Witamy, Gość. Zaloguj się lub zarejestruj.
Czy dotarł do Ciebie email aktywacyjny?
Styczeń 18, 2018, 00:45:50

Zaloguj się podając nazwę użytkownika, hasło i długość sesji
Szukaj:     Szukanie zaawansowane

Strona główna Pomoc Szukaj Zaloguj się Rejestracja
Strony: [1] 2 3 ... 14 Do dołu Drukuj
Autor Wątek: bagno  (Przeczytany 82619 razy)
pavelock
Pułkownik
*****

Pomógł 50
Offline Offline

Wiadomości: 1422


prawdziwy patriota zna historię własnego kraju


: Wrzesień 23, 2011, 13:46:51

prawie  z  mazowieckiego ( 6km od granic  województwa )
http://www.konskie.org.pl/2011/09/skrzyszow-k-gowarczowa-historia.html#more

Skrzyszów koło Gowarczowa - od strony zachodniej.
To w głębi tych zarośli, około 50 metrów od skraju drogi ugrzązł w bagnie STUH 42.


Było to w 1986 lub 1987 roku. Chodziłem ze swym pierwszym wykrywaczem - "lisem" w okolicach Gowarczowa. Trafiało się trochę łusek, a to puszka po masce, no i dużo złomu żelaznego, gdyż mój wykrywacz nie posiadał dyskryminacji. Mimo wszystko grzebałem sobie po polach i łąkach. Przy kolejnym z dołków usłyszałem za plecami zbliżające się kroki.

- A co ty tu, min szukasz? - spytał jegomość w czapce uszance i kufajce. Jego różowe policzki i fioletowy nos podpowiedziały mi, że gość za kołnierz nie wylewa.
- Nie, min to tu nie ma, szukam sobie takich rzeczy z wojny. Może ma pan jakieś hełmy, albo bagnety?
- Hi hi, tutaj to już nic nie ma, a na co ci to?
- A tak zbieram, kolekcjonuję.
- Kiedyś miałem trochę tych gratów, ale na co mi to. Jeździli za złomem to oddałem, ale jakbyś chciał, to ci powiem, że tu jest gdzieś czołg utopiony w bagnie.
- Pewnie zaraz powie, że Tygrys, lecz co najmniej Pantera - pomyślałem.
- A co to za czołg?
- Nie wiem. Ja się nie znam. Chyba niemiecki.

Wiele razy trafiały do mnie informacje o zatopionych lub zasypanych czołgach. Jak do tej pory żadna z informacji nigdy się nie potwierdziła. Dlatego i tym razem bardzo sceptycznie podszedłem do tej rewelacji. Zadałem więc jedno zasadnicze pytanie:
- A czy widział pan na własne oczy ten czołg?
- Nie. Tylko słyszałem, ale jest na pewno.

Minęło kilka lat od tego spotkania. Czasami zaglądałem w okolice Gowarczowa, ale pamiętałem cały czas o tej rozmowie z "fioletowym nosem". W 1992 roku, a więc 6 lat później po raz drugi usłyszałem o zatopionym czołgu w okolicach Gowarczowa. Mianowicie dwóch młodych chłopców odbywających praktyki w mojej firmie, wiedząc, że interesuje się "wykopkami" opowiedzieli mi historię o utopionym w bagnie czołgu. Byli oni mieszkańcami dwóch różnych wiosek w pobliżu Gowarczowa. Dziwne było, że umiejscowili czołg w tym samym rejonie, o którym wspominał mi "fioletowy dziadek". I znów zapytałem czy widzieli osobiście to miejsce? Okazało się, że nie widzieli, ale słyszeli od dziadków. Tym razem także, nie poszedłem za tropem, żeby sprawdzić prawdziwość tych doniesień.

Minęło następnych 7 lat, był rok 1999. Niedaleko Gowarczowa we wsi Borowiec wykonując swoją pracę wykopałem na terenie prywatnej posesji: hełm, manierkę i bagnet . Wszystko niemieckie. Starszy pan dla którego wykonywałem usługę powiedział , że było tego tutaj bardzo wiele, że on pamięta jak wycofywali się tędy Niemcy w styczniu 1945 roku, jak zostawiali ciężko rannych żołnierzy w domach i stodołach, których później zabili Rosjanie. Pamięta osobowy samochód w rzece, postrzelany przez radziecki samolot, z którego po wojnie wymontował dużo przydatnych części. Pokazał mi wiele ciekawych przedmiotów z tamtego okresu i od słowa do słowa rozgadaliśmy się na tematy znalezisk, historii i zdarzeń ze stycznia 1945 roku. W pewnym momencie, starszy pan mówi:
- A tu niedaleko to i czołg jest utopiony w bagnach.

Zapaliła się u mnie czerwona lampka sygnalizacyjna przywołująca poprzednie dwie podobne relacje dotyczące być może tego samego pojazdu. Poprosiłem, aby bardziej szczegółowo opisał historię tego zatopionego czołgu. Zadałem standardowe pytanie:
- A czy widział go pan na własne oczy?
- No to jak pana widzę - odpowiedział.

Serce zaczęło mi gwałtownie bić. Pomyślałem, że wreszcie legenda może okaże się prawdą.
- A czy pokaże mi pan to miejsce?
- Oczywiście. Tylko musimy pojechać tam samochodem, bo to jest aż na końcu Skrzyszowa.

Zostawiłem chłopaków, aby dalej robili instalację, a z właścicielem pojechaliśmy obejrzeć to miejsce. Zatrzymaliśmy samochód za ostatnim domem we wsi Skrzyszów. Dalej znajdował się most pod którym przepływała powoli wąska rzeczka. Trzeba było się przedzierać przez dość spory gąszcz wysokiego zielska i podmokły teren. Gdzie postawiłem nogę to zaraz pojawiała się mała kałuża. Starszy pan prowadził wzdłuż rzeki do takiej mini delty. Powiedział, że tu blisko wypływa źródełko, które dopływa do rzeczki, a to jest właśnie jedna z tych odnóg. Powiedział, że nigdy to źródło nie zamarza i Niemcy myśląc, że teren jest zamarznięty wjechali tam czołgiem, który się zatopił. Próbowali go wyciągać, lecz wpadł pod kątem 45 stopni w jakiś potorfowy dół. Dwa inne pojazdy szarpały go linami, podkładali belki, ale nic z tego - ugrzązł na dobre. Dali za wygraną. Wymontowali co się dało z pojazdu i podłożyli ładunek wybuchowy, który rozsadził pojazd na dwie części. I tak sobie leży do dziś. W latach 50. były próby wyciągnięcia go przez okolicznych chłopów, ale spełzły na niczym. Jedynie co, to wyzbierali wokół wszystkie części po wybuchu i palnikami odcięli część blach wystających z wody. Tak rozmawiając doszliśmy do małej piaszczystej łachy. Wśród bujnej roślinności zauważyłem wystający z wody kawał metalu. Zafascynowany tym widokiem nie zwracałem uwagi, że stoję już po kostki w wodzie. Pomierzyłem taśmą wszystkie widoczne elementy i naszkicowałem wygląd tych części. Wokół unosił się bagienny opar zbutwiałych części roślin, a komary cięły niemiłosiernie po odkrytych częściach ciała.To co wystawało z bagna nie przypominało na razie nic znanego, jedynie grubości blach (w niektórych miejscach około 10 cm) wskazywały, że może to być pojazd pancerny.

Wróciłem do swoich zajęć jednocześnie obmyślając co z tym fantem zrobić. Minęło jeszcze kilka tygodni zanim podjąłem decyzję o powiadomieniu specjalistów z zakresu niemieckiej broni pancernej. Powiadomiłem p. Andrzeja Lange, ówczesnego dyrektora Muzeum Orła Białego w Skarżysku-Kamiennej, który poprosił mnie o pełną dyskrecję w tej sprawie, obawiając się że pojazd mógłby zostać wywieziony. Poprosił o wskazanie miejsca i zapewnił, że zostanę powiadomiony o wynikach badań nad wrakiem.

Minął jakiś czas, w którym Muzeum Orła Białego uzyskało wszystkie potrzebne zezwolenia, w tym obsługę saperską. Był telefon od p. Andrzeja. Zostałem zaproszony na moment wydobycia pojazdu, który okazał się samobieżną haubicą 105 mm ( Sturmhaubitze STUH 42), tak naprawdę okazało się, że jest to tylko wanna w dodatku wysadzona. Nie mniej jednak jest to rzadki okaz, i być może uda się odzyskać wiele części od miejscowej ludności, oraz to co zostało odrzucone podczas eksplozji.

Kwiecień 2000 roku. Jest około 8 rano. Przy moście w Skrzyszowie mnóstwo samochodów i ludzi ubranych w maskujące uniformy. Czułem się trochę nieswojo, ponieważ znałem tylko kilka osób z tej ekipy - dyrektora Muzeum Orła Białego i ekipę Tomka Kołodzieja, ze Skarżyska-Kamiennej. Pojazd został obkopany wkoło. Kilka drzew zostało usuniętych, ktoś przymocował linę do pojazdu. Jakieś 200 metrów dalej, na prywatnej posesji stał samochód z Zakładu Transportu Energetycznego z Radomia i chwilę później operator włączył bęben nawijający linę.

- Odsunąć się! Proszę schować się za drzewa - to ludzie z ekipy zabezpieczającej porządkowali teren. Pierwsza próba i trrrrrraach!!!! - lina obsunęła się po jednym z boków STUHA. Druga próba. Powoli odklejają się resztki pojazdu od bagna. Pojazd sunie po ziemi w stronę wyciągarki. Po drodze nabiera na siebie rośliny tworząc szeroką ścieżkę. Okazało się, że sporo części jest jeszcze w "dołku". Pokazała się też uzbrojona amunicja 105mm. Nikt już nie został w tym miejscu oprócz saperów. STUH został zabrany do skarżyskiego muzeum, gdzie stoi wśród innych niemieckich pojazdów. W ciągu tych wszystkich lat uzupełniono sporo braków w pojeździe, ale i tak jeszcze sporo brakuje.

Jestem szczęśliwy , że udało mi się po wielu latach trafić na "prawdziwy trop pancernego pojazdu", oraz to, że mogłem wziąć udział w wydobyciu STUHA i poznałem wielu świetnych ludzi - "zapaleńców odkrywania historii"
Ostatnia zmiana: Wrzesień 28, 2011, 11:05:50 wysłane przez adek Zapisane

prawdziwy patriota zna historię  własnego kraju
pawel888
Moderator Globalny
Pułkownik
*****

Pomógł 52
Offline Offline

Wiadomości: 1041


MTWiC


Odpowiedz #1 : Wrzesień 23, 2011, 17:52:45

Jedna historia na kilkadziesiąt "bagiennych opowieści" która miała swój szczęśliwy finał. Szczere gratulacje Uśmiech
Zapisane

Kto nie pamięta historii skazany jest na jej ponowne przeżycie...
pavelock
Pułkownik
*****

Pomógł 50
Offline Offline

Wiadomości: 1422


prawdziwy patriota zna historię własnego kraju


Odpowiedz #2 : Wrzesień 26, 2011, 18:42:57

http://www.konskie.org.pl/2011/05/pieko-w-kotle-ruskobrodzkim.html
Pozwoliłem  sobie wrzucić artykuł z  moich  okolic .

Ruski Bród koło Przysuchy - szesnastego stycznia 1945
Jest tuż przed świtem. W oddali, od strony Stąporkowa słychać głuche dudnienie dział. Od wczoraj w okolicy Ruskiego Brodu i Kuźnicy zaroiło się od niemieckich patroli zwiadowczych. Żołnierze wypytywali moją matkę, czy nie widziała Rosjan. Jeszcze tu nie dotarli. Wyszedłem za potrzebą i ujrzałem w szarości dnia kilkaset sylwetek ludzkich, idących cicho w stronę Kacprowa. Przy moście stała niemiecka pancerka i dwa motocykle, a w stronę Kuźnicy ustawili dwa karabiny maszynowe. Za krzyżem, blisko studni czterech żołnierzy usiadło i przygotowywało posiłek. Wszystko to odbywało się bardzo cicho.

Około godziny 11 ruch się nasilił, jechało coraz więcej samochodów, pancerek i wozów konnych. Słychać też było zgrzyt gąsienic czołgowych w okolicach kościoła. Matka wygoniła mnie abym załatwił jakieś jedzenie od Niemców. Miałem wtedy 14 lat i niewiele do stracenia. Nie bałem się. Podszedłem do żołnierzy jedzących za "krzyżem". Przyglądałem się łakomie jak w mroźnym poranku maczają chleb w gorącej strawie wypełniającej ich menażki. Nad małym ogniskiem wisiał kociołek i coś bardzo ładnie pachniało, a gęsta para unosiła się w powietrze. To byli młodzi chłopcy, może po 17 lub 18 lat. Na twarzach niesamowite zmęczenie i głębokie, wpadnięte oczy. Jeden z nich zagadnął po polsku "chodź, nie bój się, masz" i dał mi do ręki kawał czarnego chleba. "Mam tu jeszcze godzinę czekać, mogę iść do waszej chałupy? Umyłbym się". Nalał w swoją menażkę gorącą zupę i poszliśmy do mego domu. Matka się przeraziła, ale on powiedział "Ja jestem Polak, ze Śląska, siłą wzięli, nie bójta się. Chciałem tylko się umyć i zmienić bieliznę". Matka zaprowadziła go do "komory" i dała gorącej wody. Później opowiadał że musiał iść do wojska, bo zabiliby jego rodzinę. Wychodząc dał nam jeszcze kawałek chleba.

Po południu wyszedłem zobaczyć co się dalej dzieje. Poszedłem w okolicę drogi na Boków, a tam tłumy wojska. Na skraju lasu stało działko czterolufowe z obsługą, z drogi leśnej wylewało się wojsko, pieszo, konno, samochodami. Zaraz mnie stamtąd przegonili. Pobiegłem w stronę kościoła, tam na rozdrożu stały dwa czołgi, kilkanaście samochodów, a przed kościelnym placem siedziało bardzo dużo żołnierzy, tylko jakiś dziwnych - mieli skośne oczy i kruczoczarne włosy, nie mówili też po niemiecku.

To był jeden z niewielu ładnych dni. Był lekki mróz, śniegu jak na lekarstwo i niebo nie było zachmurzone. W drodze powrotnej zauważyłem jeszcze jedno działko czterolufowe ustawione przy "rowku".

Siedemnastego stycznia
Nic się nie zmienia. Żołnierzy jakby więcej. Pancerka stoi w tym samym miejscu, a za krzyżem inni coś gotują. Nagle słychać samoloty. Stoję i patrzę jak od strony Długiej Brzeziny nadlatuje kilka samolotów sowieckich. Niemcy rozpierzchają się na wszystkie strony, słychać szybkie komendy. Widzę jak od samolotów odrywają się małe ogniki i równymi ściegami szyją wzdłuż drogi. Przeleciały dalej. Atakują na bokowskiej drodze długą kolumnę niemiecką wijącą się na niezbyt szerokim trakcie. Kilkakrotnie zataczają koła i wreszcie wracają w stronę Huciska. Dopiero teraz poczułem zaciskającą się na mym ramieniu rękę matki, i usłyszałem jej krzyk "do piwnicy!!!, zabiją cię!!!" Uspokajam ją. "Już po wszystkim mamo, odlecieli". Widzę w okolicach mostka kilka nieruchomych postaci, które miały to nieszczęście być na linii ściegu z samolotu. Są i ranni, już opatrywani. Schowaliśmy się do domu. Czołgi i samochody ze skrzyżowania koło kościoła przejechały w stronę Kacprowa. Zabitych i rannych załadowali na wozy konne i ruszyli z nimi w tym samym kierunku. Wydawało mi się, że płynący strumień ludzi nigdy się nie skończy. Widziałem też kilka kobiet jadących na wozach. Chyba to były Niemki. Samoloty w tym dniu już się nie pojawiły, ale miała miejsce dziwna sytuacja. Od strony kościoła nadjechał samochód z czterema czerwonoarmistami. Niemcy zupełnie zgłupieli. Rosjanie wyjechali zza zakrętu prosto na obstawę z pancerki i pod karabiny maszynowe. Zaskoczenie było zupełne; wykorzystali to Sowieci. Jeden z nich zeskoczył do rowu z erkaemem i zaczął siać serie. Kierowca samochodu w samym środku skrzyżowania wykręcił i ruszył z powrotem w stronę kościoła, ale już obsługa MG na wozie bojowym otworzyła ogień. Za chwilę dołączyły do niej dwa inne stanowiska rozwalając samochód i trzech żołnierzy. Co dziwne, czwarty, który zeskoczył wcześniej z wozu uratował się klucząc między domami i wycofując w stronę cmentarza. Można powiedzieć, że był to początek końca wsi. Niemcy rzucili sporo wojska w okolice plebanii i Kościoła, ruszyło też kilka czołgów, wszystkich wypędzono z domów do kopania rowów i okopów. Nie myślałem, że chcą przyjąć bitwę we wsi. Dopiero wiele lat po wojnie zrozumiałem, że jednostki Freiwillige (skośnoocy żołnierze Wehrmachtu) miały zostać i bronić przeprawy jednostek przez ten teren. Wojsko uciekało na zachód w stronę Kupimierza, dalej na Opoczno i za Pilicę.

Kopanie było straszne. Z góry była kilkucentymetrowa zmarzlina, a dalej kamień na kamieniu. Ręce bolały od kilofa. Niemiecki oficer kazał nam przesunąć wykopy w stronę “organistówki", w której w czasie okupacji znajdowała się komenda żandarmerii niemieckiej. Tu było o wiele lżej. Rosjan nie było widać, ale było słychać. Dosłownie o jakieś 500 metrów od nas słychać było jakby ciągniki, komendy po rosyjsku i inne hałasy. Na kierunku do Długiej Brzeziny ustawiono działo, a po prawej stronie za kościołem stanął między drzewami czołg. To była pierwsza linia obrony. Nagle od strony cmentarza, ze wzgórza, padły pierwsze salwy z radzieckich dział. Pociski wpadły w sam środek wsi. Rzuciliśmy łopaty i kilofy i pobiegliśmy polami w stronę Kacprowa. Po drodze musiałem przebrnąć przez nie zamarzniętą rzekę. Byłem mokry po pas, ale wcale tego nie czułem. Za nami, przed nami i z boku uderzały pociski wyrzucając w górę fontannę piachu i kamieni. Wszystko było jak w zwolnionym tempie. Nie pobiegłem z innymi do lasu, tylko wzdłuż rzeki do domu. Mieszkaliśmy z matką 30 metrów od rzeki i 100 metrów od mostu (mieszkam tam do dziś). Nie było nikogo. Złapałem tylko jakieś spodnie i wybiegłem na dwór. Strzelało wiele dział, gdyż wybuchy pojawiały się z każdej strony wsi w tym samym momencie. Spojrzałem w stronę mostu gdzie stała pancerka, teraz paląca się, za krzyżem leżało kilku zabitych. Dziwne, ten trójnóg z kociołkiem stał nienaruszony i wydobywała się z niego para. Pobiegłem do lasu, jak najdalej od wybuchów. W Kacprowie mieliśmy rodzinę, ale matki tam nie było. Było za to wielu sąsiadów, którzy uciekli z palącej się wsi. Nareszcie po południu spotkałem się z matką i ruszyliśmy dalej do Eugeniowa. W Kacprowie nie było bezpiecznie, wiele pocisków przenosiło i wybuchało w okolicach wsi. W jednym z domów pocisk wpadł przez dach i wybuchł w kuchni. Przeżyła jedna kobieta i jedno dziecko. Niesamowita tragedia gdyż ona straciła tam dwoje swoich dzieci, a dziecko które się uratowało straciło tam matkę. Dużo ludzi pochowało się w piwnicach na ziemniaki, ale my postanowiliśmy uciekać dalej. Okazało się to niemożliwe. Niemcy wypierani z Ruskiego Brodu uciekali tą samą drogą i strzelali do ludzi tarasujących im drogę. Schowaliśmy się do jednej z piwnic. W nocy trochę się uspokoiło, ale słychać było pojedyncze strzały z broni ręcznej.

Osiemnastego stycznia
Rano Sowieci przypuścili pierwszy szturm w okolicach kościoła, a więc tam gdzie kopaliśmy okopy. Po kilkugodzinnej walce Rosjanie wycofali się z dużymi stratami. Znana jest historia jak podczas ataku na białą broń, w dymie, dwóch Rosjan zakłuło się nawzajem swoimi bagnetami. Niemcy nawet robili zdjęcia, które później wpadły w ręcę radzieckie. Drugie natarcie poparte było długim przygotowaniem artyleryjskim z dział i moździerzy, które zniszczyło resztę wsi (ocalały tylko cztery domy). Turkmeńcy na pierwszej linii nie wytrzymali naporu radzieckich żołnierzy i cofnęli się do środka wsi gdzie znajdowało się sporo cofającego się wojska. Dosłownie walczono na każdym podwórku i w każdych ruinach spalonych chałup. Jeden z niemieckich oficerów - major, który miał dużą nadwagę schował się do piwnicy na ziemniaki i tam się zastrzelił. Trudno go było później stamtąd wyciągnąć. Tym razem Rosjanie wyparli wroga z okolic mostu i utworzyli tam gniazda ogniowe. Tymczasem na skraju lasu za wsią, w stronę Końskich, Niemcy ustawili kilkanaście moździerzy i dużo ciężkiej broni maszynowej ostrzeliwując dopiero co stracone pozycje. Most został uszkodzony i tylko pieszo można było tamtędy przechodzić. Rosjanie wycofali się spod skutecznego ognia i zajęli pozycje obok plebanii. Za chwilę odezwała się artyleria radziecka bijąc z haubic w las do przedzierających się żołnierzy. Tak było do wieczora. W nocy znów spokojniej. Dowiedzieliśmy się od paru osób o przebiegu bitwy i o tym, że Niemcy odnieśli duże straty na "Bokowskiej drodze". Mieli sporo spalonych samochodów i zniszczonego sprzętu, a także wielu zabitych.

Dziewiętnastego stycznia
Po raz kolejny Niemcy próbują przebijać się w stronę zbawczego lasu w okolicach zniszczonego mostu. Są to już resztki wojsk, większości udało się przedrzeć w poprzednich dniach. To była istna rzeź. Chyba niewielu przeżyło trzeci szturm fanatycznych, pijanych rosyjskich żołnierzy. Wszyscy Niemcy, którzy się przedarli przez wieś, jeszcze raz wpadli w kocioł pod Orginiowem, gdzie Rosjanie urządzili zasadzkę. Jednak przerwali pierścień okrążenia i ruszyli pod Sulejów. W sumie Ruski Bród kilka razy przechodził z rąk do rąk, a walki trwały prawie cztery dni.
Wróciłem żeby zobaczyć co z domem. Zburzony ! Ocalała tylko jedna mała szopka na podwórku. Powybierałem z ruin co tylko można (pościel, koc, ubrania i inne potrzebne rzeczy) i przeniosłem je do szopki .

Wokół resztek mostu i drogi leżało mnóstwo zwłok, wręcz całe stosy; jedne na drugich - Niemców i Rosjan. Samochody sowieckie jeździły po tych trupach, które leżały na drodze, był to okropny widok. Na noc wróciłem do piwnicy w Kacprowie. Było coraz mniej żołnierzy, tylko małe grupki przechodziły przez wieś.

Dwudziestego stycznia
Znowu kanonada, tym razem od strony Kupimierza. Walka trwała bardzo długo. Słychać było wybuchy granatów i serie karabinów maszynowych. Wróciliśmy do Ruskiego Brodu. Po drodze słyszałem wiele podnieconych rozmów na temat co można przynieść z "bitwy". Wielu gospodarzy ostrzyło sobie zęby na konie, których sporo biegało po lesie. W moim umyśle powstał plan, żeby znaleźć sobie pistolet. Było to niebezpieczne, gdyż sowieci kręcili się wciąż po drodze. W wielu miejscach utworzyli posterunki silnie obsadzone rkm-mi. Mocno uzbrojone patrole przeczesywały wieś i okolice w poszukiwaniu niedobitków niemieckich. Widziałem kilkakrotnie jak z różnych dziur wyciągali młodych przerażonych żołnierzy. Dziwne, niektórych ustawiali w kolumnę i prowadzili w stronę kościoła, a innych skośnookich i polskojęzycznych żołnierzy rozstrzeliwali na miejscu. Wieczór pokazał ogniskami, że sporo sąsiadów wróciło na zgliszcza. Rozpaliłem nieduże ognisko przed szopką, w starym garnku ugotowaliśmy kilka ziemniaków i cieszyliśmy się pomimo straty dachu nad głową, że żyjemy.

W nocy wykradłem się z szopki i cicho podpełzłem w stronę zniszczonego mostu. W słabym świetle księżyca i dogasających płomieni próbowałem odnaleźć zabitego oficera, od którego mogłem wziąć pistolet. Leżał blisko rowu z wodą, a obok niego kilku innych żołnierzy. Był cały pokrwawiony, białą kurtkę miał czerwoną od krwi. Było mi niedobrze, drżącymi rękoma odpinałem kaburę i zacząłem wyjmować broń. Nagle włosy zjeżyły mi się na karku. Odezwał się do mnie szeptem po polsku: "ratuj mnie, jestem Polakiem, z poznańskiego, siłą wcielony do niemieckiej armii. Leżę tu już wiele godzin między tymi trupami, chyba zamarzam. Proszę cię, przynieś mi jakieś cywilne ubranie, w domu czekają na mnie żona i dzieci. Pistolet dostaniesz i jeszcze coś, tylko mnie nie wydaj. Nigdy nie strzelałem do nikogo, jestem lekarzem, zajmowałem się tylko rannymi i chorymi. Pomóż mi". Bałem się strasznie. Do mojej szopki było jakieś 50-60 metrów, szybko się uwinąłem przynosząc jakiś stary płaszcz, sweter i czapkę. Buty i spodnie zostawił na sobie, resztę zdjął, owinął pasem i włożył powoli do rowu z wodą. "Masz, tylko schowaj bo jak ruscy to u ciebie znajdą to zastrzelą i ciebie i całą rodzinę". Wręczył mi pistolet P-38, który włożyłem za pasek. “A to za ubranie" i wcisnął mi w rękę obrączkę z palca. “Da Bóg jak przeżyję, to cię znajdę“. Prosiłem żeby nie brał broni, niech udaje chłopa, ale on wziął jakąś aktówkę i pm-a . Wyprowadziłem go w ciemnościach w stronę Kacprowa i pokazałem jak ma iść dalej. Serdecznie mi podziękował i ruszył w kierunku na Sołtysy. W Kacprowie nie było jeszcze Rosjan, chociaż byli już w Kupimierzu, który był dalej na zachód. Sowieci nie przeczesywali od razu wszystkich wsi i przysiółków, ale chcieli odciąć drogę ucieczki Niemców jak najdalej przed Pilicą. "Mój" lekarz trafił do samotnej gajówki na krańcach Kacprowa i tam chciał przeczekać najgorsze. Pech chciał, że silny patrol radziecki trafił tam także. Znaleźli go - po butach i spodniach stwierdzili, że Niemiec. Podobno tłumaczył się po polsku, że partyzant, ale sołdat nie słuchał i przestrzelił mu obie nogi. Rodzinie leśniczego zabronili pomagać rannemu, aż się wykrwawi. Lekarz umarł, ruscy odeszli. Pochowali go za stodołą, a w domu został jego m-pi i aktówka. Podobno w latach 70. ktoś kupił to od syna leśniczego. Swój pistolet ukryłem, ale kiedy tylko mogłem to go czyściłem, rozbierałem i smarowałem. Wystrzeliłem tylko jeden raz w życiu w Nowy Rok i za to dostałem trzy lata. Broń zabrano, był proces. Odsiedziałem rok i osiem miesięcy. Do dzisiaj została mi obrączka tego człowieka z wyrytą datą ślubu 10.04.1928 i inicjały HS.

Ale najdziwniejsze było pojawienie się w latach 60. "młodego Ślązaka", który mnie poczęstował tamtego pamiętnego dnia gorącą zupą i chlebem. Nie wiedział jak się nazywam, ale pamiętał miejsce. Odwiedził mnie. Pokazałem mu różne miejsca w okolicy związane z "kotłem ruskobrodzkim". Powiedział mi: "to cud, że przeżyłem tyle razy byłem pod ogniem i nawet nie zostałem ranny. Przesiedziałem też po wojnie za to, że na siłę wcielili, a teraz jadę całym szlakiem, którym wtedy uciekałem i patrzę na miejsca, o których nic nie wiedziałem, a one mnie ocaliły.

Opowiedziałem mu smutną historię lekarza. Okazało się, że go znał. Był z tej samej jednostki. Lekarz często pomagał żołnierzom polskiego pochodzenia wywinąć się z akcji bojowych symulując choroby. Był to dobry człowiek.

Relację, którą tu przytoczyłem usłyszałem z ust pana Józefa. Żyjący do dziś uczestnik tamtych wydarzeń opowiedział mi wiele historii dotyczących tamtego rejonu. Wybrałem tę opowieść, aby przybliżyć ludzką tragedię Polaków, którzy wbrew sobie wcielani byli siłą do hitlerowskiej armii i nierzadko musieli strzelać do swoich rodaków.
Ostatnia zmiana: Wrzesień 28, 2011, 11:07:25 wysłane przez adek Zapisane

prawdziwy patriota zna historię  własnego kraju
adek
Administrator
Pułkownik
**

Pomógł 32
Offline Offline

Wiadomości: 1889



WWW
Odpowiedz #3 : Wrzesień 27, 2011, 09:44:14

supert arty Radek, rzadko w necie coś czytam do końca . Mozesz wkleic ich treść na forum?
Zapisane

Nie znać własnej historii znaczy na zawsze pozostać dzieckiem- Cyceron
pavelock
Pułkownik
*****

Pomógł 50
Offline Offline

Wiadomości: 1422


prawdziwy patriota zna historię własnego kraju


Odpowiedz #4 : Wrzesień 27, 2011, 18:11:04

Nie  wiem  co  znaczy  wkleić  treść  na  forum . Są  to  moje  artykuły  i  są  dostępne  dla  wszystkich . Jeśli  chcesz  to  możesz  je  wkleić , ja  nie  bardzo  jestem  komputerowy człowiek . Uczyłem  się  pisać  na  maszynie  .
Zapisane

prawdziwy patriota zna historię  własnego kraju
pavelock
Pułkownik
*****

Pomógł 50
Offline Offline

Wiadomości: 1422


prawdziwy patriota zna historię własnego kraju


Odpowiedz #5 : Wrzesień 27, 2011, 19:05:26

Tym  razem  artykuł  Asi , z tej  samej  stronki  - naszej regionalnej .
http://www.konskie.org.pl/2011/04/pamiec-nie-umiera-stanisaw-sekua-1903.html

Nie raz myślę, o zbrodni dokonanej na żołnierzach polskich w Katyniu. Najczęściej po obejrzanym programie telewizyjnym, lekcji w szkole czy przeczytanej publikacji na ten temat. Nigdy nie zdawałam sobie jednak sprawy jak olbrzymi był to ładunek tragedii, bezsilności, rozpaczy i lęku.

Ciężkie chwile przeżywali nie tylko ci, którzy ginęli od zdradzieckiego strzału od tyłu, oni na pewno woleliby zginąć na polu walki. Tragedie rozgrywały się również w rodzinach pomordowanych. Z początku nikt nie znał losu swych bliskich. Później znienawidzony okupant oznajmił że odnaleziono wiele zbiorowych mogił z polskimi oficerami, a potem była tylko cisza. Druzgocąca cisza... Nie można było o tym rozmawiać. Chociaż większość wiedziała już, gdzie zginęli ich mężowie, synowie, ojcowie, to nie wolno było im o tym mówić, a dzieci uczono regułki - ojciec zaginął podczas działań wojennych.

Przyszedł czas kiedy decyduję się, że chcę poznać więcej faktów, zdobyć informacje, ale nie takie książkowe czy telewizyjne - takie prawdziwe, z rozmów z ludźmi. Idealnie byłoby posłuchać relacji na ten temat od osób bezpośrednio zaangażowanych - od członków rodziny. Poprzez moich rodziców i znajomych docieram do Ośrodka Szkolno-Wychowawczego w Baryczy, do pani Basi Janczak - nauczycielki, która od lat interesuje się historią Katynia i wraz z młodzieżą z tamtejszej placówki pielęgnuje pamięć o pomordowanych oficerach.

Już po krótkiej rozmowie wiem, że dobrze trafiłam. W gablocie na szkolnym korytarzu widzę zdjęcia, wiele kopii dokumentów dotyczących zamordowanych w Katyniu oficerów. Pani Basia pokazuje mi "Dąb Katyński" - to pierwszy z wielu posadzonych później w okolicach Końskich. Obok kamień z pamiątkową tabliczką i brzozowy krzyż. Dąb własnoręcznie posadziła córka jednego z oficerów zamordowanych w Katyniu pani Barbara Sekuła-Kotas. Oglądam zdjęcia z uroczystości zorganizowanej przez uczniów OSW w Baryczy. Przyglądam się twarzy pogodnej starszej pani trzymającej zielone drzewko. Wtedy rodzi się pomysł aby spotkać się z nią, porozmawiać i uzyskać informacje z "pierwszej ręki".

Proszę nauczycielkę o numer telefonu i ewentualną pomoc w zorganizowaniu spotkania. Telefonuję. Serce uderza szybciej z emocji. W słuchawce słyszę miły głos, a ja trajkotam tak szybko, że pani Barbara nic nie rozumie. Powoli. Wreszcie udaje mi się wytłumaczyć w jakiej sprawie dzwonię. Umawiamy się na spotkanie. Jestem trochę spięta, ale już po chwili rozmowy emocje opadają, a opowieść pani Barbary pochłania mnie bez reszty.

Jak mam żyć Panie?
Gdy każdy dzień jest konaniem,
Trzymam w ręku pierścień - obrączkę, mojej rodziny pamiątkę.
Daj mi siłę , daj mi wiarę, bym ze Wschodu wrócił Boże,
Bym mógł jeszcze trochę pożyć...

Te słowa skreślone ołówkiem na kawałku brudnego i zmiętego papieru przykuły mój wzrok podczas gdy opowieść o tamtym czasie nagrywa się na dyktafon.

Mój ojciec Stanisław Sekuła urodził się w 1903 roku we wsi Kuczki powiat radomski. Po ukończeniu Szkoły Podstawowej w Zakrzewie rozpoczął naukę w Państwowym Seminarium Nauczycielskim Męskim w Radomiu. Wydarzenia wojenne w 1920 r. uniemożliwiły normalny tok nauki. W dniu 6.08.1920 r. wstąpił jako ochotnik do III Pułku Piechoty Legionów. Po bitwie warszawskiej wraz z oddziałem brał udział w walkach pod Łukowem, Siedlcami i Małkinią. W Białymstoku został przydzielony do 4 Pułku Strzelców Podhalańskich. Uczestniczył w bitwie pod Sokółką i w walkach nad Niemnem w okolicach Grodna. Służył niedługo, bo tylko do 23.11.1920 r. Został ranny, stracił pół serdecznego palca u lewej ręki. Po opatrzeniu został zwolniony ze służby z tą datą. Za swą postawę odznaczony został medalem pamiątkowym za wojnę 1918-1921 - rozkazem z 12.03.1931 r. Wrócił do nauki i w czerwcu 1926 r. ukończył Seminarium Nauczycielskie w Radomiu. Czternastego października 1926 r. został powołany do służby wojskowej, którą odbył w Szkole Podoficerskiej w Zegrzu. Po zakończeniu służby podjął pracę nauczyciela w Pilczycy w powiecie koneckim. W 1929 r. ożenił się z Zofią Gąsiorowską, również nauczycielką. Już w następnym roku rodzice przenieśli się do Sworzyc. Ojciec został kierownikiem Szkoły Podstawowej w Sworzycach, a mama która dotychczas dojeżdżała do pracy do Kielc, objęła etat nauczycielki języka polskiego w tej samej szkole. W 1932 r. wydany został rozkaz aby wszystkich, którzy służyli jako ochotnicy w 1920 r. skierować do "przyspieszonej" podchorążówki w Biedrusku. Dnia 1.09.1932 Ojciec wrócił jako podporucznik rezerwy z wcieleniem do 72 p.p. w Radomiu im. płk. Dionizego Czachowskiego. W tym pułku podczas wakacji odbywał coroczne ćwiczenia wojskowe. W 1935 r. ukończył wstępny kurs instruktorów modelarstwa lotniczego organizowany przez Ligę Obrony Powietrznej. Rok później ukończył wyższy kurs modelarstwa lotniczego, a w 1937 kurs Instruktorów Ligii Morskiej i Kolonialnej w Końskich.

Całym sercem zaangażowany był w pracę z młodzieżą. Nie tylko przy normalnej codziennej pracy w szkole. Pracował społecznie organizując szkolenia oraz koła zainteresowań dla dzieci i młodzieży. Chłopcy z koła modelarskiego uczestniczyli z dobrymi wynikami w wielu zawodach na szczeblach okręgowych i ogólnopolskich. W Brześciu nad Bugiem podczas zawodów krajowych sekcja ojca zajęła 6 miejsce w klasie modeli latających. Mama - polonistka pomagała ojcu w społecznikowskiej działalności. Organizowała całe cykle wieczornic poświęconych literaturze, kulturze i sztuce. Recytowano wtedy wiersze, czytano fragmenty klasyki. Sama pisała też wiersze i sztuki teatralne dla dzieci, które były wystawiane w okolicznych miejscowościach. W domu było nas troje. Ja byłam najmłodsza, przyszłam na świat w 1937 r. Najstarsza była siostra - Maria ur. w 1930 r., a brat Przemysław ur. w 1931 r. Tak naszą rodzinkę zastała wojna. Ojciec już w sierpniu 1939 r. zgodnie z rozkazem mobilizacyjnym z 72 Radomskim Pułkiem Piechoty poszedł na front i walczył z Niemcami nad Wartą, pod Widawą i w obronie Milanówka. Niejasne są późniejsze losy ojca. Mama wspominała, że już po wojnie dostała informacje od znajomych, którzy widzieli go jak przekraczał Bug jesienią 1939 r. Ktoś inny opowiedział jak w lesie niedaleko Włodzimierza Wołyńskiego werbował grupki naszych żołnierzy do akcji łączności. Ostatni widział go Władysław Jędrasik pochodzący z Bedlna naczelnik stacji kolejowej w Kiwercach. Opowiedział mamie, że ojciec przyjechał z trzema innymi oficerami bryczką na stację. Pan Jędrasik go poznał. Rozmawiali o sytuacji w której znalazła się Polska. Ojciec opowiedział panu Władysławowi, że cofają się od wschodu, bo tam wyłapują wojsko i oficerów. Jak trafił do niewoli radzieckiej? Tego niestety nie wiemy. Był w obozie w Kozielsku. Dostaliśmy stamtąd dwa listy. Jeden z nich datowany na listopad 1939 r., a drugiej daty mama niestety nie zapamiętała. Oba listy doszły w styczniu 1940 r. Mama opowiadała jak przy czytaniu wiadomości od taty zapadała cisza, a po policzkach Przemka i Marysi płynęły łzy. Tylko mama z trudem powstrzymywała silne wzruszenie.

Te dwa listy były jak święte relikwie. Niestety niedługo się nimi cieszyliśmy. Gestapo poszukiwało polskich oficerów. Wysyłano specjalne patrole poszukujące naszych żołnierzy. Do nas, do domu trafił niejaki Kreisschuler Mittman, Niemiec szukający mojego ojca. To właśnie on w 1940 roku zabrał oba listy, włączając je do akt sprawy i ślad po nich zaginął.

Nie mogłam pamiętać taty i tamtych wydarzeń, miałam przecież dopiero dwa lata. W naszym domu jednak pamięć o ojcu przetrwała. Mama cały czas opowiadała nam jaki był, czego dokonał, jakim był dobrym człowiekiem. Pamięć o ojcu żołnierzu, który zginął z rąk Sowietów nosiłam w sercu, wiedziałam bowiem, że prawdy o Jego śmierci nie wolno wypowiadać głośno. Mama wpajała nam maksymę - jeśli ktoś obcy spyta o tatę macie mówić: "ojciec zaginął podczas działań wojennych". Zarówno ja, jak i moje rodzeństwo wiedzieliśmy gdzie tak naprawdę zginął nasz tata. Wyszło to na jaw podczas okupacji w 1943 roku, ale wiedzieliśmy doskonale, że wersja o zaginięciu musi obowiązywać - tylko jak długo? Okazało się, że aż do roku 1989. Wtedy też, po raz pierwszy można było głośno mówić o Katyniu, o zamordowanych tam oficerach. Dostaliśmy także pierwsze informacje o losach Stanisława Sekuły. W rozkazie wywiezienia z Kozielska nazwisko mojego ojca znajduje się pod datą 20 kwietnia 1940 r. i numerem 040/32. Podczas ekshumacji zbiorowych mogił w lesie Katyńskim w roku 1943 r. zwłoki mojego ojca zostały zidentyfikowane i zarejestrowane pod numerem AM1999.

Byłam tam. W 1990 roku pojechałam do Smoleńska, a później do Katynia i Kozielska. Był tam wtedy tylko krzyż i kamień, upamiętniający zmarłych. Była też msza z apelem poległych. Były to dla mnie niesamowite przeżycia i wielkie wzruszenie.


Widzę łzy w oczach mojej rozmówczyni. Kończymy rozmowę. Pakuję notatki i dyktafon. Pani Barbara pokazuje mi sporo zdjęć. Są fotografie z wojska, ze szkoły, z rodzinnego domu i klubu modelarskiego. Oglądam również kolorowe odbitki z zasadzenia "Dębu Katyńskiego" w Baryczy. Jedna z fotografii wywołuje zadumę u pani Barbary. To zdjęcie jest najdroższe i jedyne z ojcem - malutka dziewczynka w białym ubranku siedzi na kolanach taty, a obok stoi mama.

MOJEMU OJCU
Jaka myśl gdy klęczałeś
przeszyła Ci czaszkę
Jaki obraz przed oczy
gdy chłód lufy w tył głowy.
A uczucia, gniew, bezsilność, żal
rozpacz w jednym błysku sekundy.
Nie ma świadków?
A niebo?
Przenikliwe i groźne.
Drzewa długo szumiały,
By wykrzyczeć tę zbrodnię...
Alicja Patey-Grabowska
Ostatnia zmiana: Wrzesień 28, 2011, 11:10:02 wysłane przez adek Zapisane

prawdziwy patriota zna historię  własnego kraju
pni
MFE detektorysci.pl
Kapitan
***

Pomógł 19
Offline Offline

Wiadomości: 446



Odpowiedz #6 : Wrzesień 28, 2011, 10:06:57

Niestety nie działa  Smutny
Zapisane
pavelock
Pułkownik
*****

Pomógł 50
Offline Offline

Wiadomości: 1422


prawdziwy patriota zna historię własnego kraju


Odpowiedz #7 : Wrzesień 28, 2011, 10:15:40

U  mnie  chodzi .
Zapisane

prawdziwy patriota zna historię  własnego kraju
adek
Administrator
Pułkownik
**

Pomógł 32
Offline Offline

Wiadomości: 1889



WWW
Odpowiedz #8 : Wrzesień 28, 2011, 11:10:31

szacun dla Asi, jak macie jeszcze takie ciekawe artykuły to poprosimy Uśmiech
Zapisane

Nie znać własnej historii znaczy na zawsze pozostać dzieckiem- Cyceron
pavelock
Pułkownik
*****

Pomógł 50
Offline Offline

Wiadomości: 1422


prawdziwy patriota zna historię własnego kraju


Odpowiedz #9 : Wrzesień 28, 2011, 11:47:26

Oczywiście . Proszę  bardzo .
http://www.konskie.org.pl/2011/03/opowiesc-pana-jana.html
Zapisane

prawdziwy patriota zna historię  własnego kraju
kokesh
Moderator Globalny
Pułkownik
*****

Pomógł 31
Offline Offline

Wiadomości: 1299



Odpowiedz #10 : Wrzesień 28, 2011, 14:47:29

 Szacun
Zapisane
waldwein
MFE detektorysci.pl
Kapitan
***

Pomógł 5
Offline Offline

Wiadomości: 411


Odpowiedz #11 : Wrzesień 28, 2011, 21:53:06

Wspaniale opisane artykuły Pavelock - moje gratulacje, miałbyś coś jeszcze co mógłbyś zamieścić.

pozdrawiam
waldi
Zapisane
pavelock
Pułkownik
*****

Pomógł 50
Offline Offline

Wiadomości: 1422


prawdziwy patriota zna historię własnego kraju


Odpowiedz #12 : Wrzesień 29, 2011, 04:32:11

Jeden ze starszych artykułów , które pisałem  pod  pseudo .

Tajemnica cmentarza

    Zupełnie przypadkiem wpadła mi w ręce pewna stara mapa. Chciałem kupić ją od człowieka, u którego była, niestety nie chciał sprzedać. Była to kolorowa mapa bliskich mi terenów, często odwiedzanych przeze mnie z wykrywaczem. Na szczęście mogłem zrobić ksero mapy. Było na niej sporo adnotacji czerwonym atramentem. Pismo eleganckie i równe wskazywało na wykształconego człowieka. Zaznaczonych było kilka miejsc kółkiem lub strzałką. Studiując mapę na początku nie trafiłem na nic ciekawego. Wszystkie opisy i zaznaczenia miejsc były mi znane. Bywałem tam z wykrywką, ale efekty były mizerne. Mapa była datowana na 1937 rok, a adnotacja na górze brzmiała ''zaadoptowano na potrzeby wojskowe - VIII 1939 roku." Było więcej dopisków nieznanego autora, ale nie miały charakteru ciekawostki, czy jakiejś tajemnicy. Porównałem ją z aktualnymi oraz innymi starymi mapami i tu pojawiły się ciekawostki. Najpierw znalazłem kilkanaście dróg występujących na starej mapie, a w aktualnych tylko lasy w tych miejscach. Później zobaczyłem typowe oznaczenie cmentarza na skraju jednej z miejscowości. Muszę tu jeszcze zaznaczyć, że na tym terenie do 1947 było 14 wsi. Zostały wysiedlone siłą na ziemie zachodnie, a miejsce po nich zalesione. Ten cmentarz mnie zaintrygował, gdyż bywałem nie jeden raz w tamtym rejonie i nigdy nie widziałem aby coś tam było.



    Pojechałem z kumplem na miejsce. Po wiosce zostało tylko kilka starych, owocowych drzew i jedna studnia, teraz zasypana. W miejscu gdzie według mapy miałby się znajdować cmentarz było tylko las i krzaki. Nic nie znaleźliśmy. Postanowiłem pojechać do pewnej gminnej miejscowości - G., gdzie w strukturach władzy gminy pracował mój przyjaciel. Spytałem go czy pomoże mi odnaleźć kogoś żyjącego jeszcze z tej wioski. Zapalił się do pomysłu i wskazał jednego starszego człowieka - pana Stefana. Starszy pan po wywiezieniu na ziemie zachodnie, postanowił wrócić do swych korzeni i już w 1949 roku osiedlił się nieopodal swojej byłej wsi. Oczywiście jak najszybciej pojechał zobaczyć rodzinne strony, lecz to co zastał wprawiło go w zdumienie. Tereny wysiedlone zajęte były przez wojsko, które miało tam swoje poligony. Wioska została praktycznie rozebrana i zalesiona, aby śladu po niej nie było. Za wsią, przed ścianą pierwotnego lasu znajdował się kiedyś cmentarz, ale nie był to cmentarz wiejski. Parafia i cmentarz gdzie chowano mieszkańców był w G. oddalonym o 6 km. Co to był więc za cmentarz ?

    -" Proszę pana, to był cmentarz wojskowy, jeszcze z I WŚ. Austriacy wybudowali, piękny kamienny mur, w środku stał mały pomnik z tablicą, a wokół było około 80 - ciu grobów oznaczonych metalowymi krzyżami. Pamiętam, jak moja matka opowiadała, że był tu szpital polowy carskiej armii. Sporo żołnierzy rannych w bitwie ( nie wiadomo o jaką bitwę chodzi i gdzie miała miejsce) zmarło tu z ran. Byłi pochowani tu żołnierze rosyjscy i austriaccy. Wszystkie tabliczki z datą śmierci były datowane na grudzień 1914 r i początek 1915 roku. Cmentarz był zawsze zadbany, ludzie z wioski palili tam świece w dniu wszystkich świętych, pamiętano o mogiłach żołnierzy. Tym bardziej, że było wśród nich wiele polskich nazwisk. Kiedy wróciłem w 1949 roku poszedłem obejrzeć moją wieś. Nie poznałem tego miejsca. Ziemia zaorana, wszędzie wznosił się młody las. Po cmentarzu nawet śladu. Było widać ścianę starego lasu i tabliczki z zakazem wstępu na teren wojskowy. Postanowiłem zaznaczyć miejsce gdzie był cmentarz póki jeszcze dobrze pamiętałem. Na drzewach wyciąłem kilka znaków, a na ziemi poukładałem trochę kamieni - mniej więcej obrys cmentarza. Po 1989 roku kiedy wojsko wyniosło się z tych terenów a wszystko przeszło we władanie Nadleśnictwa, próbowałem zainteresować wielokrotnie ich kierownictwo, aby upamiętnić to miejsce pochówku z 1915 roku. Niestety nie było żadnej odpowiedzi. Jest tak do dzisiaj. Teraz jestem już za stary, aby coś zrobić w tej sprawie, ale może wy... może wam uda się. Umówimy się w przyszłym tygodniu to pokażę wam to miejsce."

    Pojechaliśmy autem razem z panem Stefanem. Dla niego była to już niezła wyprawa. Ubrany w krótką kurtkę typu battle dres i furażerkę na głowie ruszył powoli z laską w ręku na miejsce dawnego cmentarza. Las był już nie do rozróżnienia, gdzie był pierwotny, a gdzie zalesiony w 1947r. Przez około 1 godzinę szukaliśmy śladów na drzewach i ziemi. Bezskutecznie. Pan Stefan był już zmęczony i nie za bardzo mógł się odnaleźć w tej okolicy. Odwieźliśmy starszego pana do domu i postanowiliśmy sami szukać dalej. Wpadłem na pomysł skorzystania map Nadleśnictwa, gdzie pracował kolega, a który chwalił się kiedyś, że pudełko zapałek odnajdzie według swoich map. I tak spotkaliśmy się z Rafałem, wyjaśniliśmy całą sprawę oczekując natychmiastowej odpowiedzi.

    " Chwila, chwila, to tak od razu nie będzie. Muszę pojechać w teren. Dopiero na miejscu, po obejrzeniu i zidentyfikowaniu drzew pokażę wam to miejsce."

    Na miejscu od razu widać było profesjonalizm zawodowy naszego kolegi. Wyznaczył kilka punktów, odnalazł kilka charakterystycznych drzew i pokazał nam na jednym z Grabów wycięty krzyż.
    " Tu widać, gdzie sięgał stary las, a z tego miejsca było prowadzone nowe sadzenie. Te drzewa mają około 60 lat, a tu wiele jest starszych. "

    Najważniejsze jednak było odnalezienie znaku na grabie. Bo to oznaczało, że jesteśmy na dobrej drodze w odszukaniu śladów. Później znaleźliśmy jeszcze dwie kupki kamieni usypanych w liniach prostych i pasujących do znaku na drzewie. Według naszych wyliczeń cmentarz mierzył jakieś 40 x 30 metrów, ale nie jest to jeszcze precyzyjne określenie wymiarów.

    Na razie na tym zakończyliśmy nasze działania w odnalezieniu starego cmentarza. W tym roku planujemy sięgnąć i odnaleźć jakieś dokumenty dotyczące tej tajemnicy. Jeżeli wszystkie dowody wskażą na umiejscowienie w "naszym" rejonie tego cmentarza - zwrócimy się oficjalnie do władz, nie tylko gminnych, o odnowienie miejsca pochówku tych żołnierzy. I jeszcze jedno, pan Stefan powiedział też, że Austriacy wybrali to miejsce, gdyż obok była już stara mogiła, która znalazła się później w obrębie cmentarnego muru. Czyżby pochowani byłi tam Powstańcy Styczniowi ? I z jakiej bitwy pochodzili ranni carscy żołnierze z okresu XII 1914 i I 1915 ?
Zapisane

prawdziwy patriota zna historię  własnego kraju
feniks68
MFE detektorysci.pl
Podporucznik
***

Pomógł 5
Offline Offline

Wiadomości: 261



Odpowiedz #13 : Wrzesień 29, 2011, 08:37:13

Super artykuł czyta go się z zapartym tchem  Szacun
Zapisane

Jest jedna Rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna, tą Rzeczą jest Honor!
pavelock
Pułkownik
*****

Pomógł 50
Offline Offline

Wiadomości: 1422


prawdziwy patriota zna historię własnego kraju


Odpowiedz #14 : Wrzesień 29, 2011, 16:53:11

Dzięki , przygotuję  coś  jeszcze .
Zapisane

prawdziwy patriota zna historię  własnego kraju
Strony: [1] 2 3 ... 14 Do góry Drukuj 
Skocz do:  

Mazowieckie forum poszukiwaczy skarbów.

Pozycjonowanie tego serwisu zapewnia firma skuteczni.pl

Powered by SMF 1.1.21 | SMF © 2006-2009, Simple Machines