesieni  na  cmentarz  w  Radoszycach  „.

A  co  się  stało  z  jeńcami ?

   „ Rodzice  nie  za  bardzo  chcieli  o  tym  mówić  , ale  z  czasem  wyszło  , że  po  przesłuchaniach  na  temat  planów jednostki  pacyfikacyjnej , jeńców  miano  rozstrzelać . Zanim  jednak  do  tego  doszło , dwóch  z  nich  wykorzystując  nieuwagę  pilnującego  ich  młodego  partyzanta wyrwali  mu  bagnet  i  ranili  w  nogę  . Zabrali  też  karabin  , na  szczęście  broń  się  zacięła  i nie  mogli  odryglować  zamka . W  tym  czasie  jeden  kapral  i  dwaj  szeregowi  widząc  zagrożenie  oddali  w  stronę  Niemców  kilka  serii  z  m-pi. Nie  było  rozstrzelania  , zginęli  w  walce  , choć  ludzie  długo  mówili  , że  to  różnie  było  z  tymi  jeńcami . Wie  pan  do  dzisiaj  w  miejscu  gdzie  zginęli  ci  Niemcy  i  gdzieś  tutaj  zostali  zakopani , jest  tu  wyczuwalny  jakby  chłód , taka  zła  energia . ”

A  co  mówili  takiego ?

„ Podobno  to  było  sprowokowane , tylko  myśleli  , że  Niemcy  będą  raczej  uciekać  niż  , że  zaatakują .”

Jak  długo  przebywał  tutaj  oddział  ?

   „Dokładnie  nie  wiem  , ale  musieli  być  kilka  dni  lub  nawet  tydzień  , bo  nie  budowaliby  szałasów i  tego  podestu . Codziennie  odbywała  się  Msza  Święta celebrowana  przez  kapelana  oddziału , na  którą  przybywali  okoliczni  mieszkańcy . Właśnie  tutaj  znajdowały  się  posterunki  wartownicze  , a  tam  wyżej  gdzie  widoczne  są  jeszcze  dzisiaj  zagłębienia  , partyzanci pobudowali  coś  w  rodzaju  szałasów . Nie  wiem  ilu  było  naszych  żołnierzy , ale  ojciec  mówił  , że  było  ponad  dwustu  . Na  samej  górze , na  tym  niewielkim  wypłaszczeniu  znajdował  się  sztab  . Był  tam  namiot  obłożony  gałęziami  i  zamaskowany  „zeltami”( pałatka  niemiecka  w  kolorze  maskującym ) . Widać  było  , że  dowódca  wiedział  co  robi  rozbijając  obóz  w  taki  a  nie  inny  sposób . Można  się  tu  było  bardzo  długo  bronić  , wycofać  bez  strat  , a  jeden  dobrze  okopany  rkm  mógł  powstrzymać  spore  oddziały  nieprzyjaciela . „

Chodzimy  przez  dłuższą  chwilę  w  milczeniu  oglądając  miejsca gdzie  obozował  oddział  . Na  myśl przyszło  mi  w  tym  momencie  , że  to  był  już  wrzesień  . Chłodne  noce , niedojadanie  , ciągła  pogoń  z miejsca  na  miejsce . Do  tego  jeszcze  walka  z  wrogiem  i  możliwość  zostania  rannym  lub  zabitym . Czy  dzisiejsza młodzież  i  my  sami  , zdobylibyśmy   się  na  taki  akt....cdn


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Kwiecień 23, 2015, 05:36:32
Część III.

odwagi ?
Kilkakrotnie  używamy  wykrywaczy  metali  w  nadziei  na  znalezienie  jakiejś  pamiątki  z  tamtych dni .Znajdujemy  tylko  kilka  łusek , które  można  połączyć  z  oddziałem .

Jakie  były  relacje  oddziału  z  mieszkańcami  ?

„ Bardzo  dobre  , sporo  młodych  pchało  się  by  walczyć  , ale  dowódca  szukał  ludzi  tylko  z wojskowym  przeszkoleniem  . Ludzie  przynosili  wiele  rzeczy  , gotowali  bieliznę  , cerowali  , przyszywali  itd. Na  krańcach  wioski  rozlokowani  byli  specjalnie  do  tego  wybrani  partyzanci  , którzy  obserwowali  zachowanie  mieszkańców  , ale  również  mieli  wgląd  na  drogę  i  kto wychodzi  i  wchodzi  do  wsi „.

W  międzyczasie  podchodzimy  do  wybudowanej  w  lesie  kapliczki  partyzanckiej  .  Historia kapliczki zaczyna się w sierpniu w 1944roku . Na  początku  na  mogile  stanęły  brzozowe  krzyże  . Po wojnie Władysław Janus ,były partyzant ,postawił kapliczkę i ufundował tablicę pamiątkową . Za jego staraniem ekshumowano  poległych i przeniesiono ich zwłoki na cmentarz w Radoszycach. Po śmierci opiekującego się nią W. Janusa kapliczka popadła w ruinę .    W 2012 roku za staraniem Tadeusza Wyderskiego i wójta gminy Radoszyce kapliczka została gruntownie odnowiona .         W  tym  czasie  podeszło  do  naszej  czwórki dwóch  miejscowych  degustatorów  nalewek . Słysząc  o  czym  rozmawiamy  wtrącali  swoje  rzekomo  prawdziwe  opowieści  .  Było  więc  i  trochę  wesoło  podczas  wspomnień  o  tych  trudnych  chwilach . Pan  Tadeusz  próbuje  sobie  przypomnieć  jeszcze  jakieś  szczegóły  dotyczące  wydarzeń  z  początku  września 1944 r.
„ Wiem  jeszcze  o  jednej  sprawie  , ale  to  musimy  pojechać  samochodem  . Wprawdzie  to  nie  dotyczy  pobytu  oddziału  ale  czasu  okupacji  i  niezwykle  dramatycznych  wydarzeń  .  Ta  historia  mogła  ściągnąć nieszczęście  na  wioskę  .  To  było  w  lipcu  1944 r. Na  drodze  od  Stanowisk  pojawiło  się  trzech  Niemców  na  rowerach . Żołnierze  zaczęli  rozpytywać  łamaną  polszczyzną  o  bandy  , rzekomo  stacjonujące  w  „Smugowym  „ lesie  .  Przy  skraju  lasu  Niemcy  zostali  ostrzelani  z  broni  maszynowej . Zginęli  na  miejscu , ale  nikt  się  nie  pojawił  , nie  było  wiadomo  kto  strzelał  .  Do  dziś  pozostaje  to  tajemnicą  . Podejrzewam  jakiś  oddział  partyzancki  , tylko  dlaczego  nie  wzięli  broni  zabitych ?  Ludzie  miejscowi  przybyli  na  miejsce  popadli  w  panikę  .  Przecież  za  niedługo  będą  ich  szukać  , przyjadą  i  spalą mordując  całą  wieś  .  Wszyscy  się  zmobilizowali  i  ściągnęli  zwłoki  do  wyrobiska , tak  zwanego miądlanego  dołu  w  lesie  . Miądlany  dół  to  miejsce  gdzie  prażono  i  przygotowywano  len . Tam  zakopano  ich  przysypując  przyniesioną  ze  sobą  ziemią  , trawą  i  liśćmi . Na  tym  miejscu  posadzono  świerka .  Kobiety  nosiły  ziemię  w  fartuchach a  mężczyźni  w  workach  .  W wyrobisku bowiem  był  sam  kamień  pokryty  mchem . Rowery  zostały  rozłożone  na  części  i  zatopione  w  rzece  . Miejsce  śmierci  zamaskowane  , a  obok  postawiono  wóz  z  gnojem  .  Ludzie  jakby  nigdy  nic  pracowali  w  polu  . Nadjechał  samochód  żandarmerii  .  Policjanci  wypytywali  o  strzały  , o żołnierzy , czy  ktoś  widział  cokolwiek  dziwnego . Jeden  z  chłopów  mówiących  trochę  po  niemiecku  powiedział  o  strzałach  dobiegających  od  strony  Radoszyc  z  lasu  , żołnierzy  niemieckich  żadnych  tu  nie  było  . W  ciągu  kilku  dni  jeszcze  kilka  razy  sprawdzano  okoliczne  lasy  w  poszukiwaniu  tych  trzech  zabitych  .  A  oni  właśnie  leżą  tutaj  . „

   W  międzyczasie  słuchając  tej  opowieści  dojechaliśmy  na  miejsce  gdzie  stała  wiejska  stara  chałupka  . Bezpośredni  świadek  tamtych  wydarzeń  pan Adam  Jadowski , starszy  i  niedosłyszący  człowiek  , bardzo  chciał  nam  to  opowiedzieć  i  przybliżyć  dramatyzm  tej  sytuacji  . Człowiek  ten  stwierdził  , że  do  Niemców  strzelali  partyzanci  z  AL .  Samochodem  dało  się  tylko  dojechać  do  pewnego  momentu  , dalej  pieszo  . Dziarski  staruszek  opowiadał  o  strachu  żywo  gestykulując  rękoma .   Wreszcie   dochodzimy  na  miejsce  .  Na   ziemi  leży  nieduży  kamyk  ,a  na  nim  wypalony  znicz  .  To  pan  Tadeusz  Wyderski  zapala co  jakiś  czas  tym  Niemcom  światło  . Bo  przecież  i  oni  mieli  rodziny  , zginęli  bez  śladu  wiele  lat  temu  .  Postanowiliśmy  zgłosić  sprawę  do  fundacji  Pamięć i  zrobić  ekshumację  . Jeśli  będą  mieli  przy  sobie  tak  zwane  nieśmiertelniki  , to  potrafimy  zidentyfikować  zmarłych .
   Kończymy  nagrywanie  , odwozimy  pana  Tadeusza  do  domu  i  wracamy  do  Końskich  .  Po  drodze  prawie  milczymy  rozmyślając  o  słyszanych  opowieściach  . każdy  z  nas  rozpatrywał  to  po  swojemu .

Pavelock 


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Maj 18, 2015, 05:44:11
http://www.konskie.org.pl/2015/05/w-75-rocznice-smierci-majora-hubala.html


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 04, 2015, 06:34:30

Ostatni powrót hubalczyka Romualda Rodziewicza „Romana”
Romuald Rodziewicz urodził się w Ławskim Brodzie (obecnie Truskawicze) na nowogródczyźnie 19 stycznia 1913 roku. Z majorem Hubalem zetknął się w ostatnich dniach września, kiedy to, wraz z grupą ułanów wracających z nad łotewskiej granicy, dołączył do 110. rezerwowego pułku ułanów dowodzonego przez ppłk. Jerzego Dąmbrowskiego. Były to już ostatnie chwile przed rozwiązaniem tego pułku. Grupę, która postanowiła dotrzeć do Warszawy poprowadził major Dobrzański. Wśród tych ułanów znalazł się Romuald Rodziewicz.Kiedy Dobrzański podjął decyzję, że pozostaje w kraju i tu będzie kontynuował walkę, a nie za granicą, Rodziewicz pozostał w oddziale. Przyjął pseudonim „Tarnawa”, ale powszechnie lubianego Rodziewicza żołnierze nazywali po prostu „Romanem” i pod takim pseudonim przeszedł do historii. Jedyny ślad po „Tarnawie” widnieje w liście do ośmiu kieleckich harcerek, które przysłały na Bielawy wigilijne podarunki dla żołnierzy.
Uczestniczył w potyczkach oddziału pod Wolą Chodkowską (pow. Kozienice), Huciskiem (pow. Przysucha) i Skłobami (woj. świętokrzyskie). Uczestniczył również w ostatniej potyczce, w której poległ major Hubal, pod Anielinem (pow. Opoczno) 30 kwietnia 1940 roku. Po rozwiązaniu Oddziału majora Hubala, w czerwcu 1940 roku, podjął pracę w ZWZ i AK. Pochwycony przez Niemców zesłany został najpierw do KL Auschwitz, a potem KL Buchenwald. Wyzwolenie zastało go w Nadrenii, gdzie zatrudniony był przy naprawie taboru kolejowego. Skierowany do szpitala, po pięciu tygodniach kuracji udał się do Włoch i wstąpił do 16 Pomorskiej Brygady Pancernej w 2. Korpusie Polskim.
Zdemobilizowany w 1947 roku, osiadł w Anglii i w 1952 roku (w Boże Narodzenie) założył rodzinę. Pracował jako hutnik, górnik, tokarz.
Do Polski przyjeżdżał wielokrotnie i ściśle współpracował ze Środowiskiem „Hubalczycy”. Poniżej foto relacja z kilku pobytów Romualda Rodziewicza w Polsce w latach 1987 – 1997.Na zakończenie pragnę zaprezentować fotografię ofiarowaną przez Romualda Rodziewicza Mirosławowi Głowaczowi, synowi hubalczyka Franciszka Głowacza „Lisa”, podczas swojej wizyty w Warszawie w 1978 roku.
Ostatnie lata Romuald Rodziewicz spędził w polskim Domu Opieki „Jasna Góra” w Huddersfield (Wielkiej Brytania, Anglia, hrabstwo West Yorkshire).
W 2003 roku Romuald Rodziewicz odznaczony został Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Miał wtedy 90 lat. Trudno odgadnąć, czemu z wręczeniem tego odznaczenia czekano aż 5 lat. Wręczono mu go dopiero w 2008 roku. W tym samym roku nadano mu Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski. Tym razem uroczystość wręczenia odbyła się już po pół roku.
Romuald Rodziewicz zmarł 24 października 2014 roku. 19 stycznia br. obchodziłby 102 urodziny.
Jego prochy złożone zostały na Cmentarzu Wojskowym na warszawskim Powązkach 12 czerwca br. W mszy w Katedrze Polowej Wojska Polskiego w Warszawie, a po niej w uroczystym pochówku prochów uczestniczyła duża grupa uczniów Zespołu Szkół Zawodowych w Radomiu oraz uczniowie z Publicznej Szkoły Podstawowej w Przydworzycach. Patronem obydwóch szkół jest im. H. Dobrzańskiego „Hubala”. Poza radomskimi szkołami żegnali również Romualda Rodziewicza uczniowie ze szkół hubalowych z Aleksandrowa Kujawskiego, Bychawy i Przybranowa.







Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: emes Lipiec 04, 2015, 11:59:23
piękny życiorys, piękny wiek...


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Październik 29, 2015, 17:23:27
http://www.konskie.org.pl/2014/08/w-gakach-szum-drzew-historie-przypomina.html

Historia odcisnęła bolesne piętno na położonej w głębi lasu maleńkiej wsi Gałki (gm. Gielniów). Dzień powszedni, jak w niewielu innych polskich wsiach przeplata się tutaj z okupacyjną przeszłością. Wystarczy zajrzeć do pierwszego z brzegu gospodarstwa, żeby usłyszeć opowieść o pacyfikacji w 1940 roku. Tutaj każda rodzina straciła w kwietniu tamtego roku kilku mężczyzn. Tutaj, nazwiska wypisane w kapliczce stojącej w centrum wsi, żyją do dziś. Potomkowie rodziny Cieślaków, Sokołowskich, Wójcików i wielu innych rozstrzelanych na podradomskim Firleju i w gałeckim lesie, mieszkają tam, gdzie spłonęły domy ich ojców i dziadków.
Zginęli, bo nie zdradzili

W publikacjach poświęconych działalności oddziału majora Hubala, i tzw. „hubalowskim pacyfikacjom” za kanon przyjęte jest stwierdzenie, że mieszkańcy spacyfikowanych wsi zginęli „za pomoc udzieloną oddziałowi”. Trudno spierać się z tym twierdzeniem, jednak głównym powodem wyroku, jaki zapadł na te wsie, było to, że nikt z ich mieszkańców nie poszedł na współpracę - kolaborację z niemieckimi władzami okupacyjnymi. Dzięki temu, oddział w miarę bezpiecznie spędził sześć tygodni w leśnej wsi. To nie pomoc Hubalowi, ale wierność Polsce była głównym powodem wyroku, jaki zapadł na chłopów z Gałek, Mechlina i Gielniowa.Mieszkańcy Gałek czczą pamięć bliskich

Jak co roku, w ostatnią niedzielę lipca, na polanie, na której rozstrzelano 12 mieszkańców Gałek, przy ich zbiorowej (wojennej) mogile odbyła się uroczysta msza koncelebrowana przez proboszcza parafii Gielniów, ks. kan. Kazimierza Okrutnego. Homilię wygłosił wikariusz ks. Stanisław Obratański.
W uroczystej mszy poza mieszkańcami Gałek i uczestnikami rajdu konnego brał również udział poczet sztandarowy 72 Pułku AK, Okręg Radom, koło w Przysusze.
Staraniem uczestników marszu konnego szlakiem majora Hubala u stóp mogiły wmurowana został płyta poświęcona 48 mieszkańcom Gałek rozstrzelanym na Firleju w dniach 4. kwietnia i 12. rozstrzelanym 11 kwietnia 1940 roku w gałeckim lesie. Aktu poświęcenia dokonał ks. Piotr Stempień, pracujący w misji katolickiej w Brazylii.
Fundatorami pomnika przy mogile pomordowanych mieszkańców Gałek są:
Stowarzyszenie Ułanów im. OWWP majora Hubala z Poświętnego, Stowarzyszenie Kawalerii w barwach 11. Pułku Ułanów Legionowych z Radomska, Szwadron 11. Pułku Ułanów Legionowych z Radomia, 13 Pułku Ułanów Wileńskich z Kielc.Bezimienna mogiła hubalczyka

Nieopodal mogiły chłopów z Gałek, znajduje się w lesie samotna wojenna mogiła. W tym miejscu pochowany został 13 marca 1940 roku żołnierz majora Hubala, Kazimierz Kubacki. Do tej pory była to bezimienna mogiła. Z inicjatywy Środowiska „Hubalczycy” i wójta gminy Gielniów Władysława Czarneckiego, umieszczono na niej tabliczkę z inskrypcją: Kazimierz Kubacki, żołnierz OWWP majora Hubala, żył lat 23. Cześć jego pamięci. 

Jacek Lombarski


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Kwiecień 15, 2016, 06:11:53
http://www.konskie.org.pl/2016/04/gawedy-starego-zonierza-1915-walki.html

Czytając artykuł na stronie konskie... o żołnierzach Beliniakach, przypomniały mi się zapiski inż. ppor. Henryka Bagińskiego o swoim pobycie w okolicach Końskich w 1915 roku. Szukałem informacji na temat autora „Gawęd”. Udało mi się nieco odnaleźć:

    Henryk Bagiński urodził się 19.01.1888 w Klwowie niedaleko Opoczna. Od najmłodszych lat żywo interesował się wojskowością, historią i militarystyką. Zmarł 13.12.1973 w Warszawie – historyk wojskowości, inżynier, instruktor harcerski i harcmistrz, pułkownik dyplomowany saperów Wojska Polskiego. Po wybuchu I wojny światowej zgłosił się ochotniczo w stopniu podporucznika do Legionu Puławskiego przy armii rosyjskiej, później do 1 Dywizji Strzelców Polskich. Po rewolucji w 1917 znalazł się w I Korpusie Polskim gen. Józefa Dowbór-Muśnickiego, zaś po jego rozwiązaniu – na Kubaniu w 4 Dywizji Strzelców Polskich gen. Lucjana Żeligowskiego, w której w stopniu kapitana dowodził samodzielną kompanią inżynieryjną. W 1919 razem z dywizją wrócił do kraju.


Drobny epizod z żołnierskiego życia opisany został przez Bagińskiego na łamach Wiadomości Wojskowych wydanych w Kijowie 10.04.1917 roku. Na poszarpanych przez czas stronach gazetki zdołałem wyczytać nazwy miejscowości Szkucin, Fałków, Lipa i Końskie. Powoli i ostrożnie rozprostowywałem zniszczone kartki czytając o wojennej przygodzie Polskich Legionistów. Poniżej trochę historii na temat pierwszych miesiącach Wielkiej Wojny.

Gawędy starego żołnierza 1915

Po przybyciu do armii czynnej I. Legion zajął okopy fałkowskie, a sztab wraz z rezerwową kompanią kwaterował we wsi Lipa. Przez jakiś czas odbywano jeszcze ćwiczenia w strzelaniu we wsi Plenna pod Radoszycami. Na pozycjach pod Fałkowem, na pierwszej linii bywało kilka starć z wojskiem niemieckim. Przed atakiem wszyscy polscy oficerowie naradzali się między sobą jak zabezpieczyć się, by Austriacy przed czasem nie spostrzegli się o naszych zamiarach. Porobiono zarządzenia, by przypadkowy strzał nie uwiadomił ich o tym. Bezczynni dotąd i próżnujący w okopach legioniści wiadomość o czekającym ich chrzcie bojowym przyjęli z zapałem. Żołnierze pilnie czyścili błyszczące bez zarzutu karabiny, żartując i przekomarzając się. Przedmiotem żartów był głównie ulubieniec legionu Japończyk, zwał się Tom-Som. Tom-Soma przecież nie weźmiemy do ataku, gotów by się nam gdzieś zaprzepaścić!...
Oczywiście, że brać go nie warto. Taki mały smyk w pierwszym lepszym rowie się zachłyśnie i już gotów.
- To nic...Tom ma… widzę ochotę – schowamy go do ładownicy...
- Dobra to jest myśl! Ale niebezpieczna, mógłby się ktoś omylić i nabić nim karabin.
No to paf! I Tom pierwszy znalazłby się w niemieckich okopach.
O zmroku, pierwsza kompania pod dowództwem kapitana Trygara miała obejść zabudowania Zbójna i rozpoznać pozycje wroga w okolicy Sępu. Oddział karabinów maszynowych pod dowództwem podporucznika Stanisława Jaworskiego ubezpieczał drogę Końskie - Fałków, a 2., 3. i 4. kompania zabezpieczały odcinek od Kołońca w stronę Sępu. Pozycje wroga znajdowały się za torfowiskami ukryte w zagajniku. Jednak to 2. kompania pod dowództwem kapitana Konrada Ossowskiego z młodszym oficerem chorążym Zygmuntem Masłowskim natknęła się na patrol Austriaków i uderzyła na nieprzyjaciela. Nie padł ani jeden strzał, 4 żołnierzy zakłuto bagnetem, nie zdążyli zdjąć karabinów z ramienia. 3 kompania pod dowództwem kapitana Leona Sułkowskiego z młodszym oficerem chorążym Edwardem Okołowem podeszła bardzo blisko zabudowań wsi Sęp. Chcieli koniecznie zdobyć karabin maszynowy umocniony tuż za stodołą przy rzece. 4 kompania z kapitanem Komierowskim i chorążym Rafałem Sołtanem stanowiła odwód. Na najdalej wysunięty odcinek przeprowadzono telefon, a służbę łączności pełnił por. inż. Jan Wlekliński.
Po krótkiej i cichej walce z patrolem, 2 kompania wchodziła na torfowisko przed okopami wroga.
Tstst.....Ciszej ! Któremu tam karabin chroboce… - rzucił szeptem chorąży Masłowski, prowadzący swoją półkompanię. Zapanowała cisza, przerywana jedynie głuchym szmerem. Z zapartym tchem, krokami skradającego się rysia, żołnierze zstępowali z wolna ze wzgórza na rozkopane torfowiska. Od tej pory już każdy krok trzeba było pokonywać z trudnościami w postaci napotkanych rowów, głębokich na 2 sążnie dołów wypełnionych wodą. Legioniści pomagali sobie wzajemnie w tej cichej walce z naturą, wyciągając grzęznących w rowach towarzyszy rękoma, podając im kolby karabinów i pasy, a tu i ówdzie padał stłumiony okrzyk „psiakrew” na który inni spieszyli ratować legionistę, wyciągając go z rowu. Przebrnąwszy przez te naturalną przeszkodę, żołnierze zatrzymali się i wyrównali szyk, gotowi ruszyć naprzód na ukrytych w zagajniku Austriaków. Wtem, po drugiej stronie zagajnika we wsi Zbójno wybuchł pożar, oświetlając jaskrawą łuną odwróconych w stronę pożaru CK żołnierzy. To oddział kapitana Trygara podpalił stodołę odwracając uwagę wroga od 2. kompanii.
Masłowski krzyknął po linii - na bagnety!
I oddział ruszył ostatnie 200 metrów po otwartym i oświetlonym polu. Trzask i huk od palącej się stodoły zagłuszyły bieg żołnierzy, a kiedy byli tuż przed stanowiskami nieprzyjaciela odezwały się 2 karabiny maszynowe Jaworskiego, który ostrzelał podjazd konny jadący do pożaru. W tym zgiełku Austriacy nawet nie wiedzieli kiedy śmierć ich skosiła. Pozycje na zagajniku zostały zdobyte, 18. żołnierzy armii CK poległo, zaś po stronie naszej 3 rannych i jedna złamana noga.
3. kompania myśląc, że pożar i strzały to główne uderzenie, ruszyli w stronę zamaskowanych Austriaków przy rzece. Nagle zarechotały nieprzyjacielskie kartaczownice, zatrzeszczały karabiny. Spostrzegłszy atakujących, Austriacy powitali ich huraganowym ogniem. Chwyciwszy krzepko w dłonie karabiny legioniści rzucili się na bagnety. Na ten widok chorąży Masłowski ruszył na pomoc ostrzeliwanej ciężkim ogniem 3. kompanii. Na czele brocząc obficie krwią ze strzaskanej pociskiem lewej ręki, biegł ze wzniesionym do góry pałaszem. Jako pierwszy wskoczył w okop nieprzyjacielski i dostał drugi postrzał w piersi. Wierni szeregowi usiłowali uprowadzić go z ataku lecz wtedy wybuchł ręczny granat zabijając młodego chorążego na miejscu. W zajętym przez Legion okopie wrzała krwawa walka. Część Austriaków pierzchnęła w kierunku swoich rezerw w Fałkowie, druga część została wykłuta bagnetami. W tym momencie zwycięstwo było po stronie Legionu, którego całkowite straty wyniosły z górą 23 żołnierzy zabitych i rannych. Austriaków zginęło ponad 40.
Niestety nie udało się utrzymać zdobytych pozycji. Jednostki CK armii przeszły do kontrataku wzmocnieni licznymi rezerwami żołnierzy. Legionowi dano rozkaz cofania się, co wywołało w szeregach szczególny skutek. Żołnierze klękali przed oficerami, błagając o pozwolenie bronienia okopów do ostatniej kropli krwi. Tak to zakończyła się krótka batalia na pograniczu wojennym i taki był chrzest bojowy Wschodniego Legionu Polskiego.
Obok chorążego Masłowskiego zginął plutonowy Mieczysław Moczydłowski, młodsi podoficerowie – Tadeusz Dąbrowski, Ludwik Bayer, Leopold Petrakowski, Adam Koral i kilkunastu szeregowców.
Japończyk Tom-Som spisał się dzielnie w walce zabijając bagnetem 2. z niemieckiej czaty patrolu.
Henryk Bagiński
( przygotował Pavelock) fotki do artykułu  pod  linkiem  umieszczonym  na  początku





Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: emes Kwiecień 15, 2016, 13:41:47
ciekawa historia, szczególnie to polsko - japońskie braterstwo broni  :)


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Maj 20, 2016, 19:10:52
http://www.konskie.org.pl/2016/03/poszukiwanie-mogiy-majora-hubala-czesc-i.html

Poszukiwanie mogiły majora Hubala, część I
Szanowni Państwo!

W związku z prowadzonymi w ostatnich dniach na cmentarzu parafialnym w Inowłodzu poszukiwaniami mogiły majora Henryka Dobrzańskiego – Hubala, postanowiliśmy udostępnić państwu rozdział książki Jacka Lombarskiego „Major Hubal Legendy i mity”, „Poszukiwanie mogiły”.
Poniższy praca prezentuje w obszerny sposób przebieg prowadzonych badań i związanych z nimi perturbacji, niejednokrotnie mających podłoże czysto polityczne.
Ponieważ książka „Major Hubal Legendy i mity” wydana została w 2011 roku, pozwoliliśmy sobie na uaktualnienie udostępnionego rozdziału. Post scriptum wkrótce na stronie Końskie.org.pl…
Poszukiwanie mogiły

W maju 2006 roku opinię publiczną zelektryzowała sensacyjna wiadomość. Odnotowały ją nawet dzienniki, na co dzień zajmujące się sprawami ekonomicznymi. Zajawki artykułów krzyczały na pierwszej stronie: Odnaleziono grób majora Hubala. Sam artykuł miał już jednak ostrożniejszy tytuł: Czy odnaleziono grób majora Hubala?
Pierwsze poszukiwania mogiły majora Henryka Dobrzańskiego miały miejsce już kilka dni po jego śmierci. Co jakiś czas pojawiają się nowe wskazówki, ale jak do tej pory tajemnica miejsca jego pochówku nie została rozwiązana.
Niemcy byli dumni z pokonania „Der Schimmelmajor”, a jego ciało wystawione zostało na widok publiczny. Zofia Matuszczakówna z siostrą, wiedzione chęcią uczestniczenia w pogrzebie, znalazły się obok cmentarza koło koszar - pisał Jan Wroniszewski, hubalczyk.
- Na skłonie przydrożnego rowu na wprost bramy cmentarnej, leżały na chłopskiej baranicy zwłoki mężczyzny z brodą, w mundurze wojskowym i w długich butach. Widocznie w tym miejscu zdjęto je z samochodu. Niemcy nie rozpędzali gromadzących się ludzi. Zależało im widocznie, aby mieszkańcy Tomaszowa [Mazowieckiego - dop. JL] przekonali się naocznie, że Hubal nie żyje. [1]
Również, według relacji świadków, Niemcy początkowo nie mieli zamiaru ukrywania miejsca pochówku majora Dobrzańskiego. (...) Stanisław Rżanek - Graf i Włodzimierz Rudź, nie widzieli już zwłok obok szosy - przytacza inną relację Zbigniew Wroniszewski. - Stojąc na jej brzegu widzieli dużą gromadę żołnierzy niemieckich stojących bezładną kupą w odległości 80-100 kroków koło jakiegoś wykopu przy głównej alei. Żołnierze byli bez broni, nie zachowywali postawy wojskowej, a swoboda w umundurowaniu nasuwała przypuszczenie, że przyszli tu z pobliskich koszar nie z rozkazu, a tylko wiedzeni ciekawością i chęcią uczestniczenia w pogrzebie „des tollen Majors”. [2] Z Polaków nikt bliżej nie podchodził. [3] Jest całkiem możliwe, że pierwotnie wydano rozkaz o pochowaniu majora Dobrzańskiego na cmentarzu wojskowym na wprost koszar. Jednak czytajmy dalej: Domyślać się tylko można, że veto postawiła Sicherhestpolizei i SD w Radomiu, zaalarmowana, przez Dienstelle Tomaszów, o żywym oddźwięku wśród ludności polskiej. (... ) być może rozkaz przetelefonowano do koszar ze Spały, gdzie mieściło się Oberkommando Ost z dowódcą gen. Jahannem Blaskowitzem, a od 1 maja - gen. v. Giennanthem. [4]
Pierwszym, który postanowił odszukać grób Dobrzańskiego był dr Maurycy Mittelstaedt [5], miejscowy lekarz, mieszkający niedaleko koszar 372 Dywizji Piechoty. Dla całości zagadnienia należy jeszcze zanotować pogłoskę o rzekomym pochowaniu Majora w lesie okalającym koszary, w odległości 8 m od głównego budynku. Pogłoska ta była wtedy tak uparcie w Tomaszowie powtarzana, że dał jej wiarę lekarz miejski dr Maurycy Mittelstaedt. Będąc raz w gronie młodych kolegów powziął zamiar złożenia wiązanki kwiatów na grobie Hubala. Przeszedł śmiało parkan i chodząc po lesie zaczął szukać mogiły. Naturalnie nie znalazł jej, natknął się natomiast na patrol wojskowy. Po doprowadzeniu na wartownię i wylegitymowaniu puszczono go wolno, lecz po paru dniach z innego oskarżenia aresztowano i wywieziono do obozu w Oświęcimiu. [6]
Podobną wersją podał M. Derecki w pierwszym wydaniu Tropem majora „Hubala”. Informację tę prostuje Derecki w drugim wydaniu: (...) skontaktował się ze mną dr Mittaelstedt, lekarz zamieszkały w Warszawie. Okazuje się, że zaraz po zakończeniu wojny wrócił do kraju. A do koszar w Tomaszowie Mazowieckim przedostał się w 1940 r. nie celem złożenia kwiatów na grobie „Hubala”, ale z rozkazu organizacji podziemnej, do której należał, aby dowiedzieć się, co się stało ze zwłokami majora. [7]
Pierwsze pogłoski o tym, że mogiła majora Dobrzańskiego znajduje się poza terenem tomaszowskich koszar, zdobył restaurator Karol Pahl. Witold Rutkiewicz poszukując w 1979 roku grobu Hubala zanotował następującą relację: To, co chcę opowiedzieć (...) brzmi nieprawdopodobnie, dlatego milczałem do tej pory. Milczałem również dlatego, że uczestnicy tych wydarzeń nie żyją. Nie miałem więc i nie mam żadnych świadków. 7 czy 8 maja 1940 roku dostaliśmy rozkaz odnalezienia grobu Hubala. Rozkaz pochodził z Warszawy, od kogo - nie wiem. W tym czasie w Tomaszowie przy placu Kościuszki prowadził knajpę Karol Pahl. Wstęp do niej mieli tylko Niemcy. Przychodził również kierowca niemiecki, który podobno brał udział w pochowaniu majora. Zakochał się w dziewczynie, która tu pracowała. Stąd uzyskaliśmy informację o grobie Hubala. Grób ten płytki zresztą i niedbale zamaskowany pod ściółką leśną znajdował się w lesie pod Tomaszowem Mazowieckim w rowie tam gdzie przebiegała granica powiatu brzezińskiego i rawskiego. W nocy z 10 na 11 maja 1940 udaliśmy się tam furmanką. Ciało było w rozkładzie, owinięte w kawałek niemieckiej plandeki. Zawieźliśmy ciało majora na cmentarz w Tomaszowie Mazowieckim Przeszliśmy przez mur (mieliśmy ze sobą sznury i drabinkę). Wykonaliśmy dół głęboki na półtora metra. Padał deszcz, który mógł usunąć wszelkie ślady kopania. Dzisiaj w tym miejscu stoi kaplica, którą wybudowano kilka lat temu. Milczałem wtedy, jeszcze się zresztą nie szukało grobu Majora. [8]
A jednak rozmówca Rutkiewicza mylił się. Pierwsze poszukiwania mogiły po wojnie miały miejsce już w 1946 lub 1947 roku. W dość obszerny sposób zrelacjonował je Henryk Sobierajski, wnuk majora Dobrzańskiego, w wywiadzie udzielonym Jarosławowi Sobkowskiemu dla „Gazety Wyborczej”.
Pierwszą akcję zainicjowała zaraz po wojnie w 1946 lub 1947 roku starsza siostra dziadka, Leonia Papée. Była żoną kolegi „Hubala” jeszcze z czasów I wojny światowej Kazimierza Papée, który w latach 30. pełnił funkcję polskiego komisarza w Wolnym Mieście Gdańsku. Później, od 1936 roku [9], był ambasadorem Polski w Watykanie. (...) Mówię o Kazimierzu Papée, dlatego, że Leonia, będąc z mężem na placówce w Watykanie, miała w czasie wojny kontakty z niemieckimi dyplomatami. Podczas jednego z takich spotkań dowiedziała się o śmierci brata. Ponoć któryś z Niemców chwalił się, że udało im się zniszczyć ostatni polski oddział regularnej armii. Leonia, jak mi mówiono, zemdlała na tę wiadomość. Wiem jednak z całą pewnością, że otrzymała od Niemców zdjęcie grobu. To był brzozowy krzyż z napisem: „Hier liegt ein Held” (Tu leży bohater). Może napis wykonano jedynie na potrzeby fotografii. Powiedziano jej też, że został pochowany na terenie wojskowym. (...) [10] Leonia sama pozostając w Watykanie, wysłała do Polski trzyosobową, powiedzmy, komisję. Zaopatrzyła ją w fotografię grobu i wiedzę, którą otrzymała od Niemców. Ci ludzie weszli na teren jednostki w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie w czasie wojny stacjonowała 372. dywizja Wehrmachtu, uczestnicząca w rozbiciu oddziału „Hubala”. Wydawało się najbardziej prawdopodobne, że tam pochowano ciało Dobrzańskiego. Niestety nie udało się odnaleźć grobu, mimo że grupa działała tuż po wojnie i pamięć o wydarzeniach była jeszcze bardzo świeża. (...) [11]
Na początku lat siedemdziesiątych poszukiwaniem mogiły zajął się odtwórca roli Hubala, Ryszard Filipski. Ja osobiście szukałem grobu majora Dobrzańskiego jeszcze w latach 70. ale bliżej Warszawy, bo takie miałem informacje. Wiedziałem też, że Niemcy wywieźli zwłoki z Tomaszowa na odległość ok. 60 km. Nie udało się… [12]
Był jeszcze jeden ślad, który, gdyby okazał się prawdziwy, mógłby udaremnić wszelkie próby odnalezienia mogiły majora. W cytowanym wyżej wywiadzie, jaki udzielił Henryk Sobierajski „Gazecie Wyborczej” [13], czytamy: (...) pojawił się jeszcze jeden ślad. Pochodził od kapitana Ludowego Wojska Polskiego Wacława Ogórka. Mieszkał w Tomaszowie Mazowieckim i służył tam przez wiele lat. Pamiętał ludzi, którzy w latach 40. szukali „Hubala”, czyli komisję Leonii Papée. Relacjonował, że w latach 50. jako podporucznik prowadził zajęcia ze swoim plutonem na terenie jednostki. Wydał kompaniom rozkaz wykopania stanowisk ogniowych, a sam poszedł do domu na obiad. Kiedy wrócił żołnierze opowiedzieli mu, że znaleźli „ciało oficera leżącego na kożuchu”. Skojarzenia były jednoznaczne - „Hubal”. Zwłok jednak nie widział, bo zamknięto je w jakimś garażu. Szybko też do jednostki przyjechał z Warszawy oficer służby informacyjnej, który zwołał naradę dowódców. Zagroził, że jeżeli ktoś będzie rozpowszechniał plotki o znalezieniu ciała Dobrzańskiego odda go pod sąd. Zwłoki gdzieś wywieziono.
Henryk Sobierajski zaznacza jednak, że nie chce się do przytoczonej informacji ustosunkowywać, ponieważ nigdzie nie znalazł dowodów na jej potwierdzenie.
Znacznie więcej informacji na ten temat zawiera artykuł Ryszarda Poradowskiego zamieszczony w Biuletynie IPN z 1997 roku [15]. Jak pisze Poradowski w punkcie 10. zestawienia miejsc pochówku (relacja Wacława Ogórka, list z 1973 r.): Koszary w Tomaszowie Mazowieckim, w okresie wojny zajmowane były przez hitlerowców, po wyzwoleniu - LWP. W1948 r. przypadkowo podczas ćwiczeń odkopano zwłoki „w kożuchu i spodniach bryczesach”. Wywieziono je z koszar na cmentarz w Tomaszowie i złożono w kwaterze żołnierzy polskich poległych w 1939 r. (przy ul. Smutnej).
W tym samym zestawieniu w punkcie 16. (relacja złożona przez Mieczysława Zmysłowskiego) czytamy: Koszary wojskowe w Tomaszowie Mazowieckim. Jeszcze w 1957 r. była tu kiedyś symboliczna mogiła, przy ogrodzeniu, w pobliżu altanki, za szopą. [16]
W 1969 roku Jan Sekulak nawiązał kontakt korespondencyjny z dr. Heinrichem Schreihage, oficerem zwiadu 372. Dywizji Piechoty Wehrmachtu, uczestnikiem akcji przeciwko oddziałowi majora Hubala. Jak okazało się w wyniku korespondencji, to właśnie on zabrał dokumenty i osobiste drobiazgi majora Dobrzańskiego oraz znał miejsce pochówku. [17] W 1972 roku Sekulak pojechał do dr. Schreihage do Karl-Marx-Stadt i przeprowadził z nim długą rozmowę. [18]
29 kwietnia miejsce postoju oddziału zostało jednoznacznie ustalone - mówił dr Schreihage. - Do akcji wprowadzono dwa bataliony dywizji, wyłonione z 650 i 651 pp. O świcie 30 kwietnia, w czasie, gdy oddział wypoczywał w lasku obok Anielina, dopadły go jednostki dywizji. W czasie krótkiej wymiany ognia, major Dobrzański zginął na miejscu. (...) Ja sam byłem wtedy w pobliżu Studzianny względnie Poświętnego. Wówczas we wczesnych godzinach rannych - mogła to być godz. 6.00 lub 6.30 - widziałem jak zwłoki majora przewożono samochodem ciężarowym. (... ) W międzyczasie zabrano zmarłemu dokumenty i inne rzeczy, które początkowo znalazły się w moim posiadaniu (...), ale zgodnie z rozkazem musiałem je natychmiast przekazać placówce Abwehry w Radomiu. Następnego dnia, tj. 1 maja dowódca Odcinka Granicznego „Środek”, gen. kawalerii baron Gienanth (...) pojechał do Tomaszowa Maz. odwiedzić [19] trumnę, do której w międzyczasie włożono ciało Hubala. Trumna ta znajdowała się w koszarach, w opróżnionym garażu (działowni). Była wykonana z surowych, nieheblowanych desek. Major był w pełnym umundurowaniu, chociaż bez pasa głównego, bluza munduru zapięta, na niej było widać ślad śmiertelnego postrzału w serce. (...) Wtedy tam, w koszarach ktoś z placówki Abwehry w Radomiu wykonał jeszcze jedno zdjęcie ciała w trumnie (...) - do dzisiaj nie odnalezione (...) Zdjęcie to widziałem. Zostało nam (dywizji) przesłane przez placówkę Abwehry, ale oczywiście jako ściśle tajne. Zdjęcie to nadeszło do dywizji pocztą służbową. Wiem również, że gen. von der Lippe miał jeden egzemplarz tego zdjęcia, ale tego zdjęcia u niego już nie ma. (...) gen. von der Lippe zmarł już w 1956 roku. Należy żałować, że zdjęcia tego nie można odnaleźć, bowiem również ono dowodziłoby, że o maltretowaniu Hubala nie może być mowy. [20]
Należy się kilka słów wyjaśnienia, co do ostatniego zdania przytoczonej wypowiedzi. Od samego początku pojawia się plotka o zmasakrowaniu ciała majora Dobrzańskiego przez niosących go z lasu żołnierzy. Legendę tę powtarzał, za Wincentym Miszczykiem, Zygmunt Laskowski, który 30 kwietnia 1940 roku, w dniu śmierci majora, był w Rzeczycy i nie mógł być naocznym świadkiem wydarzeń. Nikt ze świadków składających późniejsze relacje nie wspomina ani słowem o jakichkolwiek śladach profanacji zwłok.
Wróćmy jednak do relacji dr Schreihage. Co zaś dotyczy pochowania majora Hubala (...) to na ten temat nie mogę niczego powiedzieć, co wynikałoby z osobistych obserwacji. Pogrzebu nie urządziła moja dywizja, wykonały to inne jednostki służbowe. Wówczas byłem przekonany, że dokonało tego Naczelne Dowództwo „Wschód”, bo jeden z oficerów tego sztabu nadmienił mi, że grób ma znajdować się w rejonie leśnym, około 5 km na północny wschód od Tomaszowa Maz., na północ od drogi prowadzącej do Rawy Maz. Według informacji tego oficera, dokładne położenie grobu zostało naniesione na mapie, dołączonej do raportu o tym zdarzeniu. Po wojnie usiłowałem nawiązać kontakt z żyjącymi jeszcze b. oficerami Naczelnego Dowództwa „Wschód” i dowiedzieć się czegoś bliższego na ten temat. Niestety próby te zakończyły się niepowodzeniem. Ku mojemu zmartwieniu nie udało mi się odnaleźć oficera ściśle powiązanego z tą sprawą. Zakładając jednak, że wskazówki, które otrzymałem na temat łożenia grobu są prawdziwe, to winien on znajdować się w pobliżu drogi leśnej, biegnącej w odległości około 4,5 lub 4,2 km, na północ od Tomaszowa, do miejscowości Cekanów. [22] Tyle miał do powiedzenia oficer zwiadu dr Schreihage, prawdopodobnie autor większości pośmiertnych zdjęć majora Hubala.
W 1973 roku Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, dzięki staraniom Jana Sekulaka, rozpoczęła zakrojone na szeroką skalę poszukiwania mogiły majora Dobrzańskiego. Sprawa otrzymała sygnaturę akt Kpp88/73/UP. Osobą prowadzącą była sędzia Urszula Prus. Na podstawie zebranych relacji Jana Sekulaka i Ludmiły Żero, sporządzono 17 maja 1973 roku „Postanowienie o zarządzeniu ekshumacji”. Sędzia Urszula Prus delegowana do Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce na podstawie art. 4 dekr. z dnia 10.XI.1945 r. /Dz.U.Nr. 51, poz. 293/postanowiła na zasadzie art. 188 kpk zarządzić przeprowadzenie ekshumacji zwłok majora Henryka Dobrzańskiego (Hubala). Uzasadnienie: Na podstawie przeprowadzonego postępowania dowodowego zostało ustalone, co następuje: 30 kwietnia 1940 r. w lesie pod Anielinem został rozstrzelany major Hubal (Henryk Dobrzański) - dowódca Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego, który od września 1939 r. do kwietnia 1940 r. walczył z Niemcami na terenie Kielecczyzny. Wg relacji świadka Jana Sekulaka został on pochowany przez Niemców w rejonie leśnym położonym na północny wschód od Tomaszowa Mazowieckiego. Dane zaczerpnięte ze źródeł niemieckich pozwoliły ustalić z dużą dokładnością miejsce złożenia zwłok. Grób znajduje się w odległości 300 m od szosy Tomaszów Mazowiecki - Cekanów w kierunku wschodnim. Major „Hubal” został pochowany w mundurze oficerskim, na szyi miał medalik z metalu (fotokopia medalika w aktach). Ponieważ zebrany materiał dowodowy jest wystarczający do zarządzenia ekshumacji należało orzec jak w sentencji. [24]
Do przeprowadzenia ekshumacji wyznaczony został zespół, w skład którego wszedł dr medycyny sądowej Aleksander Bąkowski. Datę rozpoczęcia prac ekshumacyjnych wyznaczono na 25 maja 1973 roku z zastrzeżeniem by nie podawać jej do publicznej wiadomości. Ekshumację miała przeprowadzić Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Łodzi. Cztery dni przed terminem jej rozpoczęcia sędzina Prus odwołała prace, informując telefonicznie łódzką komisję, że sprawa ze względu na swój charakter wymaga decyzji politycznych na szczeblu centralnym. [25] Szerzej okoliczności wstrzymania prac ekshumacyjnych wyjaśnił dr Bąkowski w wywiadzie udzielonym Ryszardowi Parce w 2006 roku.
Wspomnienia Bąkowskiego to materiał sensacyjny - pisał Parka. - O tamtych poszukiwaniach wiadomo było niewiele. Rozpoczęto je w 1973 roku, wyznaczono nawet datę ekshumacji, ale w ostatniej chwili sędzia, która wydała postanowienie - cofnęła swoją decyzję. Z uwagi na „warunki atmosferyczne”. - Ja ją spotkałem przypadkiem. Kilka miesięcy później. I nagle się okazało, że jej mąż został skierowany na zagraniczną placówkę i ona z nim wyjeżdża. Trochę to było dziwne. Bo kiedy się kontaktowałem wcześniej, nie było mowy o żadnym wyjeździe - wspomina lekarz. Zniknął również człowiek, który z ramienia Głównej Komisji szefował zespołowi badawczemu. - Wszedłem kiedyś do biura tego zespołu. I widzę samych nowych ludzi. Oni nawet nie wiedzieli, gdzie można znaleźć ich poprzedników - mówił dr Bąkowski. [26]
Mimo że w sprawę włączyły się czynniki „centralne” i ekshumację wstrzymano, Jan Sekulak nie ustawał w poszukiwaniach nowych świadków i dowodów. (...) otrzymał wiadomość, że żyje oficer Abwehry z placówki w Radomiu, który przeglądał dokumenty o przygotowaniu i przeprowadzeniu akcji przeciw oddziałowi „Hubala”. Kpt. Abwehry Konrad Galen (z Dortmundu, już nie żył). Otrzymał Sekulak dokumenty, jakie kapitan posiadał, ale okazało się, że to są jego notatki. Z notatek tych wiadomo, że kula, która zabiła „Hubala” przeszyła jego lewą dłoń.

cdn...


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Maj 20, 2016, 19:15:42
Kapitan ten zatrzymał sobie medalik [27], jaki otrzymał major od swej matki na kilka dni przed śmiercią. Miejsca pochowania majora nie wskazał osobom, które go zapytywały w latach 1973 i 1974. [28]
Dzięki akcji przeprowadzonej przez Jana Sekulaka wspólnie z „Expressem Wieczornym”, harcerze podczas obozów letnich rozpoczęli poszukiwanie, zbieranie informacji od miejscowej ludności, nanoszenie na mapach i ewidencjonowanie wszelkich mogił znajdujących się w okolicach Tomaszowa Mazowieckiego.
Do sprawy oficjalnego poszukiwania grobu wrócono dwa lata później, kiedy to Komitet Centralny PZPR wyraził zgodę na ekshumację, ale prac nie podjęto. [29]
28 marca [1975 roku - przyp. JL] odbyło się w sprawie „Hubala” tajne posiedzenie Okręgowej Komisji w Łodzi - pisze R. Poradowski. - Jej przewodniczący sprzeciwił się ekshumacji, choć popierały ją: Urząd ds. Kombatantów, Związek Bojowników o Wolność i Demokrację. „Hubal” nie został zamordowany - argumentowano - lecz poległ w walce! Prezydium Okręgowej Komisji w Łodzi sprzeciwiło się ekshumacji protestując w ten sposób „przeciw przyjętym jej zasadom”. Chodziło, jak się zdaje, nie o sprawę identyfikacji zwłok, lecz o zorganizowanie pogrzebu… [30]
W aktach Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce nie ma śladu, by doszło do ekshumacji we wskazanych mogiłach, jednak wiele relacji potwierdza, że miała ona miejsce. Odnotował to Zygmunt Kosztyła wskazując, że dokonała jej ekipa z Akademii Spraw Wewnętrznych. Nie wiadomo, z jakim skutkiem, ponieważ protokół z prowadzonych przez nią prac nie ujrzał do dziś światła dziennego. [31]
Może dziwić fakt, że nie udało się w tamtych latach przeprowadzić kompleksowych badań zmierzających do wyjaśnienia tajemnicy, pomimo starań tak wielu ludzi. Po części na to pytanie odpowiada dr Aleksander Bąkowski.
Zaniechanie poszukiwań w okresie „schyłkowego Gierka” major Dobrzański zawdzięczał literaturze. Wydano wtedy książkę Lucyny Smolińskiej i Mieczysława Sroki „Wielcy znani i nieznani”. - To byli autorzy, którzy w telewizji robili widowiska historyczne - mówił Aleksander Bąkowski. - Spotkałem zresztą potem pana Srokę i on mi powiedział, co się stało. Jego książkę przeczytał ówczesny premier Piotr Jaroszewicz. I się wściekł. Jaroszewicz uważał, że Hubal jest „watażką”, a Polska nie potrzebuje takiego bohatera. I to on nakazał wstrzymać poszukiwania, a zespół badawczy rozwiązać. [32]
Dalsze poszukiwania w drugiej połowie lat osiemdziesiątych podjął wnuk majora Hubala, Henryk Sobierajski razem z Ryszardem Poradowskim, dziennikarzem łódzkiego „Głosu Robotniczego” i Andrzejem Dyszyńskim. Po cyklu artykułów zgłosili się nowi świadkowie, wskazując kolejne miejsca prawdopodobnego pochówku zwłok. Niestety i te poszukiwania nie przyniosły rezultatu. [33] Nasunęły jednak kolejne pytania.
(...) do wnuka Majora dotarła informacja, iż zdjęcie grobu „Hubala” znajduje się w Rzymie - pisał R. Poradowski. - W1942 r. fotografia ta poprzez kanały dyplomatyczne trafiła do Włoch. Jak wynika z opisów osoby, która pośredniczyła w przekazywaniu tego zdjęcia, „Hubal” pochowany był na terenie koszar graniczących z cmentarzem wojskowym, na grobie był drewniany krzyż z napisem TU LEŻY BOHATER, oczywiście w języku niemieckim. Zdjęcia tego na razie nie ma w kraju, ale zapewne niedługo trafi ono do nas i być może udzieli odpowiedzi na kilka pytań. Już dziś jednak zastanawia nas, gdzie był grób uwieczniony na zdjęciu, czy rzeczywiście była to mogiła Majora, czy hitlerowcy nie dokonali w tym przypadku mistyfikacji, by stworzyć pozory, iż pochowali „Hubala” zgodnie ze zwyczajami panującymi w cywilizowanych krajach. A może rzeczywiście grób taki istniał? Czyżby pochowano Majora na terenie koszar? Dlaczego zatem nikt nie pamięta tego grobu? A może, jak sugerują niektóre relacje, ciało powtórnie pochowano w innym miejscu? [34]
Akcja poszukiwania grobu prowadzona przez Ryszarda Poradowskiego przyniosła jeszcze jedną relację. Do redakcji „GR” zgłosił się Zygmunt Andrysiak z Tomaszowa Mazowieckiego, który był świadkiem pochówku polskiego żołnierza z brodą na terenach dzisiejszego Zespołu Szkół Zawodowych nr 1 w Tomaszowie Mazowieckim. Wskazał prawdopodobne miejsce pochówku, potwierdzone przez Wiesława Matysiaka, emerytowanego nauczyciela tej szkoły. Podczas prowadzenia prac przy zakładaniu wodociągu, w latach sześćdziesiątych, znaleziono we wskazywanym przez Andrysiaka miejscu ludzkie szczątki, a sprawą zajęła się prokuratura. [35]
W 1989 roku do grupy poszukiwawczej został zaproszony uczeń znanego radiestety o. Andrzeja Klimuszko, inż. Jan Kasiński. Radiesteta wyposażony w zdjęcie, medalik, różdżkę i wahadełko rozpoczął poszukiwania od miejsca, gdzie z całą pewnością leżał nieżywy Hubal. Posługując się koncentracją i wskazaniami przyrządów radiestetycznych, odtworzył epizod sprzed 49 lat. Według Kasińskiego, ciało majora zostało poćwiartowane na 3 części przez ukraińskiego weterynarza w hitlerowskim mundurze. Po tej czynności Niemcy go zastrzelili. Część tułowia Hubala, owiniętą w papier, wywieźli na śmietnisko w rejonie dzisiejszego osiedla Podoba. Śmieci przykryły ciało trzymetrową warstwą. W1954 roku wysypisko, w ramach rekultywacji, pokryto jednometrową pokrywą uprawnej ziemi. Druga część - tors z kawałkiem jednej ręki - znajduje się na głębokości 80 cm w koszu na węgiel, zakopana na miejskim, starym cmentarzu. Dokładnie: w zachodnio-północnym rogu, przyległym do ulicy Cegielnianej i Smutnej, między grobami Jana Cymermana i rodziny Billewiczów. Pozostałe fragmenty - głowa i ręka - na nowym cmentarzu we wschodniej dzielnicy Tomaszowa. W tym miejscu pogrzebano też oprawcę. [36]
cdn.


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Maj 21, 2016, 06:34:44
....
Do podobnych wniosków doszedł już wcześniej ojciec Andrzej Czesław Klimuszko, którego w 1975 roku poproszono o pomoc w odnalezieniu mogiły. Patrząc na pośmiertną fotografię majora Hubala o. Klimuszko opisał dokładnie miejsce jego śmierci. Nie udało mu się jednak określić położenia mogiły. Niemcy bali się pośmiertnego kultu zwariowanego majora, zniszczyli jego ciało przez spalenie albo - jak mnie wychodzi - poćwiartowali i wrzucili do rzeki. Może zakopali gdzieś w głębi lasu, dokąd wzrok mojego ducha nie może dokładnie widzieć z braku punktu zaczepienia, znaku orientacyjnego. [37]
Sprawa przycichła na kilka lat, tj. do 2002 roku, kiedy to na strychu kamienicy w Wiedniu odnaleziono pudełko z serią zdjęć wykonanych w latach wojny. Na dwóch z nich rozpoznano majora Hubala. Wieść o odnalezieniu nieznanych zdjęć Dobrzańskiego zelektryzowała opinię publiczną. Przeprowadzono dokładną analizę i wykluczono możliwość mistyfikacji. Dodatkowo pojawiły się spekulacje na temat, co właściwie zdjęcia przedstawiają? Wyjaśnijmy jednak sprawę od samego początku sięgając do materiału opublikowanego w „Tygodniku Opoczyńskim” w 2003 roku.
Zdjęcia, które tak wstrząsnęły opinią publiczną, przywiózł do Polski Roman Szlacan. Odnalazł je podczas sprzątania strychu domu swojej siostry, mieszkającej w Wiedniu. Gdyby nie on, prawdopodobnie trafiłyby na śmietnik. Jest to seria 110 zdjęć, z datą i miejscem ich wykonania.
Wśród odbitek są dwie zupełnie nie pasujące do reszty. Zdjęcia ciała majora Hubala. To jedno wydaje się być wyjątkowo cenne. Może bowiem być kluczem do wyjaśnienia tajemnicy zaginięcia ciała majora Dobrzańskiego. (...) Do tej pory hipotez dotyczących pochówku majora było wiele. Teraz pojawiła się kolejna wersja i wydaje się być najbardziej prawdopodobna. (... ) Na fotografii dokładnie widać, że ciało majora zostało obsypane dookoła wałem z piachu, a zwłoki obłożono gałęziami i gazetami. W tle widać też nogi żołnierzy i jak twierdzą historycy coś na kształt kanistra. Jeżeli przypuszczenia historyków się potwierdzą, mogłoby to oznaczać, że ciało majora Dobrzańskiego faktycznie zostało spalone (...). Sensacyjne zdjęcie rodzi jednak kolejne pytania. Czy ciało uległo całkowitemu spaleniu, a jeżeli nie, to co zrobiono ze szczątkami? [38]
Nie trzeba było długo czekać na odpowiedź na drugie pytanie. Przybyłemu do Polski w 2002 roku Romualdowi Rodziewiczowi „Romanowi”, jednemu z niewielu żyjących jeszcze hubalczyków, pokazano odnalezione zdjęcie. Ta fotografia potwierdza najgorsze. - mówi Rodziewicz - Pamiętam, że wkrótce po śmierci majora mieliśmy informacje, że Niemcy ciało jego spalili. To do nich podobne, robili to czasami. Ale nie wierzyliśmy, wydawało się nam to niemożliwe. O tym, że coś palono na terenie koszar, a potem jakieś resztki wyrzucano do Pilicy, opowiadał chłopaczek, który to obserwował. [39]
W maju 2006 roku „Dziennik Zachodni”, a za nim inne gazety, ogłosił wiadomość o odnalezieniu nowego śladu w sprawie pochówku majora Hubala. Informację o miejscu jego spoczynku wskazał Stefan Szaflik z Lublina, dawniej mieszkający w Wąsoszu koło Częstochowy. Według jego słów, na wiosnę 1940 roku, na plebanię w Wąsoszu, tuż za granicą Generalnej Guberni, Niemcy przywieźli trumnę z ciałem polskiego oficera. [40]
Jeszcze jako dziecko dowiedziałem się od księdza Bara, że Niemcy w wielkiej tajemnicy zakopali w Wąsoszu majora wojska polskiego - opowiada Stefan Szaflik - Opowieść tę słyszeli również od księdza zaprzyjaźnieni z nim moi rodzice. Ksiądz Bar był w 1940 roku wikarym w tej parafii. Proboszczem był wówczas ks. Spirra. Jak opowiadał mi ksiądz Bar, to właśnie proboszcz oraz jego kościelny byli oprócz Niemców jedynymi świadkami pochówku majora. (...) Z opowieści księdza Spirry wynikało, że był to postawny mężczyzna, ubrany w mundur, sądząc po stopniu wojskowym, major. (...) Podobno widać było, że zginął w walce. Jakiś czas później powiedział, że może powiedzieć tylko tyle, że był to wielki żołnierz i miał, jak się dokładnie wyraził, „dobre nazwisko”. [41]
Miejscem pochówku miał być ogród za plebanią. W latach pięćdziesiątych, podczas elektryfikacji wsi, odnaleziono tam faktycznie jakiś grób. Wspomniał o tym obecny proboszcz, ks. Zygmunt Pilarczyk.
Ksiądz [Bar - przyp. JL] wspominał kiedyś, jak w połowie lat 50. robotnicy kopiąc obok plebanii dół pod słup energetyczny natrafili na ciało polskiego przedwojennego oficera. (...) Na resztkach munduru znaleziono wojskowe odznaczenia. Robotnicy dali je księdzu Barowi. Niestety, nie wiem, co się z nimi stało. Ksiądz Bar powiedział mi raz, że miał jeden bardzo ważny order, ale gdzieś mu się zapodział.
O odznaczeniu, które było w posiadaniu księdza Bara, wspomina również Anna Kijak, nauczycielka z Wąsosza, która w zbiorach księdza widziała order Virtuti Militari. [42]
Pracami przygotowawczymi zajął się krakowski oddział Instytutu Pamięci Narodowej. Prasa niemal codziennie donosiła o nowych ustaleniach i zbliżającym się terminie rozpoczęcia prac wykopaliskowych. Przyjęto niemal za pewnik, że Hubala pochowano w Wąsoszu. Opracowano całkiem prawdopodobną mapkę przewozu ciała [43] i wszystko wskazywało na to, że nareszcie odkryto miejsce jego pochówku. Nikogo nie raziło to, że świadkowie widzieli przy mundurze przypięty krzyż Virtuti Militari. [44] Zakładano, że jeżeli zostanie odnaleziony to po numerze seryjnym wybitym na rewersie będzie można ustalić, czy znaleziono ciało majora Dobrzańskiego. Zapomniano w tym wszystkim, że odznaczenie od 1994 roku zdeponowane jest w Izbie Pamięci w Tomaszowie Mazowieckim, i że w chwili śmierci Hubala przechowywała je łączniczka, Ludmiła Żero „Ludka”. [45] Uwadze umknęła również inna rzecz. Powoływano się na opowieść dr. Schreihage, który miał określić miejsce wywiezienia zwłok na około 60 km. Tymczasem w relacji spisanej przez Jana Sekulaka [46] odległość ta wynosiła jedynie 4,2 do 4,5 km.
Mimo to przygotowania posuwały się naprzód i 28 listopada 2006 roku przystąpiono do prac wykopaliskowych w miejscu pierwszego pochówku. Postanowiliśmy sprawdzić wskazane przez mieszkańców wsi miejsce (...) Być może zostały tam guziki z munduru, klamra? (...) Wczoraj w dawnym ogrodzie przed plebanią rozpoczęliśmy badania.

Niestety, poza śladami pochówku z XVII - XVIII wieku, nic nie odnaleziono. [47] Na okres zimy zaprzestano prace badawcze w terenie, ale wraz ze zbliżającą się wiosną wszyscy niecierpliwie czekali rozpoczęcia nowego sezonu wykopaliskowego. Zaraz po Wielkanocy chcemy przeprowadzić podobne badania sondażowe, ale na obszarze około ara ziemi - mówi archeolog Jacek Koj. [48]
Niespodziewanie 17 marca 2007 roku „Dziennik Zachodni” doniósł o decyzji Śląskiego Urzędu Wojewódzkiego, który odmówił uznania bezimiennej mogiły za grób wojenny, co otworzyłoby drogę do ekshumacji. Mamy za mało przesłanek, żeby to zrobić - twierdzi Joanna Janecka z wydziału spraw obywatelskich ŚUW. Opowieści o pochowaniu Hubala to - jej zdaniem - za mało, by przekopać cmentarz. [49]
Najwyraźniej opór władz wojewódzkich został przełamany, ponieważ „Dziennik Zachodni” już 9 maja 2007 roku poinformował, że na cmentarzu w Wąsoszu 8 maja wznowiono poszukiwania. Według zebranych informacji miejscem obecnego spoczynku majora Hubala miała być samotna mogiła nieopodal grobu powstańców 1863 roku. Niestety, w rozkopanej mogile odnaleziono szczątki kobiety i dziecka. [50] 16 listopada, po zakończonym sezonie archeologicznym „Dziennik Zachodni” poinformował, że IPN nie zamyka śledztwa w sprawie Hubala. Dotychczasowe wskazówki okazały się niestety niewystarczające, żeby można było prowadzić dalsze badania w terenie, ale nadal będziemy szukać człowieka pochowanego na starym cmentarzu w latach pięćdziesiątych (...). [51]

W całej tej prasowej dyskusji odezwał się tylko jeden racjonalny głos. Zabrał go Jan Zbigniew Wroniszewski, hubalczyk. W rozmowie przeprowadzonej z nim przez Janusza Kędrackiego powiedział:
- Ktoś musi mieć cholerną imaginację, żeby tak mówić. (... ) Majora Hubala chował w tajemnicy Wehrmacht, nie był zainteresowany wywożeniem go pod Częstochowę. W latach 70. prowadzona była wielka akcja poszukiwawcza grobu w lasach spalskich, przekopano m.in. miejsca, gdzie zostali pochowani żołnierze, którzy zginęli we wrześniu 1939 roku. Nie znaleziono żadnego śladu.
- Może więc spoczywa w Wąsoszu? [Kędracki - przypis JL]
- Na pewno nie. Kolega Jan Sekulak, hubalczyk pseudonim „Dago”, nawiązał kontakt korespondencyjny z oficerem wywiadu niemieckiej dywizji rozlokowanej w okolicach Spały. Ten Niemiec twierdził, że był świadkiem pochowania majora, gotów był wskazać to miejsce. Nie zdążył jednak przyjechać, ponieważ zmarł. [52]
Nowy sezon wykopaliskowy w 2008 roku rozpoczął się od przyjazdu do Wąsosza Stefana Szaflika, który stwierdził, że prace prowadzone są w złym miejscu. W latach osiemdziesiątych przeprowadzono remont cmentarza i wskazana przez niego w korespondencji mogiła położona jest obecnie w innym miejscu. Najpierw trzeba będzie odtworzyć pierwotny wygląd cmentarza, aby ustalić miejsce, gdzie znajdowała się mogiła, do której przeniesiono zwłoki żołnierza pochowanego w ogrodzie za plebanią.
cdn...


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Maj 21, 2016, 06:37:45
...Trzeba przeszukać teren za kurhanem, na którym stoi pomnik poświęcony powstańcom styczniowym. Tam może spoczywać nie tylko Hubal, ale też bezimienny mężczyzna pochowany tam już po wojnie - mówi Stefan Szaflik. Znalazł niedawno w swoich zapiskach notatkę dotyczącą jego pobytu w Wąsoszu w połowie lat 70. minionego stulecia. Przypomniała mu wizytę na starym wąsoskim cmentarzu w listopadzie 1975 roku. Byłem tam ze swoim ojcem, który chciał zapalić znicz na grobie bohatera. Nie mógł go znaleźć. Ktoś miejscowy, który także przyszedł wówczas na cmentarz, powiedział mu, że po przebudowie pomnika nekropolia mocno się zmieniła i grób słynnego partyzanta, którego ojciec szuka, znajduje się za kurhanem. [53]
Prace poszukiwawcze kontynuowano jeszcze w 2009 roku, ale nie przyniosły one spodziewanych rezultatów. W dzienniku „Echo Dnia” pojawiła się natomiast kolejna sensacyjna wiadomość o domniemanej mogile majora Hubala na cmentarzu w Kraśnicy niedaleko Opoczna. (...) do naszej redakcji zadzwonił Józef Kucharski, mieszkaniec Kielc. Do czternastego roku życia mieszkał w parafii Kraśnica. (J. Kucharski powiedział:) - Mój nieżyjący już ojciec, gdzieś w latach siedemdziesiątych po raz pierwszy opowiedział mnie i moim braciom wojenną historię, jaką usłyszał od księdza proboszcza. Na początku maja 1940 roku w nocy miał gości - na plebanię przyjechał oddział niemieckich żołnierzy. Było ich około dziesięciu. Kazali obudzić kościelnego i na cmentarzu pochować polskiego oficera. Nikomu nie wolno było o tym opowiadać. Ojciec mówił, że proboszcz powiedział o tym fakcie tylko dwóm osobom - jemu i młynarzowi Pytlosowi.
Informacje Józefa Kucharskiego potwierdzili też członkowie rodziny Hieronima Pytlosa. Im również ojciec opowiedział o tajemniczym wojennym, nocnym pochówku. Jak się okazało, o takim wydarzeniu powiedział też przed śmiercią księdzu Antoniemu Ullmanowi, wieloletniemu proboszczowi Kraśnicy, mężczyzna, który w czasie wojny był kościelnym i brał udział w tajemniczym pochówku razem z księdzem Trybulskim. Mieszkańcy Kraśnicy mówią, że o wojennej mogile zapomniano. Najpierw czasy nie sprzyjały ujawnianiu prawdy o majorze „Hubalu”, a potem już nikt w Kraśnicy śladów „Hubala” nie szukał, choć poszukiwania były prowadzone kilkakrotnie w całej okolicy.
Tymczasem Romuald Włodarczyk z Tomaszowa Mazowieckiego, który jako dziennikarz łódzkiego „Głosu Robotniczego” interesował się grobem „Hubala”,
w latach siedemdziesiątych ustalił, że faktycznie w Kraśnicy miał miejsce fakt pochówku przez Niemców polskiego żołnierza lub oficera. Podobno po zakończeniu działań wojennych w Kraśnicy zjawiła się rodzina pochowanego, dokonano ekshumacji, a wydobyte szczątki zabrano do Warszawy. Romuald Włodarczyk przypuszczał, że w Kraśnicy został pochowany jeden z dwóch jego żołnierzy [54], poległych razem z „Hubalem” pod Anielinem. Mieszkańcy Kraśnicy o powojennej ekshumacji nic jednak nie słyszeli. Mówią jednak o tekturowej tabliczce z nazwiskiem lub napisem „Polski oficer”, która krótko wisiała na brzozowym krzyżu. Faktem jest, że wojenny pochówek na cmentarzu miał miejsce i że wiąże się on z osobą „Hubala”. Kogo jednak Niemcy pochowali w Kraśnicy? [55]
To pytanie, jak wszystkie do tej pory pytania dotyczące miejsca spoczynku majora Henryka Dobrzańskiego - Hubala, jak na razie pozostaje bez odpowiedzi.

 Jacek Lombarski


Przypisy

    J. Z. Wroniszewski, Gdzie leży..., s. 5.
    „Des Tollen Major” („Szalony Major”) to jeden z przydomków, którym Niemcy ochrzcili Hubala, a komunistyczna propaganda wykorzystała to na swój sposób, podkreślając fakt, że nawet okupant widział bezsens działalności prowadzonej przez Oddział Wydzielony WP. Taki był również roboczy tytuł scenariusza do filmu pióra Jana Józefa Szczepańskiego. Inny przydomek, jaki Niemcy nadali Hubalowi był już bardziej romantyczny, „Der Schimmelmajor” („Major na siwym koniu”), ale tego propaganda już nie zauważała.
    J. Z. Wroniszewski, Gdzie leży... , s. 5.
    J. Z. Wroniszewski, tamże, s. 5.
    Z. Kosztyła, Oddział Wydzielony..., przypis 244, s. 223.
    J. Z. Wroniszewski, Gdzie leży... , s. 6.
    M. Derecki, Tropem..., wyd. II, Lublin 1982, przypis 52, s. 314. Informacja o eskapadzie dr Mittelstaedt budzi duże zastrzeżenia, trzeba dodać nie bezpodstawne, Sylwestra Jedynaka. Bardzo dziwnym wydaje się fakt, że patrol niemiecki zatrzymujący kręcącego się po terenie wojskowym Polaka bez przepustki, wypuszcza go na wolność.
    W. Rutkiewicz, Tam, gdzie pochowano Hubala, „Ekran”, nr 14 z 8.04.1979 r. (odpis maszynowy s. 3-4. AMWB, brak sygn.); Relacja Jan Sekulak „Dago” hubalczyk, AMWB, brak sygn.; R. Parka, Nowe wiadomości na temat grobu majora Henryka Dobrzańskiego, „Dziennik Zachodni” z 6.11.2006 r.
    Powinno być 1939 roku.
    Skróty w tekście JL.
    J. Sobkowski, Gdzie jest pochowany Henryk Dobrzański, „Gazeta Wyborcza” 25.11.2006, (wersja internetowa) Częstochowa Gazeta.pl; H. Sobierajski, „Hubal” major Henryk Dobrzański 1897 – 1940, Warszawa 2012, s. 131.
    R. Parka, Czy Hubal spoczywa w Wąsoszu?, „Dziennik Zachodni” (wersja internetowa) z 27.10.2006 r.
    J. Sobkowski, Gdzie jest... , Częstochowa Gazeta.pl.
    W tym czasie na terenie byłych koszar 372. dywizji Wehrmachtu w Tomaszowie Mazowieckim stacjonowały następujące jednostki LWP: od 1946 do 1955 roku - pododdziały 11. Brygady Lotniczo-Technicznej, od 15.09.1955 do 25.02.1958 - 121. Warsztaty Szkolno-Remontowe Samochodów Specjalnych Wojsk Lotniczych, od 25.02.1958 do 10.01.1959 - 121. Warsztaty Naprawcze Samochodów Specjalnych i Szkolenia Mechaników Samochodowych, od 10.01.1959 r. do 15.06.1962 roku - 41. batalion naprawy samochodów specjalnych i szkolenia mechaników. Informacja uzyskana z redakcji „TOP”.
    R. Poradowski, Poszukiwanie grobu majora „Hubala”, „Biuletyn Okręgowej Komisji BZpNP” w Łodzi, IPN, t. 5, 1997, s. 23.
    Tamże, s. 23.
    Tamże, s. 19.
    AMWB, Relacja Heinricha Schreihage b. oficera rozpoznawczego (IC w sztabie) 372 dywizji piechoty Wehrmachtu (Z nagrania i tłumaczenia Jana Sekulaka), sygn. III/2/11.
    Zgodnie z oryginałem tłumaczenia Jana Sekulaka.
    AMWB, Relacja Heinricha Schreihage... , s. 5.
    W. Miszczyk, relacja złożona Łukaszowi Matysiakowi w dniu 9 grudnia 1991 r. Fotokopia w zbiorach autora.
    AMWB, Relacja Heinricha Schreihage... , s. 7.
    Powinno być „zastrzelony” [przypis JL].
    Kserokopia dokumentacji postępowania ekshumacyjnego Kpp/88/73/UP w zbiorach Środowiska Hubalczyków.
    D. Kania, Dwóch bohaterów - partyzantów, „Nowe Państwo” nr 17 z 2001 r. (źródło: HYPERLINK "http://www.nowe-panstwo.pl"www.nowe-panstwo.pl).
    R. Parka, Nowe wiadomości na temat grobu majora Henryka Dobrzańskiego, „Dziennik Zachodni” z 6.11.2006 r. (źródło: www.zywiec.naszemiasto.pl).
    Wspomniany w relacji medalik został zwrócony córce majora Henryka Dobrzańskiego, Krystynie Sobierajskiej i obecnie znajduje się w jej zbiorach rodzinnych.
    AMWB, Relacja Jan Sekulak, sygn. III/II/8, s. 3.
    D. Kania, Dwóch... źródło: www.nowe-panstwo.pl).
    R. Poradowski, Poszukiwania... , s. 20.
    Z. Kosztyła, Oddział Wydzielony..., s. 223.
    R. Parka, Nowe wiadomości... (źródło: www.zywiec.naszemiasto.pl).
    R. Poradowski, Poszukiwania... , s. 21.
    R. Poradowski, Pytania (na razie) bez odpowiedzi, „Głos Robotniczy nr 170 z 25.07.1987 r., s. 1 i 4.
    R. Poradowski, Poszukiwania..., s. 23; R. Poradowski, Świadek mimo woli, „Głos Robotniczy”, czerwiec 1987.
    Jw., s. 53.
    K. Kamiński, O. Andrzej Czesław Klimuszko, Jasnowidz-Zielarz-Uzdrowiciel, Warszawa 1998 r, s. 51-52.
    (prop), Tajemnica wiedeńskiego archiwum, Czy ciało majora zostało spalone? „TOP” nr. 22 z 31.05.2002 r.,s. 11.
    Ewa Pękala, Ostatnie zdjęcie Hubala, „Życie Warszawy” dod. nr 22 Kulisy (wersja internetowa) 27.06.2002 r., s. 6-7.
    I. Bazan, R. Parka, Tajemnica grobu Hubala, „Dziennik Zachodni” z 26.10.2006 r., (Źródło: www.naszemiasto.pl).
    I. Bazan, R. Parka, tamże.
    Tamże.
    I. Bazan i R. Parka, tamże.
    Tamże.
    A. Ziółkowska, Kaja od Radosława, Warszawa 2006, s. 223.
    AMWB, Relacja J. Sekulaka, sygn. III/II/8.
    js, „Gazeta” szukała śladów Hubala, „Gazeta Wyborcza” z 29.11.2006 r., (Źródło: Gazeta.pl).
    I. Bazan, Wąsosz: Wznowią poszukiwania grobu Hubala, „Dziennik Zachodni” z 14.03.2007 r., (Źródło: www.naszemiasto.pl).
    (ib), Wąsosz: Hubal poczeka, „Dziennik Zachodni” z 17.03.2007 r. (www.naszemiasto.wp.pl).
    I. Bazan/PARA, Gdziekolwiek jesteś, „Dziennik Zachodni” nr 107 z 9.05.2007, s. 9.
    (ib), IPN nie zamyka śledztwa, w sprawie Hubala, „Dziennik Zachodni” z 16.11.2007 r., (źródło: www.naszemiasto.pl).
    J. Kędracki, Grób Hubala w spalskich lasach, (Źródło: www.gazeta.pl).
    I. Bazan, Sensacyjny trop, (Źródło: www.naszemiasto.pl).
    Faktycznie z majorem Hubalem zginął tylko jeden żołnierz, kapral Antoni Kossowski „Ryś”. Miejsce jego pochówku również nie jest znane. Informację o drugim poległym żołnierzu, Józefie Kośce błędnie podaje komunikat o śmierci Hubala. Józef Kośka poległ dzień wcześniej (29 kwietnia 1940 roku) i pochowany jest na cmentarzu w Poświętnem koło Opoczna.
    M. Maciągowski, Generał Załęski „Bończa” opowiedział o polowaniu na Hubala, Echo Dnia, 15 luty 2009.


 


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 21, 2016, 17:18:53

Zamach na Fittinga 29.05.1944 r. Luzak Fittinga

Każde powojenne Zielone Święta przywołują mieszkańcom Końskich na myśl wspomnienie śmiałego zamachu dokonanego przez żołnierzy podziemia. Rankiem, w świąteczny poniedziałek, w miasteczku panował jeszcze spokój. Przed południem opustoszało. Najpierw trwała długa strzelanina od strony Modliszewic, potem na ulice wylegli zdenerwowani żandarmi. Rozpowiadano, że znienawidzony funkcjonariusz powiatowej administracji, major Fitting został zabity. Spodziewano się wszystkiego co najgorsze...

Jednego z zamachowców znam od kilkunastu lat. Podczas spotkań rozmawiamy zwykle o grzybobraniu, wędkarstwu i drobnostkach życia codziennego. Zapytany o głośną akcji, w Gawrońcu, poczuł się skrępowany. Ostatecznie ustaliliśmy, że on mi opowie, a ja zapiszę
- Bierz długopis i do roboty - ponaglał rozmówca.
- Jutro pracuję na pierwszą zmianę, muszę wcześnie wstać.

Na początku, gdy dostałem się do oddziału, dowódca powiedział do mnie:
- Zapomnij swoje imię i nazwisko.
Od tej pory przestałem się nazywać Tadeusz Krajewski. Przełożeni i koledzy zwracali się do mnie tylko „Grom”. Taki nadano mi pseudonim. Zbyt patetyczny, ale przyjąłem. Skończyłem kurs podoficerski i otrzymałem stopień kaprala. Miałem wtedy dwadzieścia lat, byłem uciekinierem z Baudienstu. Nawet matka nie wiedziała gdzie przebywam i z kim się zadaję. Wykonywało się różne zadania. A „robota” na Fittingu, to nie przypadek...
fot.1 Ruda Maleniecka, prawdopodobnie jesień 1941 lub wiosna 1942 r. Uroczystość przekazania
samochodu strażackiego ZIS (zdobycz wojenna) strażakom w Rudzie Malenieckiej.
Drugi od lewej Eduard Fitting, po lewej jego ręce Albrecht (?) pierwszy Landrat.
Fotografia z większej kolekcji fotografii Ryszarda Cichońskiego


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 21, 2016, 17:29:44
c.d....W maju 1944 roku staliśmy z oddziałem w Małachowie. Młyn rodziny Szybalskich dawał bezpieczne schronienie. Kwaterowało nas tylko osiemnastu. O żywność też tutaj było łatwiej. W przedświąteczną sobotę przyjechał do oddziału porucznik „Bogdan”. Normalna rzecz. Kto przeczuwał jaką może mieć do nas sprawę? Dyskretnie odwołano mnie na bok. Miałem zameldować się we wskazanym mieszkaniu. Byli tam jeszcze oprócz oficerów: „Feluś” - Bolesław Niezgoda, „Sęp” - Romuald Jedynak i „Wrzos” - Mieczysław Zasada. Przed porucznikiem stało nas czterech kaprali. Oficer zaczął uprzedzać, że wszystko co teraz powie, należy traktować jako rozkaz specjalny i ściśle tajny. O tym co nas czeka, nawet w oddziale nikt nie może wiedzieć. Błyskawicznie w myśli przeliczyłem wszelkie możliwości powodujące stan ścisłej tajemnicy. Nazajutrz, w niedzielę przypadały Zielone Świątki. W Czarnej przygotowywano odpust. Sądziłem, że tajemnica ma związek ze wzmocnieniem ubezpieczenia lub obstawą uroczystości odpustowych. Zrozumiałem wszystko, gdy padło nazwisko Fitting...

Tego Niemca znałem z widzenia. Zuchwałe jeździł ulicami miasta, pojawiał się w gminach i wsiach koneckich. Gdzie stąpnął, tam na ludzi padała trwoga. Był Kreislandwirtem, znaczy starostą powiatu. Po eksmisji starej hrabiny Tarnowskiej z majątku w Modliszewicach, tam się osiedlił.
Więc porucznikowi chodziło o Kreislandwirta. Zresztą nie tylko samemu porucznikowi. On przekazywał nam co i jak. Władze podziemia wydały wyrok skazujący Niemca na śmierć. Skazany zupełnie sobie na takie potraktowanie zasłużył. Źródła wywiadowcze dostarczyły dowodów obciążających majora śmiercią wielu ludzi i pacyfikacją żydowskiego getta, kierował lokalną organizacją NSDAP. Trząsł powiatowym dowództwem SA. Zamach mógł być przestrogą dla podobnych polakożerców. Powinni złagodzić okupacyjny terror ostatniego roku wojny.

Termin egzekucji i sposób jej wykonania pozostawiono nam. Niezwłocznie wyjechaliśmy furmanką przez lasy Babiej Góry w stronę miasta. „Wrzos” przyczepił się do tych dwóch nadchodzących dni świątecznych. W glorii uroczystych świąt upatrywał powodzenie zamachu, przekonał nas. Starosta miał zwyczaj każdego dnia o stałej porze wizytować swoje gospodarstwo rolne. Z modliszewickiej rezydencji przejeżdżał do folwarku polną drogą na wierzchowcu. Droga przebiegała przez dużą kępę liściastych krzewów nazywanych Gawroncem. Krzaki Gawrońca „Wrzos” wyznaczył na miejsce zasadzki.
fot.1.Ruda Maleniecka, prawdopodobnie jesień 1941 lub wiosna 1942 r. Eduard Fitting,
obok Albrecht (?) pierwszy Landrat. Fotografia kolekcji Ryszarda Cichońskiego
Fot.2.Małachów k. Końskich, sierpień 1944. Oddział „Szarego”, pluton „Wrzosa”. W środku Tadeusz Krajewski „Grom”, po lewej Kazimierz Wojciechowski, po prawej Janusz Jaroszyński „Pająk”.
Fot. pochodzi z książki: Bogumił Kacperski, Jan Zbigniew Wroniszewski, Końskie i powiat konecki 1939-1945, Część czwarta. Konspiracja konecka 1943-1945, Końskie 2006.


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 21, 2016, 17:43:45
c.d....W niedzielę o zmroku siedzieliśmy jeszcze na Bawarii w domu u zaufanych ludzi. Nakarmili nas, częstowali wódką. Rozmawialiśmy wiele, ale o Fittingu ani mru-mru. Po północy zapadliśmy w Gawrońcu. Majowy poranek nastaje wcześnie. Należało rozpoznać teren, wybrać stanowiska, przydzielić zadania. Widniało. Ptaki uporczywie wyśpiewywały godowe melodie. Wiosenną zieleń zalewała rosa. Trawę pokrył siwy szron. Było bardzo zimno. W krzakach nieprzyjemnie pachniało zgnilizną liści. Słońce dźwigało się, do góry zapowiadając upalny dzień. A nas zastygłych w bezruchu męczyło zimno i drzemka. Do czasu spodziewanej akcji pozostawało nadal sporo godzin. Zająłem się przeglądem broni i oporządzenia.

Posiadaliśmy automatyczną broń osobistą i ręczny karabin maszynowy. Do tego trzeba dodać kilka granatów spory zapas amunicji i... siekierę. Brakowało nam zegarka. Orientowaliśmy się po słońcu.

Chciałem wszystko mieć za sobą. Czy aby Niemiec nie zrezygnuje z dzisiejszej przejażdżki? Nadjeżdżał. Usłyszeliśmy tętent końskich kopyt. W naszą stronę galopowało dwóch jeźdźców. Podpuściliśmy obu bardzo blisko. Z odległości kilkunastu kroków przez gałęzie wygarnęliśmy seriami roje pocisków. Padły zabite konie. Jeźdźcy poderwali się od ziemi. Starszy, ubrany w jasny strój spacerowy utykając ucieka w pole. Nie możemy oddać strzału. Wszystkie pistolety zacięte, erkaem zagwożdżony. Major przebiegł łąkę, dopada rowu melioracyjnego. Oddala się w stronę wysokiego o tej porze żyta. „Sęp” dopada siodła przy zabitym siwku. Z przypiętej kabury wyrywa parabellum. Składa się i trafia.

Z krzątaniny wytrącił mnie widok chmury kurzu od strony mleczarni. W pole wyjeżdżały ciężarówki z żandarmami. Nad Gawrońcem krążył samolot rozpoznawczy. Puściliśmy się szalonym biegiem. Ze zmęczenia usta się nie zamykały. Pot zalewał oczy, nogi potykały na równej łące. Uciekaliśmy na północ. Chyłkiem przez kilka kilometrów otwartego pola. I jeszcze te ciężary. Broń, magazynki u pasa, granaty.

W samo południe kupowałem oranżadę u sklepikarza w Młynku Nieświńskim. Całą skrzynkę. Puste butelki rzucaliśmy z mostu do rzeki. Przygodni ludzie przyglądali się naszemu zmęczeniu i broni. Odmoczyliśmy spieczone wargi i wyschnięte gardła. Po południu podeszliśmy do leśniczówki na Kamiennym Krzyżu. Wyszedł leśniczy Zygmunt Janiszewski. Poprosiliśmy o wiaderko napoju. Przyniósł ciepły borówczany kompot. Rozlewał do kubków. Padliśmy ze zmęczenia na murawę. Wkładałem buty, gdy mnie Janiszewski zapytał, czy słyszeliśmy, że Fitting został zabity. - Właśnie stamtąd idziemy - powoli wymamrotał kapral „Sęp”.

„Wrzos” meldował o sposobie wykonania rozkazu. Porucznik „Bogdan” miał do nas kilka pytań. Na stole złożyliśmy cztery zdobyczne pistolety, papierośnicę, złoty zegarek i sto pięćdziesiąt złotych. Podziękował za udaną akcji.


Luzak Fittinga

W zaułkach historii lat okupacyjnych mieści się jeszcze wiele autentycznych sensacji. Choćby taki fakt. Dwa lata temu drukowałem publikację na temat egzekucji Kreislandwirta koneckiego majora Fittinga. Zaraz po tym czytelnicy i rozmówcy stawiali mi pytania. A co stało się z adiutantem Pietrzykowskim? W oparciu o relacje jego brata Kazimierza i partyzanta „Kedywu” Jana Łyczkowskiego - „Wicherka”, zrekonstruowałem dzieje Stanisława Pietrzykowskiego - „Ludwika”, bo takie pseudonim otrzymał od przełożonego.

Na wstępie należy zdementować nadal upowszechniane przekonanie, że Pietrzykowski pochodził z poznańskiego i był przesiedleńcem. Pietrzykowscy z dziada pradziada pochodzą z Piły (wieś koło Pomykowa) i bywali wyrobnikami lub bandosami. Rodzice „Ludwika” w 1913 roku wyjechali do Niemiec za pracą zarobkową. Osiedlili się u bauera pod Rostockiem. Tam urodził się w 1916 r, syn Stanisław, jako trzecie dziecko w rodzinie. Do Pomykowa przyjechał, gdy miał pięć lat.

Służby wojskowej nie odbywał. Za przykładem rówieśników poszukiwał pracy zarobkowej w Końskich. Terminował w zawodzie odlewnika w fabryce u Kronenbluma. Po ustaniu działań wojennych w 1939 r. powrócił do tygla i fasulca. Po kilku miesiącach fabrykę wizytował niemiecki starosta gospodarczy Fitting. Upatrzył sobie dwóch giserów. Zabrał ze sobą Pietrzykowskiego i Jana Kluska ze Starego Młyna. W podwórku stały szopy i stajnie dla koni. Giserzy stali się robotnikami stajennymi.

Potem major przenosi urząd do starostwa, a mieszkanie do dworu w Modliszewicach po wyjeździe hrabiny Tarnowskiej do Częstochowy. Do Modliszewic zostaje przeniesiony też Pietrzykowski, a Klusek odesłany do służby. Major poddaje „Ludwika” szkoleniu, a dokładnie raczej tresurze. Chłopak uczy się jazdy konnej, prowadzenia samochodu, strzelania z broni wojskowej i myśliwskiej. Przyswaja sobie formy wojskowego zachowania i elementy musztry. Poznaje zwyczaje i nawyki majora. Jest jego dyskretnym cieniem zawsze gotowym na wezwanie. Major sprawia jemu mundur, który ma obowiązek wkładać asystując przy wyjazdach służbowych i na wizyty. Nie odwiedza rodziny. Jest potrzebny majorowi przez okrągłą dobę do usług i czuwania.

fot.1. Po lewej Romuald Jedynak „Sęp”, po prawej Mieczysław Zasada „Wrzos”, dowódca 1 drużyny.
Fot. pochodzi z książki: Bogumił Kacperski, Jan Zbigniew Wroniszewski, Końskie i powiat konecki 1939-1945, Część czwarta. Konspiracja konecka 1943-1945, Końskie 2006.
Fot.2. Modliszewice. Wieża strażnicza zbudowana w 1943 r. w całości z macew - uważny obserwator znajdzie ich fragmenty (nieistniejący już niestety modrzewiowy dworek Tarnowskich znajdował się od strony fotografującego). Na jej szczycie zawisł sztandar ze swastyka, na górnej platformie zainstalowano trzy reflektory do sygnalizacji i oświetlania przedpola, a karabiny maszynowe rozmieszczone na różnych poziomach broniły podejścia... J.Z.Wroniszewski. Fot. KW 2005 r.


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Lipiec 21, 2016, 17:47:58
I wtedy, w drugi dzień świąt Zielonych Świątek 1944 roku, jedzie konno na wierzchowcu za majorem z majątku w Modliszewicach pod tzw. „Setkę” na Bawarii. Ciągle utrzymują znaczny dystans do przedniego jeźdźca. Z tych dwóch, on tylko wie, że gdy dojadą do kępy krzewów głogowych nazywanej Gawrońcem, rozlegną się strzały. Z tych dwóch, powinien zostać uchwycony lub zabity tylko major. On musi zachować lojalność wobec zamachowców i pozory zaskoczenia.
c.d......
Był nowym zaprzysiężonym żołnierzem Armii Krajowej. Dowództwo koneckiego inspektoratu AK poszukiwało skutecznego sposobu wykonania wyroku podziemnego sądu na majorze za nadużywanie stanowiska. Wyrok miał wykonać pluton Batalionów Chłopskich Józefa Madeja - „Jerzego”. Bechowcy bezskutecznie kluczyli za majorem z miesiąc czasu. Dopiero Pietrzykowski został wezwany na spotkanie do Proćwina i doradził sposób wykonania egzekucji, w którym miał sam uczestniczyć.

Po zamachu, Pietrzykowski musiał uchodzić z wykonawcami wyroku. W krytycznym położeniu znalazła się rodzina „Ludwika”. Dla powstrzymania represji, major AK Jan Swieczko - „Łukasz”, pisze listy do starosty i gestapo. Dowódca obwodu AK wyjaśnia, że Fitting poniósł karę za bestialstwo wobec Polaków, a luzak Pietrzykowski stał się zakładnikiem. Może zostać uwolniony za okupem w wysokości 300 tys. złotych. W razie odmowy - grozi „Łukasz” - będzie rozstrzelany. Ostrzeżono także, gdyby Niemcy z tego powodu dopuścili się represji, to budynki w Końskich zajmowane przez Niemców zostaną wysadzone w powietrze.

W tym czasie przybył w koneckie oddział AK Antoniego Hedy - „Szarego”. Koło Wólki Plebańskiej w pociągu aresztowano łącznika oddziału por. Henryka Gruszczyńskiego - „Bladego”. Został osadzony w koneckim areszcie. Podjęto akcję odbicia oficera. Napadu na więzienie dokonano w nocy na 6 czerwca 1944 r. Grupa szturmowa z minerami rozbijała więzienie. Na początku zginął jeden miner. Wartownicy skryli się na strychu. Klucz od celi łącznika zabrało gestapo. Drzwi wyważano łomami. Akcja przez to przeciągała się niebezpiecznie.
Partyzancka grupa asekuracyjna w tym czasie ryglowała ogniem komendę żandarmerii w budynku późniejszego Technikum Ekonomicznego. Przy ulicy Kazanowskiej znajdował się z partyzantami Pietrzykowski. W czasie zmiany stanowiska strzeleckiego dostał śmiertelny postrzał pod ścianą domu Czesława Kosierkiewicza. Poległego zabrano przy odwrocie do lasu Księża Choina pod Stadnicką Wolą. Trumnę zrobił stolarz w Małachowie. Był skrycie deportowany na konspiracyjny cmentarz partyzancki pod Skarżyskiem w Pogorzałem. Po dwóch latach rodzina dokonana ekshumacji przenosząc zwłoki na konecki cmentarz.

Gestapo podjęto pertraktacje w sprawie uwolnienia „Ludwika”. Na wskazane miejsce wysłano mediatorkę. Była nią Anna Michalska, córka gajowego z Karolinowa, aresztantka z koneckiego więzienia. Podobno niosła propozycję zmniejszenia okupu do 50 tys. zł. To jest wiadome ze źródeł konfidencyjnych. Nikt z zasadzki nie wyszedł jej na spotkanie i przesyłki nie odebrano. Po bezskutecznym oczekiwaniu na szosie za Piłą, dziewczyna powróciła do Niemców. Wkrótce zginęła.

Pietrzykowski nie żył. Dalsze pertraktacje straciły sens. Major „Łukasz” pisze do gestapo: „Ponieważ warunków nie dotrzymano, nie złożono okupu w wyznaczonym czasie, luzak Fittinga został rozstrzelany”. Wysłano również przestrzelony dowód osobisty Pietrzykowskiego. Obie strony zaprzestały odtąd wszelkich pertraktacji. Rodzina Pietrzykowskich uniknęła represji.

Sylwester Jedynak
fot.1.
 Modliszewice - w głębi kępa drzew nazywana zwyczajowo Gawrońcem.
Na jej skraju, od lewej strony dokonano zamachu na Fittginga. Fot. KW.


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Marzec 05, 2017, 13:13:58
„ Zapiski z pożółkniętego brulionu część II „

   Sprawdzałem swoje  archiwum  i  szukałem pewnych fotografii , do artykułu o   akcji w Dziebałtowie z 1944 r.    Chodziło o zdjęcia  dział  , które  zostały  zniszczone  przez  partyzantów . Przy   okazji  tych  poszukiwań ,  trafił  w  moje  ręce  zżółknięty ze  starości  zeszyt ,  z  zapisanymi  ręcznie  stronami  .  Okazało  się  , że  już  raz  skorzystałem  z  jego  zawartości  publikując  artykuł  pt. „ Epizod z powstania - Ze Starego Pamiętnika - Bliżyński epizod z Powstania „ .
   Wtedy  wydawało  mi  się  , że  nie  ma  już  tam  nic  ciekawego  , a  inne zapiski w brulionie dotyczą  jakiś  mało  znanych  faktów  z  życia  mieszkańców  Bliżyna  i  okolic . 
W  trakcie  czytania  części , która  wydała  mi  się   pamiętnikiem  , trafiłem  na  opis kilku ciekawych  epizodów z życia rodziny Wasilewskich .
   Pierwsza  część pamiętnika  opisuje  młodego leśniczego  Tomasz Wasilewskiego , pracującego w majątku Ludwika Platera  w Niekłaniu . Czerwiec  1893 roku ,   Tomasz dostał  posadę  w  dobrach  niekłańskich , po  swoim  zmarłym  ojcu . Ojciec  Tomasza  w  czasie Powstania Styczniowego  pełnił  funkcję  podleśnego w lasach rządowych straży  Odrowążek leśnictwa  samsonowskiego . Utrzymywał  ścisłe  kontakty z  oddziałami Czachowskiego i Rudowskiego . Po  upadku  Powstania  przeniesiony został  do  Niekłania do  majątku Platerów .
   Dla  młodego  Wasilewskiego rozpoczynał  się  nowy  rozdział  w  życiu  . Pierwsza  samodzielna posada , tuż  po  skończonej  szkole  leśnej  w  Bolechowie w Galicji . Zakochany w  pannie  Magdalenie  Łęskiej , córce  hutmistrza z  Wołowa  .  Pragnął  ustabilizować  swoją  przyszłość . Pamiętnik  opisuje  wizyty  Tomasza  w  domu Łęskich , zaloty i uczucia   związane  z  miłością  do  Magdy . Młody Wasilewski  chcąc zaimponować  swojej  wybrance  opowiada jej  o    ciekawostkach , szkole , przyjaciołach  ,   o  świecie  , o krainach o  których  się  uczył  i  o  historii . Deklamował  wiersze  , a  zdarzało  się  , że  śpiewał  pieśni , spacerując  po  łące lub  w  lesie .

„ Ty  pójdziesz  górą , ty  pójdziesz  górą  ,
A  ja  doliną  ,
Ty  zakwitniesz różą , ty  zakwitniesz różą ,
A  ja  kaliną ,”

   Magdę  interesowało  wszystko  . Prosiła  Tomasza  o  opisy przyrody , nazwy  ptaków  czy  roślin  , których  nie  znała . Prosiła  o opowieści  o wydarzeniach na świecie , o  polityce i  ojcu  , który zmarł  dwa  lata  wcześniej .
   Przyszedł  dzień  , w  którym  Tomasz  wydobył  z  kieszeni  małe  skórzane  etui i  poprosił  Magdę  o  rękę  . Złoty  pierścień ze  szlachetnym  kamieniem  nałożył  na  palec  wybranki  , a  wpadający promyk słońca   odbił  się  od  klejnotu . Oświadczyny  zostały  przyjęte i  młodzi  w  tej  szczęśliwej  chwili  poszli  na  długi  spacer  . Ojciec  Magdy  przychylny  był  Tomaszowi , dał błogosławieństwo młodym .  Magdalena  , również  miała  coś  dla  swojego  wybranka , biało czerwoną  spinkę  o  symbolice  patriotycznej , na  której  umieszczono  orła w  koronie i  napis „ Boże zbaw Polskę „ . Była  to  pamiątka  po  jej  zmarłej  mamie  , która  otrzymała  spinkę  od  swojego  ojca  Powstańca z 1863 r . Tomasz  bardzo  się  wzruszył  i  opowiedział  swojej  ukochanej  o  różnych  formach  upamiętnienia  tamtych  czasów  . Jedną  z nich  była  biżuteria patriotyczna .
    Magda  postanowiła  zaprowadzić  Tomasza   na  miejsce pochówku kilku żołnierzy  z 1863 roku . Przeszli  obok  zbiornika  wodnego dającego energię  dla  fryszerki  . Brzegi stawu  były  w  większości zadrzewione czarną  olchą , jesionem i wierzbami . Dalej szli  w kierunku  toru  kolejowego . Przy  drodze  ,  u  podnóża  wysokiej  skarpy , stał  masywny krzyż  modrzewiowy  z metalowym  Chrystusem , zwróconym  twarzą w stronę  Bliżyna . Magda opowiedziała  Tomaszowi  , że  często  przychodziła  tu  z  mamą  by  pomodlić  się  i  złożyć  polne  kwiaty  na  stoliku  przy  krzyżu . Dziś  także  przyniosła  bukiecik  z  tureckiego  bzu  , który  włożyła  w  gliniany  dzbanuszek . Uklęknęli  oboje  , ramię  przy  ramieniu  i  modlili  się  za  pokój  duszy  pochowanych  powstańców . Kiedy wracali ,Tomasz  opowiedział  Magdzie , że  widział  taki  krzyż  koło  wsi  Stefanków :
    „ 22  kwietnia 1863 roku   miała  miejsce  krwawa  bitwa powstańczego  oddziału pułkownika  Dionizego Czachowskiego , naczelnika  wojennego województwa sandomierskiego z grupą  wojsk rosyjskich pod  dowództwem Dońca Chmielewskiego . Już  na kilka  dni  przed bitwą w lasach niekłańskich , a ściślej w uroczysku Piekło , zostało założone obozowisko oddziałów powstańczych , dowodzonych przez Czachowskiego . Nazwa  „Piekło” pochodzi od wielkich wychodni skalnych , które na wzgórzu występują o różnych kształtach , np. burta okrętowa , ambona  , ołtarz , komin itd. Ponieważ  takich  formacji  nie  mógł  stworzyć  człowiek  , w  mniemaniu  ludności  z  dawnych  lat  , mogła  to  stworzyć  tylko  siła  piekielna . Obóz  założono  u  podnóża bloków  i  występów  skalnych , a  w  to  miejsce  jęły  ściągać  rzesze  powstańcze . Wczesnym  rankiem  22 kwietnia , część  oddziałów  wyruszyła  w  kierunku  wsi  Skłoby . Grupę  tę  prowadził  sam  płk. Czachowski . Druga  część  wojsk powstańczych  pod  dowództwem  mjr-a Kononowicza  została  w  obozie  jako  odwód . Wojska  rosyjskie , dysponując doniesieniami  szpiegów  urządziły  zasadzkę , która  mogłaby  się  skończyć  pogromem  Polaków . Jeden  z  oficerów  - rotmistrz  Stanisław Dobrogoyski „ Grzmot „ , poprosił  Czachowskiego  o  możliwość  poprowadzenia  bitwy . Po  otrzymaniu  pozwolenia  , „Grzmot” z  jedną  kompanią  strzelców i  dwoma  kompaniami  kosynierów zaszedł od  tyłu  zasadzone  wojska carskie i  z  pełną  furią  zaatakował . W  bitwie  wzięło  udział  po  stronie  Polskiej  438 żołnierzy  przeciwko  460  żołnierzom  Smoleńskiego Pułku Piechoty i  kozakom . Po  stronie  Polskiej  zginął  1  a  6 z powstańców  zostało  rannych . Natomiast  nieprzyjaciel  stracił  300 zabitych i  rannych  oraz  kilkunastu wziętych  do  niewoli . Między  innymi  do  niewoli  dostał  się  Lejtnant  Nikiforow .  Zabitym  Polakiem  był  sam  dowódca  ataku  rotmistrz  „Grzmot „ Dobrogoyski . O okolicznościach  śmierci „Grzmota „  opowiedział  jeden  ze  strzelców  biorących  udział  w  pierwszym  uderzeniu . Po  wydaniu  rozkazu  otwarcia  ognia do  Rosjan , sam  rotmistrz  zastrzelił  ze  swojego  rewolweru 3  sołdatów . Nagle  na  przeciw  rotmistrza  stanął podoficer Smoleńskiego Pułku , z którego Dobrogoyski  wystąpił i wszedł  do  armii powstańczej . Podoficer poznał go i   krzyknął  niezwykle  głośno -” Ach , ty  odstępco , tutaj  przeciwko nam ?” . Rotmistrz nacisnął  spust  swojego  rewolweru , ale  ten  nie  wypalił . Natomiast  Rosjanin  strzelił  i  trafił  prosto  w  pierś „Grzmota „ . Kula  przeszła  przez  środek  brodawki i  przeszyła  go  na  wylot . Chwiejąc  się  na  nogach  , zdążył  jeszcze  krzyknąć : „ Manowski ! Tobie  komendę  oddaję  „ . Żołnierze rozpięli  mu  mundur , a  on zdążył  wyszukać na  piersi  fotografię  swojej  narzeczonej , panny Pauliny z  Kielc , umoczył je  we  krwi i wręczył kolegom  z  szeptem : „ koledzy , to  jej  na  pamiątkę „ . Po  wyszeptaniu  tych  słów skonał .
   W  bitwie  tej  wzięto do  niewoli  13 jeńców  rosyjskich . Ponieważ władze  carskie wieszały  wziętych do  niewoli  powstańców , przeto  Czachowski wystąpił  pisemnie  do  radomskiego  generała Uszakowa , będącego naczelnikiem  wojennym na  gubernatorstwo radomskie  z  postanowieniem , że od  tego  czasu  , wzięci  do  niewoli  żołnierze  rosyjscy będą  kategorycznie  wieszani i  tak  też  uczyniono  z  Lejtnantem  Nikiforem i  11 innymi  jeńcami  w  uroczysku „Piekło” . Jednemu  jeńcowi , podoficerowi  Antoniemu Turlinowi  z powiatu Olkuskiego udało  się  przeżyć . Błagał  o  życie  czystą polszczyzną  , twierdząc  , że  jego  matką  była  Polka . Jednak   rozkaz  pułkownika  trzeba  było  wykonać  i  biedaka  powieszono . Sznur  pękł  pod  ciężarem  młodzieńca . Udano  się  więc  do  Czachowskiego  z  prośbą  o  ułaskawienie , ale  naczelnik  odmówił  , mimo  , że  obecny  przy  egzekucji  kapelan , ks. Serafin   Szulc , przypomniał  naczelnikowi  o  istniejącym  prawie  zwyczajowym , które  nakazywało  ułaskawić  skazańca w  takim  przypadku . Jeszcze  dwukrotnie  zakładano  biedakowi  stryczek  i  dwa  razy  zrywał  się  sznur . Po   takim  fakcie  większość  powstańców  zwróciło  się  do  naczelnika  o  darowanie  życia  sołdatowi . Tym  razem  Czachowski  zmienił  zdanie  i  na prośbę  skazańca  wcielono  go  do  strzelców  powstania . Nie  pozostał  tam  jednak  długo  i  przy  najbliższej  okazji  uciekł  do  Rosjan . Jednak  prawda  z  wieszaniem tego  człowieka   była  inna  niż  ją  przedstawiono . Otóż  ks. Szulc  ujęty  błaganiem   sołdata , namówił  podoficera  Józefa Guzowskiego do  nacięcia  sznura . Guzowski  zrobił  to  dyskretnie  nacinając  i  wiążąc sznur  na  szyi  Turlina . Nie  przewidział  jednak  , że  już  po  Powstaniu  , człowiek  , który  zawdzięczał  mu  życie  , rozpozna  go  na  jednej  z   Kieleckich  ulic  i  wyda  na  śmierć  . Całe  wydarzenie  z  wieszaniem  i  strasznym  końcem  Guzowskiego  ujawnił  ksiądz Szulc  w  Monachium swemu  przyjacielowi  Antoniemu Drążkiewiczowi , który  umieścił  tę  relację  w  swoich  pamiętnikach .

Ale  Tomaszu  , skąd  ty  tyle  wiesz  o  tych  sprawach  ?  - spytała  Magda
Widzisz  Madziu  , chcę  ci  coś  powiedzieć  , ale  proszę  o  dyskrecję  , aby  sprawa  ta była wiadoma  tylko  w  naszych rodzinach . Otóż  , byłem  ostatnio  w  Dalejowie u gajowego Skalskiego  , który  kiedyś  pracował  dla  mojego  ojca . W  czasie  Powstania  leśniczówka  nasza była  pod  obserwacją  i  kilkakrotnie  była  rewizja . Rosjanie wściekle szukali  broni  czy  żołnierzy  w taki sposób    ,że  mama  moja  się  pochorowała  z nerwów .Ojciec utrzymywał wtedy kontakty  z  Czachowskim  i  Rudowskim  , posiadał  broń palną  i  sieczną , którą  przechowywał  gajowy  Skalski . Po  przeniesieniu do  Niekłania tata  nie  zabrał tych  przedmiotów  ze  sobą  , tylko  wspólnie  ze  Skalskim  ukryli  broń  w lesie . Gajowy wyszukał  w   okolicach  Dalejowa  ogromnego  buka  z  dziuplą , w której umieszczono depozyt . Miejsce  było  oddalone  od  uczęszczanych  ścieżek  i  w  trudno dostępnych krzakach . Zanim  jednak  ukryto  broń  , odpowiednio  zabezpieczyli  i zakonserwowali ją w  schowku . Otwór  dziupli  został  zakryty  przez  dopasowanie drewna  i  kory . Dodatkowo  , aby  zamaskować  wejście  powieszono  tam  kapliczkę  z Matką  Boską  , którą  wykonał  sam  Skalski . Niedawno  , będąc  w  Dalejowie  u Skalskiego  , wyjęliśmy schowane  tam  rzeczy  . Właśnie  minęło  30  lat  od  momentu  ich ukrycia . Ja  zabrałem  2 przedmioty  ,a  Skalski  wziął  dubeltówkę  . Dobre zakonserwowanie  i brak dostępu powietrza  do  skrytki  nie  spowodowało  uszkodzeń broni .

   Tomasz  wyjął  ze  swojej  sakwy  podróżnej  2  przedmioty  w  skórzanych pokrowcach . Ze skórzanej  trójkątnej  kabury  wyjął pistolet  kunsztownej  roboty z  rękojeścią  z  masy  perłowej . Lufa  tylko  w  dwóch  miejscach  pokryta  była  plamkami  rdzy ,  broń  była  sprawna . Z  zaśniedziałej  pochwy wyciągnął   myśliwski  kordelas , który  należał  do  dziadka  Tomasza  - Romana  Wasilewskiego . Ta  broń  sieczna  również  była  cenna , rękojeść  wykonana  ze  złoconego  srebra  , wysadzana dwoma  szmaragdami i  herbem  księcia  Botwida .

   - Ten  kordelas podarował  memu  dziadkowi  książę  Botwid  za  uratowanie  od  śmierci    księżnej , żony  Botwida  , w  trakcie  łowów w  Puszczy  Nalibodzkiej . Dziadek  pełnił  tam  funkcję  łowczego  w  latach  dwudziestych obecnego  stulecia .
To  jest  pistolet  mojego pradziadka Józefa Wasilewskiego  który  przebył  całą  kampanię Insurekcji Kościuszkowskiej . Po  klęsce maciejowickiej  , wyniósł  ciężko  rannego żołnierza Kacpra hrabiego Radziszewskiego  z Mazowsza , a  ten  w  podzięce  podarował  mu  ten  oto pistolet .
To  jest  historycznej  wartości  przedmiot  i  należy  go  starannie  przechowywać  w rodzinie  -  stwierdziła  Magdalena .
Masz  rację  moja  droga  , ale  w  nim  znajduje  się  jeszcze  coś  co  nas  ucieszy oboje , tylko  muszę  kilka  chwil  przy  nim  pomajstrować  scyzorykiem .

   Za  chwilę  z  dolnej  części  rękojeści  , po  odsunięciu  zasuwki  , wysypało  się  na  stolik  12  sztuk złotych  monet .

To  są  złote  dukaty  koronne , albo  inaczej  czerwone złote ostatniego  króla polskiego , Stanisława  Augusta Poniatowskiego , o  nominale  jednego  dukata . Wszystkie  monety wybito w 1791 roku  , czyli  w  roku  uchwalenia przez Sejm Wielki  Konstytucji  3-go Maja . Ciężar jednej sztuki  wynosi  około  0,27 łuta rosyjskiego .  Madziu , jeśli  mnie  posłuchasz  , to  wydamy  4  z  monet  na  nasze  obrączki , ślub  i  skromny  naszyjnik  dla  ciebie  , a  resztę  trzeba będzie  nadal  ukrywać  . Schowamy  też  pistolet  , gdyż  jeszcze  nie  ten  czas  , aby  mógł  wisieć  na  ołtarzyku  rodziny .

   Niestety  tutaj  urywa  się  zapis w  pamiętniku  Tomasza  Wasilewskiego . Nie  wiadomo  czy  ożenił  się  z  Magdaleną  ?  Jeśli  tak  to czy  byli  szczęśliwi  ?  Czy  udało  się  w  szlachetnym  celu  spożytkować  skarb  cennych  monet  ?  Jakie  były  dalsze  losy rodziny Wasilewskich  ? Czy  to  był  rzeczywiście  pamiętnik ?
Na  te  pytania nie  mam  na  tę  chwilę  odpowiedzi . Próbowałem  odnaleźć  jakiekolwiek  informacje  o  tak  zacnej  rodzince . Niestety  bezskutecznie .

1. Na  temat  Józefa  Wasilewskiego – uczestnika  Insurekcji Kościuszkowskiej  nie  znalazłem żadnej  wzmianki . Dotyczy  to  również  Kacpra Radziszewskiego hrabiego – uratowanego przez Józefa  oficera  .
2. Roman Wasilewski dziadek Tomasza , łowczy  księcia Botwida – na  jego  temat  jak  i  na temat  księcia  , nie  znalazłem  żadnych wiadomości  .
3. Stanisław Wasilewski , ojciec Tomasza , podleśny lasów samsonowskich – również  brak wiadomości  .
4. Magdalena Wasilewska z domu Łęska i Tomasz Wasilewski – brak  potwierdzenia  istnienia  takich  osób .

Pavelock


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: jacek0846 Marzec 26, 2017, 09:53:12
Jeden ze starszych artykułów , które pisałem  pod  pseudo .

Tajemnica cmentarza

    Zupełnie przypadkiem wpadła mi w ręce pewna stara mapa. Chciałem kupić ją od człowieka, u którego była, niestety nie chciał sprzedać. Była to kolorowa mapa bliskich mi terenów, często odwiedzanych przeze mnie z wykrywaczem. Na szczęście mogłem zrobić ksero mapy. Było na niej sporo adnotacji czerwonym atramentem. Pismo eleganckie i równe wskazywało na wykształconego człowieka. Zaznaczonych było kilka miejsc kółkiem lub strzałką. Studiując mapę na początku nie trafiłem na nic ciekawego. Wszystkie opisy i zaznaczenia miejsc były mi znane. Bywałem tam z wykrywką, ale efekty były mizerne. Mapa była datowana na 1937 rok, a adnotacja na górze brzmiała ''zaadoptowano na potrzeby wojskowe - VIII 1939 roku." Było więcej dopisków nieznanego autora, ale nie miały charakteru ciekawostki, czy jakiejś tajemnicy. Porównałem ją z aktualnymi oraz innymi starymi mapami i tu pojawiły się ciekawostki. Najpierw znalazłem kilkanaście dróg występujących na starej mapie, a w aktualnych tylko lasy w tych miejscach. Później zobaczyłem typowe oznaczenie cmentarza na skraju jednej z miejscowości. Muszę tu jeszcze zaznaczyć, że na tym terenie do 1947 było 14 wsi. Zostały wysiedlone siłą na ziemie zachodnie, a miejsce po nich zalesione. Ten cmentarz mnie zaintrygował, gdyż bywałem nie jeden raz w tamtym rejonie i nigdy nie widziałem aby coś tam było.



    Pojechałem z kumplem na miejsce. Po wiosce zostało tylko kilka starych, owocowych drzew i jedna studnia, teraz zasypana. W miejscu gdzie według mapy miałby się znajdować cmentarz było tylko las i krzaki. Nic nie znaleźliśmy. Postanowiłem pojechać do pewnej gminnej miejscowości - G., gdzie w strukturach władzy gminy pracował mój przyjaciel. Spytałem go czy pomoże mi odnaleźć kogoś żyjącego jeszcze z tej wioski. Zapalił się do pomysłu i wskazał jednego starszego człowieka - pana Stefana. Starszy pan po wywiezieniu na ziemie zachodnie, postanowił wrócić do swych korzeni i już w 1949 roku osiedlił się nieopodal swojej byłej wsi. Oczywiście jak najszybciej pojechał zobaczyć rodzinne strony, lecz to co zastał wprawiło go w zdumienie. Tereny wysiedlone zajęte były przez wojsko, które miało tam swoje poligony. Wioska została praktycznie rozebrana i zalesiona, aby śladu po niej nie było. Za wsią, przed ścianą pierwotnego lasu znajdował się kiedyś cmentarz, ale nie był to cmentarz wiejski. Parafia i cmentarz gdzie chowano mieszkańców był w G. oddalonym o 6 km. Co to był więc za cmentarz ?

    -" Proszę pana, to był cmentarz wojskowy, jeszcze z I WŚ. Austriacy wybudowali, piękny kamienny mur, w środku stał mały pomnik z tablicą, a wokół było około 80 - ciu grobów oznaczonych metalowymi krzyżami. Pamiętam, jak moja matka opowiadała, że był tu szpital polowy carskiej armii. Sporo żołnierzy rannych w bitwie ( nie wiadomo o jaką bitwę chodzi i gdzie miała miejsce) zmarło tu z ran. Byłi pochowani tu żołnierze rosyjscy i austriaccy. Wszystkie tabliczki z datą śmierci były datowane na grudzień 1914 r i początek 1915 roku. Cmentarz był zawsze zadbany, ludzie z wioski palili tam świece w dniu wszystkich świętych, pamiętano o mogiłach żołnierzy. Tym bardziej, że było wśród nich wiele polskich nazwisk. Kiedy wróciłem w 1949 roku poszedłem obejrzeć moją wieś. Nie poznałem tego miejsca. Ziemia zaorana, wszędzie wznosił się młody las. Po cmentarzu nawet śladu. Było widać ścianę starego lasu i tabliczki z zakazem wstępu na teren wojskowy. Postanowiłem zaznaczyć miejsce gdzie był cmentarz póki jeszcze dobrze pamiętałem. Na drzewach wyciąłem kilka znaków, a na ziemi poukładałem trochę kamieni - mniej więcej obrys cmentarza. Po 1989 roku kiedy wojsko wyniosło się z tych terenów a wszystko przeszło we władanie Nadleśnictwa, próbowałem zainteresować wielokrotnie ich kierownictwo, aby upamiętnić to miejsce pochówku z 1915 roku. Niestety nie było żadnej odpowiedzi. Jest tak do dzisiaj. Teraz jestem już za stary, aby coś zrobić w tej sprawie, ale może wy... może wam uda się. Umówimy się w przyszłym tygodniu to pokażę wam to miejsce."

    Pojechaliśmy autem razem z panem Stefanem. Dla niego była to już niezła wyprawa. Ubrany w krótką kurtkę typu battle dres i furażerkę na głowie ruszył powoli z laską w ręku na miejsce dawnego cmentarza. Las był już nie do rozróżnienia, gdzie był pierwotny, a gdzie zalesiony w 1947r. Przez około 1 godzinę szukaliśmy śladów na drzewach i ziemi. Bezskutecznie. Pan Stefan był już zmęczony i nie za bardzo mógł się odnaleźć w tej okolicy. Odwieźliśmy starszego pana do domu i postanowiliśmy sami szukać dalej. Wpadłem na pomysł skorzystania map Nadleśnictwa, gdzie pracował kolega, a który chwalił się kiedyś, że pudełko zapałek odnajdzie według swoich map. I tak spotkaliśmy się z Rafałem, wyjaśniliśmy całą sprawę oczekując natychmiastowej odpowiedzi.

    " Chwila, chwila, to tak od razu nie będzie. Muszę pojechać w teren. Dopiero na miejscu, po obejrzeniu i zidentyfikowaniu drzew pokażę wam to miejsce."

    Na miejscu od razu widać było profesjonalizm zawodowy naszego kolegi. Wyznaczył kilka punktów, odnalazł kilka charakterystycznych drzew i pokazał nam na jednym z Grabów wycięty krzyż.
    " Tu widać, gdzie sięgał stary las, a z tego miejsca było prowadzone nowe sadzenie. Te drzewa mają około 60 lat, a tu wiele jest starszych. "

    Najważniejsze jednak było odnalezienie znaku na grabie. Bo to oznaczało, że jesteśmy na dobrej drodze w odszukaniu śladów. Później znaleźliśmy jeszcze dwie kupki kamieni usypanych w liniach prostych i pasujących do znaku na drzewie. Według naszych wyliczeń cmentarz mierzył jakieś 40 x 30 metrów, ale nie jest to jeszcze precyzyjne określenie wymiarów.

    Na razie na tym zakończyliśmy nasze działania w odnalezieniu starego cmentarza. W tym roku planujemy sięgnąć i odnaleźć jakieś dokumenty dotyczące tej tajemnicy. Jeżeli wszystkie dowody wskażą na umiejscowienie w "naszym" rejonie tego cmentarza - zwrócimy się oficjalnie do władz, nie tylko gminnych, o odnowienie miejsca pochówku tych żołnierzy. I jeszcze jedno, pan Stefan powiedział też, że Austriacy wybrali to miejsce, gdyż obok była już stara mogiła, która znalazła się później w obrębie cmentarnego muru. Czyżby pochowani byłi tam Powstańcy Styczniowi ? I z jakiej bitwy pochodzili ranni carscy żołnierze z okresu XII 1914 i I 1915 ?

Witam. Chyba kolega powyższego wpisu nie będzie miał za złe jeżeli napiszę parę słów z okolic  które znam od dziecka.
Czytając ten wpis dopatrzyłem się błędnej daty wysiedlonych wiosek z tej okolicy. Poligon w Baryczy istniał już w okresie zaborów w tym przypadku zaboru Rosyjskiego. Początkowo sięgał tylko okolic Baryczy, lecz już po drugiej wojnie światowej stacjonowało tam wojsko Polskie, które nawet w mojej  rodzinnej wiosce Janów oddalonej od Baryczy o około 2 5 kilometrów odbywało ćwiczenia. By jak to się mówi powiększyć rejon poligonu wysiedlono 19 wiosek. Początek wysiedlania to 1952 r. Byłem dzieckiem ale jak dziś mam przed oczyma potężne Studebaker US-6 i fordy Kanadyjskie które przewoziły wysiedlonych ludzi oraz ich dobytek  na stację kolejową do Skrzyńska koło Przysuchy. Płacz i lament było słychać w każdym jadącym  samochodzie. Wysiedlanie odbywało się w ten sposób że rodzina dostawała przykaz na opuszczenie budynku co nie obywało się bez protestu, wtedy wojsko  zapinało liny do węgłów mieszkania i do ciągnika gąsienicowego ,,Staliniec'' i następowała fizyczna likwidacja budynku.Ludzie uciekali  z walącego się  budynku a tych bardziej opornych wojsko i milicja wyprowadzała siłą. Jednak prawda o tym ,,powiększeniu poligonu'' jest trochę inna. To w te rejony i do tych wiosek w 1944 r. w czasie akcji ,,Burza''  idące na pomoc walczącym powstańcom w Warszawie dotarły oddziały AK. W gajówce ,,Promień'' w wiosce Kuźnica blisko mojej wioski Janów był sztab i dowództwo tych oddziałów. ,,Wyzwolenie'' a z nim nowe spojrzenie na historię, i nowe władze z większością przedstawicieli A L i G L , oraz to że wyzwolone tereny na zachodzie trzeba było zasiedlić, dały możliwość pokazania kto rządzi. Po jakimś czasie i to nie długim pozwolono jednej wiosce Brzeźnica odbudować domy. Istnieje do dziś choć w mniejsza niż kiedyś. By zatrzeć ślad po wysiedleniu szybko zalesiano ten teren. Przyznam się że i ja jako dziecko brałem udział w zalesianiu Zapniowa z której to wioski pochodzą moi najstarsi  ,,Protoplaści po Mieczu''  bo odnalazłem na geneoteka . genealogia prapraprapradziadka, cztery pokolenia.Nadleśnictwo płaciło 30 zł. za cały dzień pracy a o pracę było trudno w tamtym czasie bo wielki piec hr. Dęmbińskiego ze względu na brak paliwa do wytopu  rudy pozyskiwanej w okolicy wygaszono w mojej wiosce w 1909 r. W tych linkach jest wzmianka o tych wioskach i o tym poligonie. Pozdrawiam Jacek

http://swietokrzyskie.fotopolska.eu/Barycz/b7860,Poligon_i_oboz_cwiczen__Barycz_-_Gowarczow.html


http://gosc.pl/doc/1296330.Wspominali-tragiczne-dni


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Wrzesień 25, 2017, 06:23:59
http://www.konskie.org.pl/2017/09/krzyz-powstanczy-1863-myn-w-faliszewie.html


Tytuł: Odp: bagno
Wiadomość wysłana przez: pavelock Kwiecień 15, 2018, 12:49:21
Witam koleżanki i kolegów . Serdecznie zapraszam  na wystawę ........